Link 20.02.2010 :: 08:21
Komentuj (1)WĄTPLIWOŚCI
Obudziło ją słońce. Wpadało oślepiającymi potokami przez wysokie, złożone z wielu prostokątnych szybek okno. Pasiasty cień kładł się na gładkiej, białej powierzchni kołdry. W smugach światła dostrzegała wirujące drobinki kurzu. Skądś dobiegało miarowe stukanie.
Obróciła się na łóżku, usiłując przypomnieć sobie co się stało i gdzie jest.
Przesunęła spojrzeniem po meblach i ścianach.
Mieszkanie Ilji.
Zerknęła na poduszkę obok siebie. Ciągle widniał na niej odciśnięty ślad głowy, w którym, zwinięty i zasupłany, spoczywał długi, ciemny włos.
- O Boże! - jęknęła bezradnie - Orzechowska, ty chyba naprawdę zdurniałaś do reszty!
Usiadła w pościeli i rozejrzała się w poszukiwaniu ubrania.
Sukienka leżała kilka kroków od łóżka. Resztę udało się Sarze zlokalizować w różnych częściach pokoju.
Na najbardziej osobistym elemencie, jak się okazało, przespała błogo większość nocy.
Ubrała się i na palcach podeszła do drzwi pracowni. Dobiegało zza nich nieprzerwane, jednostajne stukanie.
Zajrzała do środka.
Tak jak myślała, Ilja, odwrócony plecami do wejścia, w szarawych spodniach od dresu, boso i bez fartucha, odłupywał zapamiętale kawałki jasnego kamienia z bryły wielkości człowieka.
Przyjrzała się linii jego pleców, przedzielonej wzdłuż ciemną struną niedbale zaplecionego warkocza.
Westchnęła.
- Ilja... - powiedziała cicho.
Pokiwał głową, nie patrząc na nią.
- Tak... wiem.
Nie sprecyzował, co wie, ale Sara zrozumiała.
- Bardzo żałujesz?
- Wcale.
- Ale wiesz, że coś jest nie tak?
- Wiem.
- To ze mną coś jest nie tak - stwierdziła, podchodząc do niego - ale ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili mi potrzeba, to kac moralny.
- A co z tobą może być nie tak? - zdziwił się, odkładając młotek i dłuto - To ja powinienem nad sobą panować.
- Panowałeś przecież. W każdym razie nie zrobiliśmy żadnej nadmiernej głupoty - pocieszyła go, zdobywając się na nieśmiały uśmiech.
- No, masz rację, ale i tak... przepraszam. No... nie żałuję. Chociażbym chciał.
Roześmiała się.
- Widzisz... ale to nie zmienia faktu, że to ja mam problem. Ja... po prostu nie umiem się powstrzymać. Za łatwo mi to przychodzi i nie wiem, co się dzieje.
Popatrzył na nią, wycierając ręce w jakąś szmatkę.
- Co masz na myśli?
- Tyle, że zdarzyło mi się to już wcześniej. I to nie raz. W ogóle to ciągle łapię się na myśleniu o tym. Gdy nie znałam Garou, faceci w ogóle mogli dla mnie nie istnieć. Dopiero teraz... chodzę i mam oczy dookoła głowy! Ślinię się nawet na Aleksa! I, wiesz, na początku nawet uwierzyłam, że mam pecha. Ot, nieszczęśliwe zakochanie. Przecież wręcz legendy się o tym opowiada. Ale potem... to, na przykład w stosunku do Aleksa, z zakochaniem nie ma nic wspólnego! Najpierw był Mark O'Seadh!
Ilja skrzywił się.
- Oj... - syknął - paskudnie!
- Mnie mówisz, że paskudnie. Wiem to sama. I nic na to nie mogę poradzić. Po Marku był Gabriel. Niby nic, znaczy, niby niewiele, bo jest Metysem. Ale to też Garou. W sumie nawet nie wiem, czemu ci to mówię. Nie stawiam się w dobrym świetle.
Ilja usiadł na stołku i skinął na Sarę. Podeszła do niego, a wtedy ujął jej dłonie w swoje.
- Mała, mnie się wydaje, że masz taką nieszczęśliwą aurę. Muszę przyznać, że sam nie potrafiłem się pohamować, jak raz spojrzałem na ciebie w ten sposób. A przecież... moja przynależność plemienna zobowiązuje. Obawiam się, że możesz sobie przez to napytać niezłej biedy. Ja nikomu nie powiem, ale wiesz... duchy...
- Tak - westchnęła - duchy wiedzą. Co ja powinnam z tym zrobić? Teraz za każdym razem, kiedy będę poznawać jakiegoś nowego Garou, będę się zastanawiać, czy znowu mnie nie trafi!
Galliard pogłaskał ja po głowie.
- Wiesz, nie z każdym będzie ci tak łatwo. Staraj się pilnować. Co więcej możesz zrobić? Nie chcę cię teraz obrazić, ale jesteś Gnatożujem. Na pewno odziedziczyłaś skłonność do... luźnego podejścia. Wy bywacie tacy. Boję się tylko, żeby ktoś nie zechciał pociągnąć cię za to do odpowiedzialności. Któregoś dnia wróci Dobrynia... - zawiesił głos i zamyślił się.
Sara zmarszczyła czoło.
- Ty, Ilja! Kto to jest, u diabła, Dobrynia?
- Co? Dobrynia? Nikt ci nie powiedział?
- Nie. Znowu czegoś nie wiem...
Galliard wstał i pociągnął za sobą dziewczynę do mieszkania. Tam usiadł w fotelu i wydobył paczkę papierosów.
- Dobrynia, Saro, przewodził nami, kiedy mieszkał w Warszawie. Dobrynia Nikitycz, Śnieżny-Sokół, Ahroun Srebrnych Kłów. To on starał się zorganizować tutaj sensowny protektorat i odszukać caern.
- Dobrynia Nikitycz… Ilja Muromiec – przekrzywiła głowę dziewczyna – wy się naprawdę tak nazywacie? Tak naprawdę?
- Tak – przytaknął Galliard z nagłym rozbawieniem – a w każdym razie teraz tak. Ale wracając do Dobryni, po aferze z Korsarkami i Umbrą Getta wyjechał i towarzystwo się nieco rozpełzło. Sporo też napłynęło nowych Garou. Takich jak Fianna na przykład. Ale w końcu wróci. I to niedługo.
Sara głośno przełknęła ślinę.
- Uf... nie mówmy już o tym wszystkim. Wystarczy, że mamy na głowie miasto pełne Sabbatników. Wychodzi na to, że po prostu muszę się nauczyć kontrolować. I tyle... ale...
Ilja spojrzał na nią, pokiwał głową i podał jej ogień.
- ...ale i tak nie żałujesz...
Cały śnieg stopniał. Asfalt poznaczony był wilgotnymi plamami, które wyglądały jak łaty na sierści wielkiego, szarego zwierzęcia.
Stukając obcasami niewygodnych szpilek, Sara znowu szła znajomą ulicą w kierunku metra. Zorientowała się, że po raz pierwszy w życiu wychodzi od Ilji za dnia. Ta myśl rozbawiła ją. Wiedziała, że zrobiła znowu coś złego, ale słoneczna pogoda pozwalała zapomnieć o nieprzyjemnych sprawach i skłaniała raczej do radości.
Powietrze było przejrzyste jak kryształ i pachniało przyjemnie. Dźwięk przejeżdżających ulicami samochodów brzmiał swojsko i budził dawno uśpione poczucie bezpieczeństwa.
Sara szła wzdłuż chodnika i czuła się zwyczajnie. Nie "jak zawsze", tylko jak zwyczajny człowiek z normalnymi problemami i normalnymi potrzebami. Podobało jej się to uczucie.
Za sobą usłyszała szybki tupot lekkich kroków. Odsunęła się więc odruchowo, żeby przepuścić biegnącą osobę, najpewniej dziecko.
Kroki minęły ją.
I rozbrzmiewały dalej, cichnąc w miarę oddalania.
Ale ich właściciel się nie pojawił.
Sara zatrzymała się w miejscu.
Cały jej spokój prysł jak bańka mydlana. Całe poczucie normalności znikło. Wyobraźnia, jak zwykle funkcjonująca bez zarzutu, podsunęła jej obraz kilkunastoletniej dziewczynki w sandałkach i letniej sukience.
Link 19.12.2009 :: 04:27
Komentuj (2)AUDIENCJA
Sara stała w kuchni mieszkania Kolektywu i smażyła jajecznicę. Była ósma trzydzieści rano i Marta, która właśnie zeszła po schodach w kusej koszuli nocnej i rozchodzonych kapciach, przystanęła niezdecydowanie.
- Ty - wyszeptała głucho z wyrazem niebotycznego zdumienia na twarzy - co ty robisz?
- Śniadanie - równie głucho odparła Gnatożujka.
- Wiesz, która jest godzina?
- Wiem. Akurat dobra na śniadanie dla ciebie, nie? - jajecznica wylądowała na talerzu i została podsunięta pod nos kompletnie zdumionej Marty.
- No tak - zgodziła się Galliardka, biorąc talerz i sztućce - ale czemu ty już wstałaś?
Sara westchnęła i ciężko usiadła na kanapie.
- Kiepsko mi się spało. Wczoraj miałam niemiły wieczór.
- Co się stało, rudzielcu? - zatroskała się Marta z pełnymi ustami.
- Nic... no byłam w Cork Irish, Mark dał mi znowu debilne zadanie. Mam iść do wampirów i przypomnieć im o pakcie. Ale mało tego. Poszłam do Ilji, żeby z nim to obgadać... wiesz, że on się z nimi kumpluje... no i jak od niego wychodziłam, natknęłam się na tego kolesia, któremu zawdzięczam Pierwszą Przemianę. Tego, co zabił mojego szefa...
Galliardka Kolektywu przestała jeść już na początku wypowiedzi Sary. Teraz wpatrywała się w nią bez słowa, przygryzając lekko dolną wargę.
- Nie patrz tak... mnie się takie rzeczy zdarzają prawie codziennie - gorzko podsumowała dziewczyna.
- Ale... jak...? Znaczy... coś ci zrobił?
Sara potrząsnęła głową. Wstała i zaczęła szykować kawę.
- Nie. Nawet mnie nie zauważył. Wiesz, ktoś go gonił i w ogóle był nieźle poharatany. To był Sabbatnik, prawda?
Marta kiwnęła głową.
- Najprawdopodobniej. Z tego, co mówiłaś wcześniej tak można by sądzić. Cholera! Naprawdę zaczynają się panoszyć.
Gnatożujka włączyła elektryczny czajnik.
- No, jak na razie widziałam tylko tego jednego.
- Skąd wiesz? Tylko tego jednego udało ci się jakoś rozpoznać. Ale gdzie jest jeden, są też inni. Przerąbane. Zwłaszcza, ze już zaczęli rozrabiać.
- Ha! Rozrabiać. Łagodne określenie na to, co zrobili tym facetom, o których było w wiadomościach.
- Prawda. Kurde, tak właśnie działa Sabbat. Nie opieprzają się. Dobrze, że Mark wysyła cię do księcia. Czas najwyższy.
Sara zapaliła papierosa. Z niezadowoleniem stwierdziła, że trzęsą się jej palce.
- Wiesz, trochę się jednak boję.
- Nie dziwne. Ja bym pewnie padła. Ale ty już ich poniekąd znasz.
- No, faktycznie, świetnie ich znam. Ale Ilja już mnie poinstruował. Dam radę.
Woda zagotowała się i wkrótce mieszkanie wypełnił słodki aromat świeżo zaparzonej kawy. I chyba właśnie ten zapach sprawił, że z góry po kolei schodzić zaczęli mężczyźni.
- Kurczę, odkąd tu mieszkam raz tylko widziałam was wszystkich w jednym miejscu w komplecie - stwierdziła Sara z przekąsem, wyciągając trzy dodatkowe szklanki. Nieśmiało zerknęła przez ramię na potężną sylwetkę Aleksa. Był w samych spodniach i Gnatożujka, z pewnym popłochem doszła do wniosku, że jego masywny, muskularny tors wzbudza jej najwyższe zainteresowanie. Odwróciła się i wbiła spojrzenie w puszkę z kawą.
- Słyszałem, że idziesz gadać z pijawkami - odezwał się Darek, siadając na kanapie.
- Ano - przytaknęła - jak trzeba, to trzeba.
- Zuch dziewczyna. To teraz zrób więcej tej jajecznicy. W żołądku mnie ściska, kiedy patrzę jak Marta wylizuje talerz.
- Spadaj - warknęła dziewczyna stawiając przed nim kawę.
- Spoko! Ja wam zrobię, tylko mi się oczy rozkleją - dał się słyszeć zaspany głos Gabriela, który pojawił się właśnie w mieszkaniu - znowu nie ma kawy u nas w domu.
- Wiem. A ty myślisz, że po co tu przyszłam? - Sara wzięła ze stołu swoją szklankę i przysiadła na kanapie.
- Ha, ha. Ostatni lot skazańca - roześmiał się Metys nieszczerze - komórka ci dzwoniła.
- Kurwa mać! - warknęła, zrywając się na równe nogi - Kurwa - dodała twórczo, kiedy kawa chlusnęła jej na gołe kolana.
- Nie spiesz się. Przyniosłem ci - Gabriel położył telefon na stole i udał się w kierunku lodówki.
Gnatożujka siedziała przez chwilę nieruchomo, zaciskając zęby.
Kolektyw Osiedlowy przyglądał się jej z milczącym, pełnym wyczekiwania zainteresowaniem.
Wtedy telefon zawył przeraźliwie, warcząc przy tym i ślizgając się po powierzchni stołu.
- O - zauważyła Marta śmiertelnie poważnym tonem - masz wibrator.
Aleks zrobił dziwną minę, Kamil parsknął śmiechem, a Darek wsadził głowę między kolana.
Sara natomiast z niewzruszonym wyrazem twarzy i kawą ściekającą po nogach, sięgnęła po komórkę.
- Tak? - spytała uprzejmie.
- Saro - dał się słyszeć głos Marka - dziś o dwudziestej pierwszej w Lochu. OK?
- Tak jest. Zrozumiałam.
- I ubierz się elegancko.
- Oczywiście. Cześć.
Odłożyła telefon na stół, wstała i powiodła spojrzeniem po zebranych.
- A teraz - oznajmiła - wszystkich was zamorduję!
- Ty jesteś jednak chora na głowę - uznała Marta, kiedy udało się jej wreszcie zetrzeć ze stołu całą kawę i znaleźć swoje kapcie. Aleks siedział na podłodze trzymając Sarę pod pachą, a Darek z Kamilem myli ocalałe szklanki.
- Nie zrobiłam wam przecież nic złego - oburzyła się Gnatożujka - i powiedzcie Aleksowi, żeby mnie, do cholery, przestał łaskotać!
Taksówka zatrzymała się przed Lochem.
Dochodziła dziewiąta wieczorem.
Sara, w trosce o szpilki skrzętnie omijając głęboką, burą kałużę, wysiadła z samochodu. Serce waliło jej jak oszalałe. Czuła gwałtowne ssanie w brzuchu. Bała się, więc ciężko jej było kontrolować swoje ciało. Z drugiej zaś strony musiała się pilnować za wszelką cenę, więc bała się jeszcze bardziej.
Przed wejściem do Lochu stał wysoki, barczysty mężczyzna w czarnym, doskonale skrojonym garniturze. Mimo zimna nie miał na sobie nic poza nim. Spojrzał na stojącą przed nim, drobną, rudowłosą postać, skinął głową i otworzył przed nią drzwi.
Sara weszła do środka. Żadnych kolorowych świateł, żadnych zdjęć reklamujących pokazy. Spojrzała tęsknie na miejsce, gdzie zwykł przesiadywać Wojtek. Westchnęła. Zamiast niego, ujrzała kolejnego rosłego osobnika w eleganckim ubraniu.
Szatnia działała. Fakt ten, niczym balsam rozlał się po jej sercu. Oddała płaszcz w miarę normalnie wyglądającemu facetowi i wzięła numerek. Starając się nie rozglądać za bardzo, weszła na główną salę. Tam jednak, nie mogąc nic na to poradzić, przystanęła i wstrzymała oddech.
Pracowała tu tyle czasu. Zawsze było to ciepłe, pełne kolorów i ludzi miejsce, które robiło przyjemne wrażenie. Teraz zaś wszystkie barwne światła zniknęły. Zniknęła urocza, "zabytkowa" kula dyskotekowa, która ponoć przyjechała ze Stanów jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zniknęły chromowane, lśniące rury do tańca. Małych neonów reklamujących alkohol nad barem też już nie było.
Jednolity, bursztynowy blask małych lampek stanowił całe oświetlenie sali. Na niektórych stolikach stały wazony ze świeżymi różami. Na samym środku sceny ustawiono szeroki, rzeźbiony tron. W tle sączyła się jakaś nieokreślona muzyka, przy stolikach zaś i na kanapach siedzieli oni.
Wyglądali dokładnie tak, jak ich zapamiętała. Eleganccy, wymuskani, gładcy, obwieszeni drogą, prawdziwą biżuterią.
Przynajmniej większość z nich. Ku swemu zdziwieniu Sara dostrzegła kilka osób ubranych mniej, jeśli w ogóle, formalnie. Kątem oka ujrzała wysoką, barczystą postać mężczyzny z gęstym, ciężkim, płowym zarostem. Przypominał bardziej wikinga, niż lwa salonowego. Gdzie indziej ujrzała dwie czy trzy postaci w skórach i dżinsie.
Wchodząc w głąb sali, rozglądała się, wzbudzając dyskretne zainteresowanie co poniektórych wampirów. Bała się coraz bardziej.
Pewną ulgą napawał ją fakt, że "dark roomy" wyglądały dokładnie tak samo. Nadal miały jej ukochane czerwone kotary. Kurczowo uchwyciła się tej myśli, żeby nie spanikować. Przystanęła niezdecydowanie, plecami do szklanej powierzchni baru, za którym krzątało się dwóch, podobnie jak szatniarz, normalnie wyglądających młodzieńców. Tylko do nich odważyła się stanąć tyłem.
Nagle muzyka, przelewająca się na granicy słyszalności, umilkła. Ucichł też przytłumiony gwar rozmów.
Wszyscy wstali, a ich oczy zwróciły się w kierunku sceny.
Sara spojrzała tam również i zobaczyła zasiadającą właśnie na tronie majestatyczną postać księcia. Miał na sobie czarny surdut, krojem przypominający nieco modę z ubiegłych stuleci, czarne, eleganckie spodnie i czarną, połyskującą koszulę. Jego ciemne włosy spięte były z tyłu. Wyglądał... zachwycająco i przerażająco zarazem. A może tak się tylko wydawało zdenerwowanej do granic Sarze.
Tuż obok niego stanęła wysoka, biało ubrana kobieta. Miała krwistoczerwone usta, co w zestawieniu z wszechobecną bielą, sprawiało porażające wrażenie. Dokładnie. Porażające.
Gnatożujka nie mogła się niemal ruszyć, patrząc na nią. Od Ilji dowiedziała się, że była to osoba, którą nazywali Justicarem. Pełniła funkcje sędziego, a także kontrolowała działalność księcia. Zaiste była ważna. Była ważna jak jasna cholera.
Wampiry zebrały się przed sceną w półkolistych szeregach, zasłaniając nieco widok.
Dziewczyna czuła, jakby serce miało wyskoczyć jej z piersi. Słyszała jego gwałtowne bicie i miała wrażenie, że słyszeć je może każdy z tu zebranych. Nie zauważyła nawet, kiedy książę zaczął mówić. Mówił coś, niewątpliwie. Słowa, wymawiane miękkim głosem padały z jego ust, żadne jednak nie docierało do Sary, zajętej swoim lękiem.
Jak przez mgłę dostrzegła, że postawiono kogoś pod sceną nieco przed innymi. Był to wysoki, chudy mężczyzna o ciemnych, krótkich włosach. Po obu jego stronach, w pewnym jednak oddaleniu, stali mężczyźni w garniturach.
Teraz książę nie mówił. Spoglądał tylko na mężczyznę, kulącego się wyraźnie pod tym spojrzeniem. Potem popatrzył na biało ubraną kobietę. Wszystko bez słów.
Książę skinął głową, przymykając oczy.
Wtedy ciemnowłosy mężczyzna ryknął. Krzyk wściekłości rozniósł się po sali, kiedy świeżo osądzony skoczył po schodach ku tronowi.
A w zasadzie chciał skoczyć.
Mężczyźni w garniturach, szybciej niż myśl, znaleźli się przy nim, pochwycili go i obezwładnili. Pociągnęli go w kierunku wyjścia na zaplecze, a on krzyczał i klął.
Sara, nieruchoma, z sercem w gardle, obserwowała tę niezrozumiałą dla siebie scenę. Jak ćma o szybę, tłukło się w jej głowie przekonanie, że jeśli zrobi jakąkolwiek nieprzemyślaną rzecz, zginie w mgnieniu oka. Z najwyższym trudem udało jej się powstrzymać chęć przemiany.
Wtedy książę skinął ręką. Szeregi rozstąpiły się i Gnatożujka poczuła na sobie natarczywy ciężar wielu spojrzeń.
Z rozpaczą uniosła głowę i popatrzyła prosto w ciemne, połyskujące oczy księcia.
- Podejdź.
Miała ochotę wybuchnąć płaczem.
Miała ochotę uciec.
Miała ochotę zniknąć pod tym spojrzeniem.
Podeszła, mijając po drodze wiele nieruchomych postaci, z twarzami skierowanymi prosto na nią.
Już wiedziała, co miał na myśli Ilja, mówiąc o udzielającej się atmosferze. Ani przez chwilę nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby się nie ukłonić.
- Słucham. Co masz mi do powiedzenia?
Głos nie chciał przejść przez gardło. Musiała odchrząknąć.
- Witaj, panie - powiedziała wreszcie - jestem Sara Orzechowska, podopieczna Marka O'Seadh, Trzech-Uśmiechów, Teurga z plemienia Fianna.
Odetchnęła. Coś powiedziało jej, że przyznanie się do własnego plemienia nie zrobiłoby najkorzystniejszego wrażenia na obecnych. Na wszelki wypadek powołała się więc na Marka.
Podniosła oczy. Książę skinął głową. Czy jej się zdawało, czy po jego ustach przemknął cień uśmiechu?
- Przychodzę zapewnić, że my, Garou, pamiętamy o zawartym niegdyś pakcie i dowiedzieć się, czy ty, panie, również zamierzasz go nadal honorować.
Uf, powiedziała to. Teraz nic już nie zmieni. Zamarła, czekając na odpowiedź, jak na wyrok.
- Tak. Pamiętam o pakcie i nie zmieniam swojego stanowiska. Dziękuję - usłyszała.
Książę uśmiechnął się. Teraz na pewno się uśmiechnął. I znowu skinął głową. Mogła odejść.
Ukłoniła się i zrobiła kilka kroków w tył. Dopiero wtedy odwróciła się i, machinalnym krokiem, czując nieznośną słabość w kolanach, dotarła do baru.
Dostrzegła, że książę wstał ze swego miejsca. Tłum pod sceną rozproszył się. Wszyscy odeszli na swoje miejsca. Audiencja dobiegła końca.
- Podać coś? - usłyszała Sara przed sobą. Pochylał się ku niej jeden z barmanów, z normalnym uśmiechem i normalną, białą ściereczką w dłoni.
- Tak. Podwójną "Zieloną Wdowę", jeśli jest - westchnęła, czując nieopisaną ulgę. Usiadła na wysokim barowym stołku.
- Oczywiście, już podaję.
Takie zwykłe, cudne słowa w tym miejscu. Oparła głowę na rękach.
- Brawo. Poradziłaś sobie bardzo dobrze.
- Ilja! - Sara nieomal spadła ze stołka, widząc obok siebie wysoką postać Galliarda - co ty tu robisz?!
- Pilnuję cię. Dla mnie whisky - rzucił ponad kontuarem - tu jest o tyle fajnie, że nie trzeba płacić za drinki. No, rozchmurz się. Nie taki diabeł straszny, prawda?
- Och... myślałam, że mnie szlag trafi na miejscu! - jęknęła, opierając czoło o ramię Ilji.
Objął ją i pogłaskał po głowie.
- Spokojnie. No, już. Wyglądasz bardzo ładnie. Czy to nie ta sama sukienka, w której przyszłaś na mój wernisaż?
- To jednyna "mała czarna" jaką mam! - wyjaśniła, rozkładając bezradnie ręce.
- Oj, to trzeba będzie naprawić - Galliard uśmiechnął się i podsunął jej pod nos wysoką szklankę z zielonym napojem - to chyba zamawiałaś.
Sara chwyciła drinka z wdzięcznością.
- Chryste, muszę się napić, bo umrę.
Wyciągnęła z mikroskopijnej, czarnej torebki paczkę papierosów i zapaliła.
- O, nasz artysta - dał się słyszeć miękki, kobiecy głos, tuż za plecami Ilji.
Oboje odwrócili się jak na komendę.
Stała przed nimi kobieta o czarnych, spiętych w koński ogon włosach. Tym razem nie miała na sobie liberii szofera, tylko długą, prostą suknię, tak ciemnoburgundową, że prawie czarną.
Sara zarumieniła się gwałtownie.
- Witaj, Jeanette - Ilja ujął dłoń kobiety i ucałował ją z uśmiechem.
- Mamy też naszą bohaterkę. Bardzo się denerwowałaś, biedactwo? - zwróciła się do Sary, wyciągając ku niej rękę.
- Tak. Ale już odżyłam.
Dłoń Jeanette była zdumiewająco ciepła i bardzo delikatna. Sarę otoczyła woń jakichś orientalnych perfum. Opium, drzewo sandałowe...
- Napiję się z wami, jeśli nie macie nic przeciwko temu - przechyliła się przez bar ruchem, który nieodparcie kojarzył się z figurą taneczną - martini, proszę.
Wampiry piją martini. Bardzo stosowne.
Sara nie mogła oderwać wzroku od gibkiej postaci wampirzycy. Czy to nie trochę głupio myśleć o niej w ten sposób? Ale przecież któregoś wieczora tańczyła dla niej. Na jej życzenie.
Jeanette, z małą szklaneczką w dłoni przysiadła na stołku obok.
- Cóż, pamiętasz mnie, mam nadzieję - odezwała się, patrząc na Gnatożujkę z uśmiechem.
- Jak mogłabym cię zapomnieć? Nadal jesteś szoferem?
- Czasami. Teraz akurat nie. Szczerze powiedziawszy, cieszę się, że cię widzę. Jak dotąd musiałam zadowalać się tylko kopią...
Sara zmarszczyła brwi.
- Jak to... kopią? Nie rozumiem.
- Ilja jest naprawdę doskonałym artystą - odparła Jeanette zagadkowo i uśmiechnęła się jeszcze promienniej - pamiętam, jak się uczył. Jeszcze przed tym, co nazywacie Pierwszą Przemianą. Był strasznie słodki. Co oczywiście nie znaczy, że nie jest słodki nadal. Ale wtedy... wtedy był w zasadzie chłopcem.
- Jeanette, przestań mnie zawstydzać, proszę - wtrącił Ilja ze zmieszanym wyrazem twarzy - lepiej będzie, żebym pozostał dla tego szczeniaczka surowy i godny szacunku.
Sara zakrztusiła się nad swoją szklanką.
- Surowy i godny szacunku? O czym ty, u diabła, bredzisz?
Wampirzyca zaczęła się śmiać. Była przy tym zachwycająca. Gnatożujka odruchowo zapatrzyła się na jej równe, białe jak śnieg zęby, oczekując widoku długich kłów, lub nawet upiornych śladów krwi. Nie dostrzegła jednak nic.
- Widzisz, mój uroczy artysto? Jesteś po prostu słodki, jakkolwiek byś się nie starał. Nawet Sara to dostrzega.
- Ano - filozoficznie potwierdziła dziewczyna.
- Słuchaj, czy myślisz, że mogłabym wziąć jakiś kontakt do ciebie? Numer telefonu na przykład.
Sara prawie znowu się zakrztusiła. Wampirzyca poprosiła ją o telefon?
- Yyyy... - zacięła się.
- Tu jest mój, jakby co. Nie pozostaniesz mi chyba dłużna. Proszę - Jeanette wręczyła jej ciemną, elegancką wizytówkę.
Sara przyjęła ją machinalnie.
"Jeanette Talbot" - głosił napis. Poniżej widniała dziwaczna, czerwona, schematycznie wyrysowana róża i numer telefonu komórkowego.
- Jasne... poczekaj chwilkę - wyjąkała. Schowała wizytówkę do torebki. Ze stojaka na barze wyciągnęła serwetkę i rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś do pisania. Ilja litościwie podsunął jej długopis.
- Masz, tylko się nie udław - szepnął.
Powstrzymała chęć kopnięcia go w kostkę i nabazgrała na serwetce swój numer.
- Proszę - podała go Jeanette - ja nie wpadłam na pomysł zrobienia sobie wizytówki. To znaczy... nigdy jakoś nie była mi potrzebna. Ale chyba powinnam o tym pomyśleć.
Wampirzyca wzięła serwetkę i uśmiechnęła się po raz kolejny tego wieczoru. Uśmiech ten wyrył się Sarze płonącym wizerunkiem w mózgu i śnił potem przez kilka nocy.
- Dobrze, zabiorę ją już. Dość emocji jak na jeden wieczór. Biedactwo mi się jeszcze rozchoruje - stwierdził Ilja, protekcjonalnym gestem otaczając Sarę ramieniem. Odwrócił się i ukłonił komuś. Miała wrażenie, że księciu.
- Pilnuj jej - powiedziała Jeanette - mam nadzieję jeszcze kiedyś ją spotkać. Lećcie.
- Dokąd jedziemy? - spytała Sara, kiedy Ilja otworzył przed nią drzwi taksówki.
- Prawdę powiedziawszy chciałem odwieźć cię na Ursynów.
- Możemy jechać do ciebie. Masz wygodniejsze łóżko - powiedziała z przekonaniem.
Nie skomentował tego ani słowem. Podał swój adres taksówkarzowi i usadowił się obok Sary na tylnim siedzeniu. Ruszyli.
Kiedy zamknęła się za nimi brama wiodąca na teren magazynów Galliarda, Gnatożujka przypomniała sobie o czymś nagle.
- Słuchaj - powiedziała, starając się omijać kałuże i kupki brudnego, mokrego śniegu - co to za pacjent do ciebie przychodzi? Taki w skórzanej kurtce z runą na plecach.
- Thurisaz? - spytał Ilja, podając jej rękę.
- No, taką ma runę.
- To jego imię. To znaczy na imię ma Kurt. Thurisaz to jego ksywa. Jest Tubylcem z Service Pack'u.
- Tubylec Betonu? Żartujesz! To ponure nie wiadomo co? - zdziwiła się Sara.
- No. Coś taka zaskoczona? - Ilja otworzył drzwi do hali. Ich kroki poniosły się echem po przestronnym wnętrzu.
- Nie wiem. Chyba nie przypadł mi do gustu. Jakiś taki... no... - zrobiła nieokreślony ruch dłonią w powietrzu.
- "No" co?
- Sama nie wiem - Gnatożujka wsiadła do windy, marszcząc nos - nie wygląda na sympatycznego.
- Czy tobie się wydaje, że każdy na tym świecie musi być sympatyczny? Ma facet talent do komputerów, bo inaczej nie byłby w Service Pack'u.
- A jaki toto ma patronat? - zaciekawiła się Sara.
- Nów. Jak wszyscy w tej wataże. Już taki ich psi urok - roześmiał się - wiesz, chyba ciebie trzeba będzie powoli zacząć zaznajamiać z Garou w Warszawie. Ty nikogo ciągle nie znasz.
- Mnie to mówisz. Wiem! Znam ciebie, znam Kolektyw, znam jedną Gnatożujkę, Nike znaczy się. Słyszałam o tym jej przyjacielu, Szymonie. Znam Szynę-Pod-Napięciem, ale tylko z widzenia. Gabriela, który jest chyba jedynym Dzieckiem Gai, jakie widziałam. Fianniaków... i to wszystko. Słyszałam jeszcze o Jakubowskim z Microtechnics. A! I o Ścianie-Szkła, tej lasce, co lata z "niebieskim z kolcami"... czyli z Szyną.
- Oni też są z Microtechnics - wyjaśnił Ilja wysiadając z windy - w ogóle w tej wataże jest jeszcze Lupus, Max. Widziałaś kiedyś Lupusa?
Weszli do mieszkalnej części hali.
- Nie. Ale chyba wygląda tak samo jak normalny wilkołak. Tylko, że jest wilkiem z urodzenia.
- Tak - Galliard pomógł Sarze zdjąć płaszcz, powiesił go i wygładził - ale Max praktycznie nie używa ludzkiej formy. Na ogół lata w Hispo. Oprócz tego prawie non stop jest podłączony do sieci.
- Bomba - dziewczyna z pewną ulgą zdjęła niewygodne szpilki - wilk internauta. Ja chcę kawy.
- Zaraz dostaniesz - Ilja nieoczekiwanie przeszedł na rosyjski - a tak w ogóle to jestem z ciebie bardzo dumny.
- Dzięki. Zadzwonię do Marka, powiem mu, że załatwiłam sprawę - wyjęła komórkę, siadając wygodnie w fotelu.
- Mark, zrobione - zakomunikowała, kiedy Teurg zgłosił się po drugiej stronie linii.
- I co?
- I w porządku. Powiedzieli, że pamiętają. I nie pożarli mnie. Ilja przybył wspierać mnie duchowo.
- Gdzie jesteś teraz?
- U niego. Czekam na zasłużoną kawę.
- Aha... - wahanie, lekka niechęć - Pilnuj się.
- Oczywiście, mistrzu, nie omieszkam - zaszczebiotała.
Z niewiadomych przyczyn ta niechęć i to wahanie w głosie O'Seadh, sprawiły jej jakąś dziką satysfakcję.
- Dobranoc.
- Trzymaj się.
Przez chwilę Sara siedziała nieruchomo w fotelu z telefonem w dłoni. Potem odłożyła go na stół.
Dziwne uczucie zaczęło narastać w jej wnętrzu. Była to niepojęta mieszanina niepokoju i podniecenia, jak gdyby coś miało się wydarzyć. Nie miała tylko pojęcia, co.
Wstała i udała się do kuchni, gdzie Ilja parzył w ekspresie kawę. Stał przy kuchennej szafce, bawiąc się ozdobną łyżeczką do cukru. Uśmiechnął się na widok wchodzącej Sary.
- Zadzwoniłaś?
- Mhm - podeszła do Galliarda - Wiesz... wyjaśnij mi... czemu ja się robię przy tobie taka... niespokojna?
Uniósł ciemne brwi.
- A robisz się niespokojna?
- Chyba tak. Ale... nie wiem, dlaczego.
Usiadła na taborecie z ciemnego, poprzecinanego elipsowatymi liniami słojów drewna. Przechyliła głowę na ramię i zaczęła przyglądać się Ilji z zaciekawieniem. Ekspres zakończył pracę, ostatnie krople kawy przesączyły się przez bibułkę filtra. Galliard nie ruszył go jednak.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - spytał po rosyjsku.
- Bo myślę... uważam... że jesteś bardzo, bardzo... piękny - odpowiedziała z namysłem, zaskoczona własnymi słowami.
Podszedł do niej powoli i przykucnął tuż przed nią. Ujął jej twarz w obie ręce.
- Ja też myślę, że jesteś bardzo piękna, Saro - powiedział cicho.
Link 22.11.2009 :: 21:17
Komentuj (2)ZNOWU ON
Wychodząc na ulicę, Sara z niezadowoleniem stwierdziła, że zaczyna padać śnieg. Nie był to miękki, puszysty gatunek śniegu, tylko ten mokry, wciskający się wszędzie wielkimi, posklejanymi, błyskawicznie topniejącymi płatkami. Po kilku chwilach całe włosy miała mokre, a zimne strużki wody ściekały jej za kołnierz.
Otarła twarz niecierpliwym gestem, za późno przypomniała sobie, że robiła dziś makijaż i zaklęła.
Z niechęcią obejrzała palce, na których zostały ciemne plamy. Westchnęła ciężko, starając się nie myśleć, jak teraz wyglądają jej oczy i policzki.
Szczelniej owinęła się płaszczem i naciągnęła szalik na nos.
Ruszyła znaną sobie doskonale trasą w kierunku metra, mając nadzieję, że tym razem nie natknie się ani na dziwnego faceta z runą na kurtce, ani na upiorną zjawę jasnowłosej dziewczynki.
Idąc wąską ulicą, starała się nie pośliznąć na mokrym, popękanym chodniku i rozmyślała o stojącym przed sobą zadaniu. Przerażało ją. Zdołała się już do tego strachu przyzwyczaić. Chyba całe to bycie wilkołakiem polegało mniej lub bardziej na strachu.
Zazdrościła Ahrounom, takim jak Adrian czy Aleks, siły i całej tej aury lękliwego szacunku, jaka zawsze ich otaczała. Nikt chyba nie chciał podpaść Ahrounowi. Chociaż na pewno żaden z nich nie nadawałby się do takiego zadania.
Adrian, o czym doskonale wiedziała, bardzo nie lubił wampirów. Nie wyobrażała sobie, żeby ktokolwiek mógł wpaść na pomysł wydelegowania go z taką misją. Ale na przykład Galliardzi. Oni mają gadane, nieprawdaż?
Uf, chyba po prostu powinna zrobić, co do niej należy i nie narzekać. W końcu nie idzie tam ze złymi zamiarami, więc jej nie zagryzą. Mogli to zrobić już wcześniej.
Tak, ale wcześniej nie była jeszcze po Pierwszej Przemianie.
Książę Eric. Czy Ilja był z nim na ty? Na pewno nie. Przecież sam powiedział, że trzeba z szacunkiem...
Ale cała ta chryja z Sabbatem... co to w ogóle jest ten Sabbat? Po czym się ich poznaje?
Pokręciła głową gwałtownie, chcąc odpędzić coraz bardziej ponure myśli.
Wtedy, gdzieś przed nią, trochę z boku, rozległ się trzask i kilka przenikliwych gwizdów.
Zatrzymała się jak wryta.
Ulica była pusta. W niektórych oknach jeszcze się świeciło. Na chodniku stało zaparkowanych parę samochodów. Poza tym jednak dookoła nie było żywej duszy.
Kilka kroków przed Sarą, ziała ciemnością półokrągła brama. Dziewczyna mogłaby przysiąc, że hałasy dobiegały właśnie z niej.
Ostrożnie, przytulona do ściany, zrobiła kilka kroków i zajrzała w mrok.
Brama prowadziła na małe, słabo oświetlone podwórko - studnię. Znakomitą większość jego powierzchni zajmowały dwa, czy trzy zapuszczone pojemniki na śmieci. Ich smród, wypełniał bramę i wylewał się na ulicę nawet w chłodnym, zimowym powietrzu. Sara z przerażeniem wyobraziła sobie tę okolicę latem. Podniosła głowę.
Kamienica była bardzo stara i potwornie zaniedbana. Prawdopodobnie, jak wiele budynków w Warszawie, czekała na czyjąś litościwą decyzję o rozbiórce.
Sara zamierzała już ruszyć dalej, kiedy ciszę przeciął kolejny trzask i szczęk sypiącego się szkła.
Kątem oka Gnatożujka uchwyciła ruch - coś wyleciało z rozbitego okna i z łomotem wylądowało na ziemi.
Zamrugała oczami, zaskoczona i wlepiła spojrzenie w leżący koło śmietnika, nieruchomy kształt. Przypominał trochę stertę pomiętego ubrania, choć dźwięk, z jakim uderzył w beton, pozwalał sądzić, że wewnątrz owego ubrania znajduje się jego właściciel. A raczej znajdował się, bo teraz chyba nie można było nazwać go właścicielem czegokolwiek.
Gwizdy rozległy się ponownie, tym razem dalej. Dochodziły z góry, jak gdyby gwiżdżący skakali po dachach.
I nagle - jakby w odpowiedzi na owe gwizdy - kupka odzieży na podwórku drgnęła i podniosła się.
Sara z otwartymi ustami gapiła się na ludzką postać, która chwiejnym krokiem, zataczając się i przystając, ruszyła przez bramę w stronę ulicy. Kilka razy nogi się pod nią uginały i ciężko opadała na kolana. Zawsze jednak udawało się jej pozbierać i kontynuować swój pijany marsz.
Sara cofnęła się i oparła plecami o ścianę. Przecież to niemożliwe. Żaden człowiek nie przeżyłby takiego upadku. A już na pewno nie byłby w stanie potem chodzić.
Żaden człowiek.
Tymczasem postać wyłoniła się z bramy. Straciła równowagę i jak długa upadła twarzą na maskę stojącego przy krawężniku szarego Volkswagena. Samochód jęknął, ale nie włączył się żaden alarm.
Sara zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę ponownie znieruchomiałej osoby.
Był to mężczyzna, potężnie zbudowany i dość wysoki. Miał na sobie okropnie brudne i mocno podarte ubranie - spodnie nieokreślonego koloru, całe pokryte błotem i skórzaną kurtkę z nadprutym rękawem.
Głowę ogoloną miał na zero, pełną ciemnych plam i zadrapań. Twarzy Gnatożujka nie była w stanie dojrzeć.
- Pomóc panu...? - wyjąkała cicho, czując się przy tym nieopisanie głupio. Oto leży przed nią ranny człowiek (czy aby na pewno człowiek), któremu pomoc wydaje się wręcz nieodzowna. Więc czemu, debilka jedna jeszcze się pyta?!
Mężczyzna drgnął na wgniecionej masce Volkswagena. Podniósł brudną rękę, oparł się na niej, po czym z wysiłkiem odwrócił się na plecy. Uniósł głowę i potoczył wkoło mętnym, oszołomionym spojrzeniem.
Sara stłumiła jęk i rzuciła się w tył, aż jej plecy uderzyły o ścianę kamienicy.
Gwizdy rozległy się ponownie, dość blisko, mężczyzna zaś stanął na nogi i, ledwo trzymając pion, aczkolwiek dość śpiesznie, ruszył ulicą, jakby ktoś go ścigał. I chyba rzeczywiście tak było.
Dziewczyna rozszerzonymi oczami patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę.
Znała go.
Miała nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczy. Nigdy więcej po tym, jak wylecieli razem przez tylne drzwi Lochu.
Zacisnęła powieki, usiłując odpędzić wspomnienie jego gorejących czerwono oczu.
Kiedy je otworzyła, mężczyzna zniknął już za rogiem budynku.
Zaklęła i rzuciła się w tamtą stronę. Dopadła węgła i wyjrzała, gotowa na wszystko. Oddychała gwałtownie, czując, że ciało ze wszystkich sił pragnie wyrwać się ze słabej ludzkiej formy.
Pieprzony wampir! Jeżeli Sabbatnika można było po czymś poznać, to chyba właśnie tak wyglądał! Wszak mówili jej, że śmierć Tomka nie była winą wampirów z Camarilli. Że to nie w ich stylu. A była pewna dwóch rzeczy - że to ten właśnie facet zabił jej szefa i że był pijawką. Więc jeśli nie Camarilla, to Sabbat. To musiał być jakiś pierniczony sabotaż, albo inny taki syf! A teraz znowu...
Kurwa! Czemu to zawsze musi trafiać na nią?!
Zorientowała się, że mężczyzny nigdzie nie widać. Jakby zapadł się pod ziemię. Omiotła spojrzeniem ulicę.
Nic. Kilku zwykłych przechodniów, samochody, latarnie.
Westchnęła i oparła się o mur. Wyciągnęła z kieszeni komórkę i spojrzała na zegar.
- I pięknie - warknęła złym głosem - przez tego cholernego „wąpierza” spieprzyło mi ostatnie metro!
Link 30.06.2009 :: 05:56
Komentuj (3)WAMPIRY
- Sara, wstawaj, śpiochu!
Do otępiałej świadomości dziewczyny niechętnie wsączał się kolejny dzień, anonsowany radośnie przez Gabriela.
- Wstawaj, kochanie, bo nie dostaniesz kawy.
- Nie mamy już kawy - wybełkotała w poduszkę.
- My nie, ale oni mają. Właśnie się tam wybieram.
Sklejone snem oczy ustąpiły wreszcie. Powieki rozchyliły się.
Pierwszą rzeczą, jaką Sara ujrzała po tym wartym lepszej sprawy wysiłku, była uśmiechnięta od ucha do ucha twarz Metysa, który pochylał się nad łóżkiem i usiłował połaskotać ją małym, szarawym piórkiem wyciągniętym zapewne z poduszki..
- Jezu, Gabriel, odczep się, bo powiem brzydko.
- Dobra, jak nie chcesz kawy, to spadaj. Idę sam - oznajmił Eisner obrażonym tonem i wyszedł z sypialni. Kilka chwil później w głębi mieszkania trzasnęły drzwi.
Sara, jęcząc z wysiłku i zniechęcenia, zwlokła się z łóżka. Narzuciła na siebie szlafrok i krokiem godnym zombie opuściła zaciemnioną sypialnię. Przy pierwszym kontakcie ze światłem, natychmiast przestała cokolwiek widzieć.
Weszła do sąsiedniego mieszkania, nie przejmując się swoim, niewątpliwie strasznym, wyglądem. Bardzo wyraźnie czuła, że oczy jej mają rozmiar ziarenek ryżu, a przez policzek biegnie wielka, odgnieciona w trakcie snu pręga.
Na oślep niemal wsunęła się do salonu, przygotowana na okrzyki przerażenia. Zamiast tego usłyszała niespokojny głos prezentera telewizyjnego, szybko wyrzucającego z siebie słowa, których treść nie chciała jakoś dotrzeć do mózgu Gnatożujki.
- Co jest? - spytała niewyraźnie.
- Cicho - syknęła Marta - Jezu, popatrz na to!
Sara postarała się zobaczyć coś przez wąziutkie szparki powiek i wyłapać sens wypowiedzi kolesia od dziennika.
- Dwa zmasakrowane i ukrzyżowane między ulicznymi latarniami ciała, znaleziono wczoraj w nocy...
- Co?! - Sara natychmiast oprzytomniała i odzyskała wszystkie zmysły.
- Ano... to - szepnęła Marta, jakby bojąc się podnieść głos.
- Nieznani sprawcy - kontynuował ulizany mężczyzna w ciemnym garniturze i kretyńsko żółtym krawacie - użyli stalowych lin i łańcuchów. Dwóch mężczyzn, których ciała dotąd nie zostały zidentyfikowane, zawisło między słupami w odległości trzech przecznic od siebie. Wydarzenie to policja łączy z serią innych, podobnie bestialskich, choć mniej - tu głos prezentera lekko się załamał - spektakularnych morderstw, które wydarzyły się w Warszawie na przestrzeni ostatnich czterech dni...
- O co chodzi? - Sara przenosiła zdezorientowany wzrok to na Martę, to na Gabriela.
- Nie wiem, ale mam złe przeczucia - odrzekła Galliardka.
- Czy to ma coś wspólnego z nami?
- Nie bezpośrednio, ale, jeśli się nie mylę w moich przypuszczeniach, to mimo wszystko tak.
Telefon rozkrzyczał się w kącie pokoju i Marta natychmiast rzuciła się do słuchawki.
- Tak? Tak, jest. Dać ci ją? Nie? No, dobrze. Tak, wiem. Widziałam. Właśnie teraz... co? Chryste, dobrze.
Odłożyła słuchawkę.
- Sara, po południu pojedź do Cork Irish. Dobra? Tak na 16:00.
- Czy to... czy to ma coś wspólnego... - zająknęła się Gnatożujka.
- Tak. Boże, jakie to życie parszywe!
- Czy ktoś mi coś wyjaśni?! - rozzłościła się dziewczyna, czując, że jak zwykle wszyscy prócz niej wszystko wiedzą.
- Dziś wieczorem. Mark - lakonicznie odpowiedziała Marta.
- Ale... - zaperzyła się Sara, wymachując rękami. Gabriel natychmiast złapał ją w pasie i pociągnął w stronę części kuchennej.
- Nie marudź, chodź. Zrobię ci kawy. Zapal sobie. Na wszystko przyjdzie czas.
Fionn i Donall byli już w Cork Irish Pub. Sara zastanawiała się niejednokrotnie, czy w ogóle opuszczają to miejsce, kiedy mają wolne. Wydawali się być najzupełniej szczęśliwi, mogąc siedzieć, pić i podrywać przychodzące do knajpy dziewczyny. Tym razem jednak nie pili. Było to coś nowego i Gnatożujka zrozumiała, że sprawa jest bardzo poważna. Kiedy podeszła do nich, przywitali się niezbyt wylewnie, co też stanowiło ewenement. Skinięciem głowy Fionn pokazał jej, by szła z nimi.
Za barem stał Sean. Uśmiechnął się do Sary i ręką wskazał drzwi na zaplecze.
Mark siedział przy stole. Podniósł się, gdy weszli.
- Dobrze, że jesteście.
- Co się dzieje? - spytała dziewczyna, czując, że nie ma zbyt mądrej miny.
- Ano, problemy. I to spore. Siadajcie.
Zajęli miejsca dookoła drewnianego stołu, bliźniacy w zwyczajowych, niedbałych pozach, Sara niepewnie, na brzeżku krzesła, nie wiedząc, czego ma się spodziewać.
- Mała - zwrócił się do niej Teurg - co wiesz o wampirach?
Wstrzymała oddech. O wampirach... O żeż ty!
- Niewiele. Nic w zasadzie. A co?
- Cóż. Nie da się ukryć, że to one stoją za tymi... wypadkami, o których niewątpliwie słyszałaś już w wiadomościach.
Pokiwała głową powoli.
- Ale żeby zrozumieć sprawę, musisz czegoś się o nich dowiedzieć bliżej. Otóż pijawki w dzisiejszych czasach dzielą się na... no... uproszczę to teraz. Tak będzie łatwiej. Powiedzmy, ze dzielą się na dwa... obozy. Istnieją dwie ważne organizacje wampirze. Camarilla i Sabbat. Camarilla dba o to, żeby ludzie nie dowiedzieli się o istnieniu wampirów. Wierz, lub nie, ale oni potrafią pić krew ludzi nie zabijając ich, choć to nie znaczy, że tego nie robią. Co jest jednak najważniejsze, to to, że nie ujawniają swej prawdziwej natury. Nazywają to Maskaradą i traktują mniej więcej tak, jak my Zasłonę, tyle, że Zasłona działa sama z siebie. Zostało im to po czasach Inkwizycji, kiedy bardzo wielu z nich trafił szlag.
Sara pokiwała głową w skupieniu.
- A Sabbat? - spytała.
- A Sabbat to zbieranina wampirów przekonanych, że to ich gatunek jest panami świata a ludzie stanowią pożywienie, ewentualnie niewolników i należy im to jak najszybciej uświadomić.
- Co to ma być? Wampiry über alles? - warknęła ze złym błyskiem w oku.
- No tak... ale choć Sabbat jest bardzo liczny, ciągle ciężko im poradzić sobie z Camarillą. Organizują najazdy na jej miasta, takie jak Warszawa, żeby je odbić. Całkiem możliwe, że mamy tutaj do czynienia z początkiem takiego właśnie najazdu. Wiem, do czego Sabbatnicy są zdolni i wierz mi, jak nie przepadam za wampirami, to z Camarillą jeszcze można się jakoś dogadać.
Sara przeczesała palcami włosy i westchnęła.
- Tak. Wiem. Mniej więcej tak, jak robi to Ilja Muromiec. Chodzi do nich na imprezy i sprzedaje im swoje dzieła - rzekła z przekąsem.
Mark pokiwał głową.
- To całkiem możliwe. Sporo tam Toreadorów.
- Kogo? - Gnatożujka powiodła spłoszonym spojrzeniem po twarzach mężczyzn.
Fionn wybuchnął śmiechem.
- Toreadorów. To taki klan. Wiesz, oni dzielą się na klany, tak jak my na plemiona. W zależności od tego, do jakiego klanu należał rodzic, do takiego należy też bachor - wyjaśnił tonem znawcy.
- Toreadorzy mają niezłe laski - rozmarzył się jego brat.
- No mają. Kochają sztukę, elegancję i piękno. W związku z tym na swoje dzieci wybierają zwykle ludzi trudnych do przeoczenia.
- Toreadorzy są najczęściej blisko Księcia - powiedział Mark - czasem właśnie Toreador zostaje księciem. Ale najczęściej Ventrue. Nasz Książę... tfu!...- poprawił się, z krzywym półuśmieszkiem - obecny Książę warszawskiej Camarilli jest z klanu Ventrue.
- Tak, kojarzę gościa. Taki wysoki, czarny. A ta biała baba, co się przy nim kręci, to kto? Wydaje się, że jest ważniejsza od niego.
- Biała baba? Nie wiem, nie znam ich jakoś szczególnie dobrze. Ale to może być szycha. Wiesz, Książę nie od razu musi byś najważniejszy z ważnych. Mają jakąś tam swoją radę starszyzny, która go kontroluje. Biała baba może być kimś takim. Spytaj raczej twojego kumpla artystę. On ich zna lepiej.
Czy Sarze się wydawało, czy w głosie Teurga zabrzmiała nieoczekiwana zazdrość? Tylko delikatna nutka. I dobór słów...
- Spytam - odparła, przyglądając się O'Seadh przenikliwie.
- Słusznie - rzekł sucho - przyda ci się ta wiedza. Powinnaś mieć jako takie pojęcie o ich hierarchii, bo będziesz musiała tam iść i z nimi pogadać.
Sara wlepiła w niego spojrzenie szeroko otwartych oczu. W pokoju zapadła głucha cisza. Fionn z Donallem z nagłym zainteresowaniem zaczęli oglądać swoje paznokcie. Mark milczał i spokojnie odwzajemniał wzrok podopiecznej.
- Jak to...? - wydusiła w końcu - czemu ja?
Mark pokiwał głową z wyrazem zadumy na twarzy.
- Taaa.... wiedziałem, że to nie będzie przyjemny moment. Ale posłuchaj. Proszę, żebyś poszła do nich i przypomniała księciu o dawno zawartym między nami a nimi pakcie. Jest jeszcze przedwojenny, ostatnio na tapecie był jakieś dwadzieścia lat temu. Warto zapewnić ich, że my pamiętamy i zorientować się, czy i oni mają zamiar dalej go honorować.
- Tak, tak... - wyjąkała Sara - dobra... rozumiem... ale czemu ja?!
Teurg wyciągnął do niej rękę przez chropowatą, ciemną powierzchnię stołu. Dotknął lekko jej dłoni.
- Przepraszam, ale ciebie znają. Wiedzą kim jesteś, widywali cię, kiedy pracowałaś w Lochu.
- Ale w takim razie czemu nie poślecie Ilji?
Mark zerknął na braci siedzących ze wzrokiem wbitym w przypadkowe elementy pokoju. Nie przyszli mu z pomocą.
Westchnął.
- Prawie nie znam Ilji. Teraz, kiedy nie mamy w mieście żadnego przywódcy, każdy dba o swoje interesy.
- Ale Ilja jest Srebrnym Kłem! Czy nie on powinien zabrać się za odwalanie brudnej, dyplomatycznej roboty?
- I co z tego, że jest Srebrnym Kłem? Jest artystą, poza tym nie ma wiele wspólnego z całą sprawą. A wampiry znają go, że tak powiem prywatnie. My potrzebujemy kogoś, kto tam pójdzie i będzie od razu widać, że został wysłany w konkretnej sprawie. To bardzo istotne, żeby potraktowali naszą deklarację poważnie.
Sara popatrzyła na nauczyciela przenikliwie.
- Mogę się nie zgodzić? - spytała.
- Możesz - kiwnął głową - ale nie da się ukryć, że liczę na ciebie.
Milczała chwilę, oglądając blat stołu. Nerwowym ruchem poprawiła się na krześle. Dłoń Teurga nadal spoczywała na jej ręce, ciepła i uspokajająca.
Dziewczyna westchnęła.
- Dobrze - odezwała się - co mam im dokładnie powiedzieć?
Fionn z Donallem trącili się łokciami pod stołem, ale udała, że tego nie zauważyła.
Mark uśmiechnął się do niej.
- Dziękuję. Bardzo nam pomożesz. Nam wszystkim. Widzisz, musisz iść do księcia i po prostu powiedzieć, że pamiętamy o pakcie. Zapytać, czy on pamięta.
Pokiwała głową.
- W porządku. A na czym polega ten pakt?
- Pakt zapewnia nam wspólną, pokojową egzystencję. Chodzi o to, żeby w mieście był spokój. Im zależy na tym tak samo jak nam, mimo, że prowadzą... inny tryb życia. My pilnujemy swoich interesów, oni swoich. I nie wtrącamy się sobie w te interesy. Ale w przypadku zagrożenia, takiego, jak na przykład pojawienie się Sabbatników, mamy ze sobą współpracować.
- My? Z nimi? - zakrztusiła się Sara.
- Ano, tak właśnie. Sabbatnicy nie będą się, delikatnie mówiąc, opieprzać. Będą szkodzić tak samo nam, jak i Camarilli. Będą też na potęgę szkodzić ludziom. Może się z tego zrobić niezły burdel. Wtedy ważne jest, żeby dzielić się informacjami, niczego nie zatajać, bo to mogłoby się okazać zgubne jak cholera. Pakt zapewnia nam też bezpieczeństwo. Oni nie atakują nas, my nie atakujemy ich.
- Dobra, rozumiem. A jeśli któraś z pijaw Camarilli zaczęłaby się nas czepiać?
Teurg odsunął się nieco na krześle i wzruszył ramionami.
- Wtedy możemy się takim delikwentem zająć. Jeśli będzie próbował zabić któregoś z nas, nie musimy się powstrzymywać. Tyle, że powinniśmy otwarcie im to powiedzieć. "Słuchajcie, jeden z waszych się nieco rozpanoszył, więc, przykro nam bardzo, ale się broniliśmy". Działa to jednak w obie strony, o tym powinnaś zawsze pamiętać.
Sara uśmiechnęła się półgębkiem. Odgarnęła włosy z czoła i potarła w zamyśleniu nos.
- To całkiem uczciwe, jak sądzę.
- Owszem. Dzięki temu możemy sobie spokojnie żyć, a w przypadku wspólnego zagrożenia jest nas zawsze więcej do walki. Nie powiem, trochę to wbrew naturze, ale co tam. Mamy takie, a nie inne czasy i jakoś trzeba sobie z tym radzić.
Fionn nieoczekiwanie poklepał Gnatożujkę po ramieniu.
- Spoko, dasz sobie radę - pocieszył ją z grymasem, który miał chyba zapewnić moralne wsparcie.
- Tak, pewnie. A ty będziesz sobie w tym czasie spokojnie sączył piwko i podrywał panienki - stwierdziła z przekąsem.
- Każdy orze jak może - odgryzł się z miną pełną wyższości.
Mark podniósł się ze swojego miejsca, okrążył stół i położył Sarze ręce na ramionach, stając za jej krzesłem.
- Powiem ci, kiedy będzie najwłaściwszy moment. Trzeba załatwić ci audiencję. Tak czy inaczej, jest to w końcu książę. Powinnaś o tym pamiętać.
- Ale ja nie mam zielonego pojęcia na temat dworskiej etykiety! - zmartwiła się.
- Nie bój nic. W tym na pewno Ilja będzie ci w stanie pomóc.
- Jasne, że mogę ci pomóc, ale do jasnej cholery, co się dzieje? - zapytał Ilja, kiedy niespełna godzinę później Sara pojawiła się w jego pracowni.
Prychnęła z niechęcią i pokręciła głową, przybierając zniesmaczony wyraz twarzy.
- Mark mówi, że to Sabbat - oznajmiła ponurym głosem.
Galliard zaklął paskudnie.
- Tego się obawiałem. No tak. W tym wypadku, nie dziwię się, że Mark chce upewnić się co do paktu. Dobrze, że ty pójdziesz.
Dziewczyna spojrzała na niego z nienawiścią.
- Kurde! A co ja jestem?! Dlaczego u diabła ja?! Nie mogą sobie sami pójść?
- Nie wściekaj się - Ilja podał jej niską, szeroką szklankę, pełną przezroczystego płynu.
Sara powąchała, skrzywiła się i wypiła jednym haustem.
- Znają cię. Nie bój się, jeśli nie zrobisz niczego nieuprzejmego, albo głupiego, wszystko będzie w porządku.
Gnatożujka z impetem odstawiła szklankę na stolik. Rzuciła się na fotel i założyła nogę na nogę gestem pełnym niezadowolenia.
- Tak, tak - warknęła - Mark też mi to powiedział. Cholera, przydałby się jakiś szef, czy coś. Nie musiałabym latać za takimi sprawami.
Galliard uśmiechną się pod nosem, siadając na drugim fotelu.
- Wcale niekoniecznie. Myślisz, że gdybyśmy mieli protektorat i przywódcę, on sam załatwiałby wszystko jak popadnie? Fakt, że ta sprawa jest dość ważna, ale chodzi tu o przypomnienie. Nikt nie każe ci negocjować nowych warunków, czy coś.
Rozmawiali po rosyjsku. Sara nawet nie zdawała sobie sprawy, że może tak szybko przypomnieć sobie to, czego nauczyła się w szkole i dodatkowo przyswoić parę nowych rzeczy. Rosyjski, podobnie jak angielski, nie sprawiał jej już żadnego problemu. Możliwe, że nawet znała go teraz lepiej.
- Tak, ale posyłają mnie przed oblicze szychy. A ja, z moją niewyparzoną mordą i pechem mam mu nie podpaść? W cuda wierzycie?
- Uspokój się. Masz, napij się jeszcze - ponownie napełnił jej szklankę.
Wzięła ją i przez chwilę przypatrywała się jej bez słowa. Przejrzysty trunek pachniał słodkawo, gorzkawo i trochę ziołowo. Ilja nalewał go z ozdobnej, kryształowej karafki.
- Co to? - zapytała rzeczowo.
- Gin.
- Bez tonicu?
- Bez.
- Dobra - znowu, jednym łykiem opróżniła szklankę - ale nie chcę więcej. To jest gorzkie. Rozgrzewa, ale wcale nie jest dobre.
Pokręcił głową z politowaniem.
- Nie znasz się, Ale dobrze, więcej nie dostaniesz. Zostanie dla mnie.
Zamyśliła się, kołysząc puste szkło na otwartej dłoni.
- Słuchaj - powiedziała w końcu, podnosząc wzrok - to co ja mam zrobić? Jak się zachować?
Poprawił się w fotelu, podciągając lekko nogawki ciemnych spodni. Założył nogę na nogę i zaplótł dłonie na brzuchu.
- Masz być spokojna. Powinnaś wyglądać elegancko, wystąpić, kiedy cię o to poproszą, przedstawić się, w paru słowach powiedzieć, o co ci chodzi. Żadnego spoufalania. Zresztą, sama będziesz wiedziała. Moim zdaniem atmosfera, jaka tam panuje, zrobi swoje. Pewnie wcisną cię na ogólne zgromadzenie. I tyle - rozłożył ręce - więcej nie mam nic do powiedzenia.
- Kurde! Czuję się, jakbym szła na spotkanie z jakimś królem. Przecież nie jesteśmy gorsi od nich. Po co mam się tak płaszczyć?!
Galliard spojrzał na dziewczynę, jakby z niedowierzaniem. Potrząsną głową i sięgną po paczkę Davidoffów leżącą na stole. Wyciągnął ją w stronę Sary.
Zapalili.
- Czemu ty się tak na mnie gapisz? - spytała po chwili, zbita z tropu.
- Nie mogę uwierzyć, że powiedziałaś, to co powiedziałaś. Ale, z drugiej strony... no dobrze. Posłuchaj. To było dość głupie pytanie. Fakt - uniósł dłoń z papierosem ku górze - nie jesteśmy gorsi. Żadną miarą. Ale po pierwsze: Eric jest ich księciem. Należy mu się szacunek ze względu na stanowisko. Po drugie, skretyniała Gnatożujko, będziesz na ich terenie. Jedno uchybienie, celowy brak poszanowania i jesteś martwa. Proste. Nie na tym ten świat polega, żeby wywyższać się z powodu własnego pochodzenia. Mamusia cię nie nauczyła?
- Nie znałam mamusi, debilu - warknęła Sara, rozzłoszczona sposobem mówienia Ilji - ale powiedziałeś to dokładnie takim tonem, jakiego można się spodziewać po kimś, kto właśnie się wywyższa.
Galliard w bezsilności zakrył oczy dłonią.
- Rany, nie bierz tego do siebie! Mówię ci to w ten sposób, żebyś zapamiętała. Akurat w dziedzinie stosunków między nimi a nami, mam więcej doświadczenia od ciebie. Choć są rzeczy, na które mogłabyś wpaść sama.
Spuściła oczy.
- Dobra, masz rację. Zgoda. Będę ostrożna.
Uśmiechnął się.
- Kiedy chcą cię tam posłać?
- Za jakiś czas. Niedługo chyba. Ale nie wiem nawet, gdzie - zrobiła żałosną minę.
Ilja zgasił papierosa w sześciokątnej popielniczce z ciemnego szkła.
- Pewnie Loch. Przynajmniej znasz miejsce, chociaż będziesz zaskoczona. Ten lokal bardzo się zmienił, odkąd ostatni raz tam byłaś.
Link 24.06.2009 :: 01:07
Komentuj (3)ZAGADKI I WYJAŚNIENIA
Nadeszły czasy względnego spokoju. Przez wiele dni nic się nie działo. Nikt nie wzywał Sary i nie wymyślał jej nowych zadań. "Nikt" również przestał dzwonić, pytać, jak się czuje, zupełnie, jakby unikał jej po tamtym... zdarzeniu. Czyżby męczyło go poczucie winy? Sara na próżno usiłowała zrozumieć taki punkt widzenia. Przecież, myślała z goryczą, nie było w tym nic złego! Chociaż była jeszcze sprawa tamtej kobiety. Mark raz już zawiódł... a los nie pozwolił mu zapomnieć o tym, zsyłając Sarę. Jedno spojrzenie na nią wystarczało, by przywołać przeszłość. Dlaczego to musiało spotkać akurat ją?!
Tęskniła. Czasem łapała się na tym, że przewraca się w łóżku niespokojnie, rozmyślając aż do bólu głowy, aż do momentu, w którym ciepłe łzy spływały z jej otwartych, wpatrzonych w sufit oczu. Niezrównaną pociechą był dla niej w owe noce Gabriel, który, wyczuwając jej smutek, bądź słysząc jego efekty, przychodził do sypialni i kładł się koło niej, przytulając ją i głaszcząc po włosach. Wiedziała, że za którymś razem pocieszanie to pójdzie dalej niż zwykle. Miała rację. Nie wahała się ani chwili, kiedy Gabriel wyciągnął po nią ręce. Wszak to było coś zupełnie innego. Niegroźnego, a zarazem absolutnie zrozumiałego i oczywistego. Żadne nie chciało od drugiego niczego, ponad przyjacielskie, rozkoszne, wzajemne pocieszanie. Przyniosło im niezrównane ukojenie, choć nie usunęło tęsknoty z serca Gnatożujki.
Nie będziesz łączył się w parę z innym Garou...
Który aspekt przykazanie miało na myśli? Największym problemem "łączenia się w parę" jest upośledzone potomstwo. Chociaż nie zawsze dotkliwie, sądząc po młodym Eisnerze. Kiedyś seks bardziej bezpośrednio wiązał się z rozmnażaniem.
Teraz już nie. Teraz mamy inne czasy, buntowniczo myślała Sara, opierając głowę na ramieniu śpiącego obok niej Gabriela. Tym bardziej nie powinna się przejmować. Wszak ten złotowłosy anioł, leżący przy jej boku jest Metysem. Nie posiada zdolności rozrodczych... więc wszystko jest chyba w porządku?
Dni mijały jej leniwie.
Czasem Fionn i Donall wyciągali ją, żeby poćwiczyła strzelanie. Wiedziała, że niedługo będzie musiała stawić czoło ważnemu sprawdzianowi - Rytuałowi Przejścia. Tym bardziej smucił ją fakt, że jej nauczyciel stara się jej unikać.
Spędzała też sporo czasu w towarzystwie Ilji. Często wyciągała go z pracowni i włóczyła po całym mieście. Ćwiczyła również dawno nie używany język rosyjski.
- Masz doskonały akcent - stwierdził Galliard z uznaniem - jak rodowita Rosjanka.
Sara zaczerwieniła się z zadowolenia.
- Kto wie - powiedziała - może jestem nią. W końcu nikt nie zna moich prawdziwych rodziców.
- Fakt - pokiwał głową - a tak w ogóle to chodźmy do mnie. Chcę ci coś pokazać.
Pojechali na Koszykową, do podwójnego magazynu, służącemu Ilji za dom. Sara za każdym razem, widząc go, nie mogła wyjść z podziwu.
- To w ogóle nie wygląda jak coś, w czym można mieszkać - oznajmiła, marszcząc nos, gdy Galliard otwierał bramę.
- Wiem. Dlatego właśnie tu mieszkam. Poza tym to jedyne miejsce, w którym mam wystarczająco dużo miejsca dla siebie i moich prac.
- O samochodach i motocyklu nie wspominając - dodała Sara, idąc szybkim krokiem w kierunku wejścia do prawej hali.
Ilja miał słabość do przestarzałych nieco, eleganckich samochodów. Szybko okazało się, w co zresztą Sara ani przez chwilę nie wątpiła, że jest obrzydliwie bogaty, więc może sobie pozwolić na fanaberie tego typu. W garażu, na parterze jednej z hal trzymał trzy auta i wielkiego, lśniącego Harleya Davidsona.
- Wydaje mi się, że powinieneś zatrudniać szofera. I lokaja - Gnatożujka weszła do dużej, towarowej windy. Ilja zasunął za nimi okratowane drzwi i wcisnął toporny, czerwony przycisk. Winda zgrzytając i trzeszcząc ruszyła niespiesznie do góry.
- Kiedy trzeba sam sobie jestem tak szoferem jak i lokajem. Lubię spokój i prywatność - oświadczył.
- Taaa, wiem. Co chcesz mi pokazać? - zaciekawiła się.
- Zobaczysz. To niespodzianka.
Winda zatrzymała się, jęknęła odsuwana krata. Znaleźli się w mieszkaniu Ilji, pełnym gustownych mebli i z wiecznie unoszącym się w powietrzu, lekkim zapachem rozpuszczalnika.
- Chodź - Srebrny Kieł otworzył drzwi do pracowni i zaprosił Sarę gestem, by weszła pierwsza.
Nic się tu nie zmieniło. Pomieszczenie nadal pełne było przykrytych białą materią kształtów.
- Skończyłem kamień - Ilja zdjął płótno z niskiego, okrągłego przedmiotu w kącie. Oczom Sary ukazał się kamień, którym artysta zajmował się, kiedy przyszła tu po raz pierwszy. Cały pokryty był wypukłymi, skomplikowanymi wzorami.
- Hmmm... piękne. Naprawdę, nie wiem, jak to robisz... na pewno szybko.
- Masz chyba rację, ale to nie dla kamienia cię tu ciągnąłem. Popatrz.
Podszedł do wysokiego, podłużnego kształtu, wokół którego na podłodze pełno było migoczących okruchów, szarawego pyłu i porozrzucanych narzędzi.
- Jeszcze nie skończyłem - usprawiedliwił się, sięgając do materiału - pracowałem nad tym dziś, kiedy zadzwoniłaś. Myślę jednak, że niedługo powinienem się z tym uporać.
Biała płachta opadła na ziemię.
Sara wstrzymała oddech.
Z nogami i rękami ciągle jeszcze uwięzionymi w bryle czarnego, prążkowanego szaro marmuru, przegięta do tyłu w tanecznej pozie, naturalnego wzrostu i z każdym detalem oddanym wiernie, jak na gipsowym odlewie, stała jej kopia, jej siostra bliźniaczka, jej klon, połyskliwy i czarnoskóry.
- O boże - szepnęła. Wyciągnęła rękę i dotknęła twarzy rzeźby. Gładka, pięknie wypolerowana i doskonale podobna. Sara czuła, jakby patrzyła w przedziwne, ciemne lustro. Każdy kędzior jej włosów, każda rzęsa oddane były dokładnie i naturalnie. Nawet tatuaż - wieniec gałązek cierniowych otaczający jej talię i kolczyk, jaki nosiła w pępku.
- Ilja - rzekła powoli - jesteś pieprzonym geniuszem... ale powiedz mi... skąd do cholery wiesz, jak wyglądam nago?!
Muromiec przymrużył oko i podrapał się niezręcznie w tył głowy.
- Cóż... nie da się ukryć, Saro, że tańczyłaś przez jakiś czas w klubie Loch, gdzie, publicznie i zgodnie z wykonywanym zajęciem, pozbywałaś się całej odzieży.
- Fakt ... ale... czekaj! Jakim cudem nigdy cię nie zauważyłam! Nie byłoby szans, żebyś umknął mojej uwadze! Znałam tam z twarzy każdego smętnego biznesmena! Jak miałabym nie dostrzec ciebie?!
- Nie mogłabyś, jak sądzę... chyba, że miałbym tłum, z którym mógłbym się stopić.
Sara pokiwała głową z politowaniem.
- Tak, tak! W Lochu? Nie było tam nigdy takiego tłumu, w którym mógłbyś się... och... - urwała i wlepiła w Ilję oczy.
- Co? - spytał niewinnie.
- Ale... jak to? Co ty tam robiłeś... w towarzystwie... to znaczy... jakiś czas nawet wyglądałeś mi na jednego z nich, nawet nie od razu uwierzyłam ci w tego Srebrnego Kła, ale... potem łaziliśmy razem po dworze, w pełnym świetle... więc...jak?! - Gnatożujka szybko łykała powietrze.
- Wiesz... zawsze mogę być ich ghulem, nieprawdaż? - stwierdził z lekkim uśmiechem, czającym się w kącikach ust.
Sara zwalczyła strach. Czyżby znowu dała się komuś podejść?
- Uspokoję cię, mała. Jestem tym, za kogo się podaję, oczywiście. Mogę nawet zaprezentować ci się w innej formie. Poza tym moje prace ilustrujące umbralne Królestwa... wampiry nie mają do nich dostępu. To znaczy do Królestw. Nie mogą ich znać.
- Ech... nie strasz mnie... mam dziury w edukacji, łatwo mnie nabrać... nawet nie wiem, co to są ghule. Te takie od zjadania trupów? - zainteresowała się, rzucając swojej marmurowej podobiźnie ostatnie spojrzenie i kierując się w stronę salonu, żeby z wrażenia zapalić.
- Nie, nie o tych mowa - Ilja narzucił ponownie płótno na rzeźbę i ruszył w ślad za dziewczyną - wampirze ghule to słudzy i obrońcy. Piją co jakiś czas krew swoich panów, zachowują młodość, zyskują nieco z ich nadprzyrodzonej mocy, ale nie są wampirami. Nie boją się słońca. Nie piją krwi ludzkiej, normalnie jedzą i normalnie można ich zabić.
- A wampira nie?
- No... z wampirem jest nieco trudniej. Czerpią siłę i witalność z krwi, którą spożywają. W końcu to nieśmiertelne istoty nadnaturalne, czyż nie?
- Tak... w sumie... skąd mam tak naprawdę wiedzieć. Nie mam zbyt dobrych skojarzeń, jeśli o nich chodzi. Co robiłeś z nimi w Lochu? - oskarżycielskim gestem wycelowała palec w pierś Ilji.
- Prowadzę z nimi interesy. Oni są w dużej mierze koneserami sztuki. Ja jestem artystą. Czasem dostaję od nich zamówienia, a wierz mi, płacą znakomicie. Poza tym istnieje swojego rodzaju zawieszenie broni między nami a nimi. Trzeba jakoś żyć... lub, w ich przypadku, nie żyć - Muromiec roześmiał się pod nosem.
Sara zmarszczyła brwi. Nie było jej szczególnie do śmiechu.
- Dziwne to. Zaczynam wierzyć, że naprawdę ciągle nic nie wiem.
- Masz jeszcze czas, rudzielcu. I zapal wreszcie, bo zaraz zatłamsisz tego fajka na śmierć.
Wychodząc od Ilji, jak zwykle, późnym wieczorem, Sara ponownie natknęła się na mężczyznę z runą na plecach. Tak samo, jak ostatnim razem, minął ją obojętnie i zatrzymał się przy bramie. Sara przygryzła wargi. Dziwne. Będzie musiała zapytać Ilję o tego gościa.
Szła wzdłuż muru szybkim krokiem. Było zimno, a ona, nieszczęsna, zapomniała rękawiczek. Palce marzły jej niemiłosiernie, usiłowała więc schować je w obszernych rękawach płaszcza.
Nagle poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odruchowo odwróciła się w stronę bramy Ilji, ale mężczyzny z thurisaz na kurtce już nie było. Wszedł najwidoczniej do środka. Jednak wrażenie bycia obserwowaną pozostało. Nerwowo rozejrzała się dookoła.
Naraz, kątem oka dostrzegła jakiś ruch po drugiej stronie ulicy. Spojrzała szybko w tamtą stronę.
Chodnikiem szło kilku, owiniętych w ciepłe ubrania przechodniów. Obojętnie mijali niewielką wnękę w ciemnej, odrapanej ścianie budynku. We wnęce zaś, niczym dziewczynka z zapałkami, stała kilkunastoletnia blondynka w letniej, staroświeckiej sukience do kolan, w półbucikach na paseczki i białych skarpetkach. Przyglądała się Sarze z zainteresowaniem na dziecięco okrągłej, raczej sympatycznej buzi.
Gnatożujka przystanęła, zdezorientowana. Żaden z mijających dziewczynkę ludzi nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. A przecież był grudzień, a ona miała na sobie jedynie lekką sukienkę. Sara zamrugała oczami, kręcąc głową. Kiedy zaś ponownie spojrzała ku wnęce, dziewczynki już nie było.
Chwilę stała w miejscu niezdecydowanie.
- Czy ja wariuję? - szepnęła, po czym, dla dodania sobie otuchy, wyciągnęła z paczki kolejnego papierosa.
Iza zadzwoniła do Sary następnego dnia i znudzonym głosem oznajmiła, że życzy sobie iść na piwo.
- Nie masz lepszych pomysłów - ofuknęła ją Gnatożujka.
- Nie mam ani dobrych pomysłów, ani rozrywki, o facecie nie wspominając.
- Facet? Po co ci facet? Faceci to palanty - orzekła Sara nie znoszącym sprzeciwu, pełnym pogardy tonem.
- A ty co? Ciągle przeżywasz tego O'Seadh?
- Tak, odczep się z łaski swojej.
- Nie złość się. Obie jesteśmy w podobnej sytuacji. Chodź, upijemy się, zalejemy smuta - w głosie przyjaciółki Sara usłyszała nuty współczucia. Serce jej odtajało.
- Dobrze. Chodźmy więc. Zabiorę cię do Cork Irish Pub - rzekła, udobruchana.
- Tak? Żeby wszystko znowu kojarzyło ci się z tymi cholernymi Irolami? - ofuknęła ją Iza bezlitośnie.
- Nie, to nie o to chodzi... lubię tam być. Mark nieczęsto się tam pojawia, poza tym chcę cię z kimś poznać - wyjaśniła Sara, w której głowie już zaczął rysować się przebiegły plan.
- O - zaciekawiła się Iza - z kim takim?
- Zobaczysz. Bądź u mnie o siódmej. I odstaw się, z łaski swojej.
Odłożyła słuchawkę i oddała się snuciu perfidnych zamysłów z Izabelą i Conallem w rolach głównych.
Sara nie przypuszczała, że naprędce skonstruowany plan wypali tak znakomicie. Iza zakochała się w Conallu natychmiast, od pierwszej chwili i świeciła tym na całą knajpę. Conall, ciągle jeszcze rzucający pełne wyrzutu spojrzenia Sarze, był nieco bardziej powściągliwy w okazywaniu zainteresowania. W końcu jednak dał się pochłonąć rozmowie z uroczą, wpatrzoną w niego jak w obrazek blondynką. Nie minęły trzy godziny, a Sara była absolutnie pewna, że barman spędzi tę noc z dala od własnego łóżka. Uśmiechała się pod nosem, zadowolona z takiego obrotu sprawy. "Mieliśmy trzy nieszczęśliwe osoby, pomyślała, została już tylko jedna. No i Mark. Gdziekolwiek jest."
Korzystając z faktu, że Iza wisiała na barze, zabawiając Conalla, Sara przechyliła się przez stolik, który dzieliła z Fionnem i Donallem.
- Gdzie jest nasz nieoceniony O'Seadh? - szepnęła.
- No... u siebie - odparł Donall, ze zdziwioną miną.
- To znaczy gdzie? - zapytała z nadzieją.
- Na zapleczu. W swoim pokoju. Jak coś od niego chcesz, to idź, nie powinnaś mieć kłopotów, żeby się tam dostać - stwierdził Fionn tajemniczo.
Pokój na zapleczu? Dziwne. Sara nigdy dotąd o nim nie słyszała. To znaczy oczywiście, podejrzewała, że na zapleczu trzymają beczki piwa, butelki z alkoholem, jedzenie... ale żeby przesiadywał tam Mark?
Wśliznęła się za bar, kompletnie zignorowana przez Izę i Conalla. Sean kiwną jej głową porozumiewawczo, kiedy sięgnęła do klamki. Kurde, wszyscy o wszystkim wiedzieli, tylko ona, jak zwykle, była informowana ostatnia.
Drzwi uchyliły się bezdźwięcznie. Przekraczając próg, Sara odniosła wrażenie, jakby wchodziła nie tylko do innego pomieszczenia, ale też...
Hmmm... osobliwe...
Znalazła się w niewielkim pokoju, na środku którego stał okrągły, drewniany stół i kilka krzeseł. Pod jedną z szarawych ścian leżał gruby materac, na którym, szczelnie owinięty w miękki, kraciasty koc, spał Mark O'Seadh.
Sara podeszła do niego na palcach i przykucnęła. Stojąca na stole, biurowa lampa, oświetlała pokój ciemnym, żółtawym blaskiem. Blask ten kładł się miękko na twarzy Teurga, łagodząc jego rysy i nadając lekko zgorzkniałej twarzy wyrazu niespodziewanej słodyczy. Taki wyraz widziała Sara u niego tylko raz, kiedy układał ją na łóżku i pochylał się nad nią w pomarańczowym półmroku jej pokoju.
Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka, przysypanego kilkudniowym zarostem.
- Mark - powiedziała cicho.
Obudził się. Spojrzał na nią trochę nieprzytomnie.
- Sara. Coś się stało?
- Nie - uśmiechnęła się - przyszłam cię zobaczyć. Dawno się nie odzywałeś. Ładnie się tu urządziłeś.
Przeciągnął się, leżąc ciągle pod kocem.
- Prawda? To mój mały zakątek umbralny. Nie każdy może tu wejść.
- Tak myślałam, że to Umbra. Specyficzne wrażenie przy wchodzeniu.
- No patrz, a jednak się czegoś nauczyłaś. I nie kucaj tak, bo ci nogi zdrętwieją. Usiądź - Teurg ujął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Ułożyła się obok niego, na wpół leżąc.
- Właściwie chciałam ci powiedzieć, że poznałam nowego Garou - powiedziała, delikatnie głaszcząc jego ramię.
- Tak? Kogo?
- Galliarda ze Srebrnych Kłów. Nazywa się Ilja Muromiec.
Mark uśmiechnął się.
- Tak, Ilja jest w mieście dużo dłużej niż ja. Słyszałem o nim.
- Świetny artysta. Wyrzeźbił mnie w czarnym marmurze - pochwaliła się głosem napęczniałym z dumy.
O'Seadh skinął głową kilkakrotnie, patrząc dziewczynie prosto w oczy.
- Jesteś tego warta - rzekł cicho.
Sara utkwiła wzrok w kocu, po czym przechyliła się do przodu i szybko pocałowała Teurga. Odsunęła się, zanim zdążył zareagować i natychmiast zaczęła mówić.
- Chyba udało mi się zeswatać Conalla i Izę. Bardzo przypadli sobie do gustu. To dobrze, bo Iza zaczęła już narzekać na brak faceta, a Conallowi należy się coś dobrego po tym, jak go potraktowałam. Wredna małpa ze mnie - wyrzuciła jednym ciągiem.
- A jak u ciebie? - zapytał Mark po prostu. Wtedy Sara opuściła wzrok, żeby nie zdradzić zaszklonych nagle oczu.
- Po staremu.
- Przepraszam, że się nie odzywam, nie dzwonię, ale jestem trochę zajęty. No i...
O, Boże... teraz się przyzna...
- No i wstyd mi za tamto.
Przyznał się.
- Żałujesz? - Sara podniosła spojrzenie, uspokojona, zobojętniała i jak gdyby opustoszała.
- Słucham? Nie! W żadnym wypadku. Ale...
- Ale to nie powinno się zdarzyć już nigdy, prawda? To chciałeś powiedzieć?
Sara opanowała zimny dreszcz wędrujący wzdłuż kręgosłupa. Nagle zrobiło się jej wszystko jedno. Mark nie odzywał się do niej, bo było mu głupio. Nie potrafił wziąć odpowiedzialności za własne czyny. Głupio? Co to w ogóle znaczy: "głupio"?
Z niewiadomych przyczyn poczuła niechęć do romansowania z Markiem. Zostawił ją z jej nadziejami i smutkiem, bo było mu głupio.
- Nie powinno. Ale widując się z tobą nie mogę zagwarantować, że się nie zdarzy - rzekł smętnie.
I jeszcze nie jest wystarczająco silny, żeby panować nad sobą!
- Nie zdarzy się. Obiecuję. Cokolwiek by się nie działo, bez względu na to, jak mocno byśmy mieli ochotę, nie zdarzy się - jej głos był zimny i tak ostry, że przecinał miękką ciszę pokoju, niczym nóż.
Wstała.
Mark chwycił ją za rękę.
- Saro... nie wściekaj się... nie mów w ten sposób - poprosił. W jego oczach Gnatożujka dostrzegła smutek, troskę i zawód. Zraniła go.
- A jak mam mówić? Co mam mówić? Kocham cię, a ty zostawiłeś mnie z tym wszystkim i zaszyłeś się w bezpiecznym miejscu... to nie było zbyt odważne! Było mi źle, wyłam nocami, czekałam... ani słowa od ciebie. Tylko kilka informacji, że Fionn, że Donall, że strzelnica i tyle.
Wyrwała mu rękę i ruszyła w stronę drzwi.
- Przepraszam! Przykro mi, wiem, co się z tobą dzieje, ale uwierz mi. Nie mogłem! Spróbuj popatrzeć na to z mojej perspektywy! Nie żądaj ode mnie niemożliwego!
Zatrzymała się.
- Czyli przeleciałeś mnie i tyle. Na tym koniec. Tak?
- Sara! Po pierwsze, wiem, że nie powinienem tego mówić, ale nalegałaś. A inicjatywa w... tamtej sprawie była w dużej mierze twoja. Po drugie, nie jestem z kamienia. Po trzecie, bardzo, kurwa, żałuję, że nie jestem.
Zamilkł. Położył się na wznak i wsunął ręce pod głowę. Wbił wzrok w sufit, pełen dziwacznych cieni i ciemnych zacieków. Sara zastanawiała się przez chwilę nad tym, co powiedział.
Powoli docierało do niej, jak niesprawiedliwa była wobec niego. Nalegała, fakt. Odsuwał ją od siebie, ile mógł, ale sama się pchała, niczym ćma w ogień. A potem - jak miał ją odepchnąć? Ją, nowe wcielenie jego dawnej miłości? A z drugiej strony jak mógłby zostać przy niej, wciąż mając w pamięci skutki złamania przykazania jeszcze na Zielonej Wyspie.
Tamta dziewczyna umarła, dziecko, o ile nie zostało zabite, oddano do innego plemienia, a Marka wygnano.
Fianna szczególnie nie lubili Metysów, pochodzili przecież od ludu, który każdą fizyczną skazę uważał za przejaw zła, więc na swych królów obierał mężczyzn nieskazitelnych tak na ciele, jak i umyśle. W podświadomości Fianna zakorzeniona była nienawiść do Metysów, jako istot skażonych złem Żmija. Z drugiej zaś strony wyjątkowo łatwo dawali się ponieść emocjom i żądzom. Dużo pracy wymagało od nich powściągnięcie takich zapędów. Każdy musiał nad sobą pracować. Więc jeśli komuś się nie udało, znaczyło to tyle mniej więcej, że był zbyt słaby, czyli - skażony. Przynajmniej tak Sara rozumiała informacje, jakie w tej kwestii udało jej się zdobyć. Miała jednak również podejrzenie, że wiele rzeczy wiązało się z pewnym zakłamaniem. Nie wierzyła, że Fianna, tak przywiązani do przyjemności ciała, nie łamali pierwszego prawa Litanii równie łatwo, co inni, a nawet łatwiej (o ile o "łatwości" w ogóle można tu było mówić). Po prostu dbali o siebie i o pozory. Wszyscy chyba dbali o pozory.
Zmarszczyła brwi. To przerastało ją trochę. Miała proste spojrzenie na tę kwestię i usilne udziwnianie i utrudnianie sprawy, przerażało ją.
- Rozumiem cię, Mark - powiedziała wreszcie - przepraszam. Byłam podła.
Odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się delikatnie. Jego surową twarz zalało niespotykane światło, wypływające z tego uśmiechu. Tak, nie na darmo nosił imię Trzy-Uśmiechy. Był uśmiech kpiący, był uśmiech nie zapowiadający niczego dobrego. I był jeszcze ten trzeci uśmiech. Sara z trudem powstrzymała łzy.
Mark. Taki piękny. Mądry tym rodzajem po części melancholijnej, po części bezwzględnej mądrości wynikającej z doświadczenia. Dlaczego nie mogła wziąć go za rękę i pomóc mu w jego smutku? Dlaczego nie mogła zostać przy nim?
- Ale z tą parszywą miłością nie będzie łatwo mi sobie poradzić. Obiecuję jednak: postaram się.
- Myślisz - rzekł siadając z powrotem na materacu - że jesteś w tym problemie osamotniona?
- Nie wiem - pokręciła głową smutno - ale oczywiste jest dla mnie, że jeśli coś faktycznie we mnie kochasz... to ją.
Szybko wyszła i cicho zamknęła za sobą drzwi. Nie chciała wiedzieć, co odpowie, bała się usłyszeć zarówno potwierdzenie, jak zaprzeczenie.
Było jej przeraźliwie smutno.
Cicho, na palcach, wyśliznęła się z pubu i, zakładając płaszcz, wyszła na mroźne, wczesnozimowe powietrze.
Link 17.06.2009 :: 23:09
Komentuj (4)TEN-KTÓRY-OŻYWIA-KAMIENIE-I-PYŁ
Kolejne drzwi.
Sara odgarnęła lekko wilgotny lok z rozgorączkowanego czoła i nacisnęła klamkę, próbując psychicznie przygotować się na następną ekspozycję. Jasne światło uderzyło w jej zmęczone oczy, więc przymrużyła je instynktownie.
Znajdowała się w sporym pomieszczeniu, pełnym rozmaitych, białych kształtów. Po chwili zorientowała się, że są to przedmioty poprzykrywane czymś w rodzaju prześcieradeł. Potem do jej uszu dotarł odgłos dziwnych, nieregularnych uderzeń, jakby ktoś opukiwał ścianę czubkiem noża.
Dopiero, kiedy zamknęła za sobą drzwi i postąpiła kilka kroków naprzód, zrozumiała, że oto szalona wycieczka przez Krainę Czarów dobiegła końca. Była w pracowni artystycznej. Teraz powinien wreszcie pojawić się Biały Królik.
Ruszyła niepewnie przez pokój w kierunku źródła dźwięku, poruszając się niezgrabnie jak po długim śnie i rozglądając dookoła. Wreszcie uśmiechnęła się pod nosem.
- Mamy i Białego Królika - stwierdziła schrypniętym głosem.
W kącie pracowni, przykucnięty przed sporą bryłą kamienia, z ciemnymi włosami spływającymi po białym kitlu, pracował Ilja. Na dźwięk jej słów obejrzał się i uśmiechnął, wstając.
- Raczej Szalonego Kapelusznika. - powiedział, odkładając młotek i dłuto -Witaj. Jak ci się podobało?
Uśmiechnęła się słabo.
- Bardzo, choć trzeba przyznać, że była to dość wyczerpująca rozrywka. Ale, na bogów, musisz być geniuszem! Żaden człowiek nie byłby w stanie przygotować czegoś takiego sam!
Skromnie opuścił oczy, podchodząc ku niej z wyciągniętą ręką.
- Ilja Muromiec, Ten-Który-Ożywia-Kamienie-I-Pył. Galliard ze Srebrnych Kłów.
- Aha - skinęła głową Sara, ujmując jego dłoń - to wiele wyjaśnia. Sara Orzechowska, Ragabash z Gnatożui. Ciągle jeszcze szczenię.
- Miło cię poznać... ponownie, Saro. Napijesz się czegoś? Martini?
- Hmmm... - zamyśliła się - po tych wszystkich przeżyciach, taka propozycja brzmi jak muzyka dla moich uszu.
- Chodź więc - Ilja zdjął kitel i cisnął go obok niedokończonej rzeźby. Dziewczyna zauważyła, ze jest to duży kamień, przypominający głazy stawiane niegdyś na rozdrożach, w połowie pokryty dziwacznymi, podobnymi do celtyckich wzorami i plątaninami cienkich linii. Cała zabawa z nimi polegała na tym, że nie były wyżłobione. Były wypukłe.
Artysta podał Sarze ramię eleganckim gestem i skierował się ku drzwiom, przeciwległym do tych, którymi tu weszła. Otworzył je i znaleźli się w sporym, ze smakiem urządzonym salonie. Przeważały tu jasne kolory, nie licząc czarnych, skórzanych foteli i kanapy od kompletu. Sprzęty były nowoczesne, lecz nie reprezentowały typowego w takich przypadkach zimnego, skandynawskiego stylu. Wszystko sprawiało wrażenie wręcz przytulne. Stojąca na szklanym stoliku lampa z abażurem w kolorze owsianki, rzucała przyjemne, nieco przytłumione światło.
- Rozgość się. Zaraz przyniosę coś do picia - Ilja posadził ją na jednym z foteli - i zapal sobie, jeśli chcesz. Gdzieś obok ciebie jest popielniczka.
Sara z ulgą sięgnęła po papierosa i zaciągnęła się głęboko dymem.
- Palenie szkodzi. Zaraz sam chętnie dołączę - uśmiechnął się Galliard, wyjmując z barku butelkę. Postawił ją razem z dwiema niskimi szklankami na stoliku i oddalił się w kierunku aneksu kuchennego, całego w chromie, szkle i, na zasadzie interesującego kontrastu, ciemnym drewnie.
Wrócił po chwili z przezroczystą miseczką wypełnioną cząstkami cytryny. Sara pomyślała, że wszystko chyba, czego dotknie Ilja, zaczyna wyglądać jak dzieło sztuki.
- Proszę, dla pani. Cytrynkę? - zapytał nalewając ciemnoczerwony płyn do szklanki.
- Chętnie. Ech... ta oficjalna forma zaczyna mnie przytłaczać. Ty zawsze tak?
- Hmmm...? "Tak" to znaczy jak? - spojrzał na nią podejrzliwie, wręczając jej drinka.
- Tak... no, oficjalnie, jak już rzekłam.
Roześmiał się.
- Nie wiem. Może to przypadłość plemienna - wydobył skądś paczkę papierosów i zapalił.
Pokiwała głową.
- Tak, słyszałam coś o tym... jej! Nie zważaj na mnie. Jestem tylko... no... schamiałym Gnatożujem.
Brwi Ilji podjechały do góry.
- Schamiałym... nie ma co, samokrytyka wkrótce cię pożre - zaopiniował. Rozparł się w fotelu, zakładając ostentacyjnym gestem nogę na nogę.
- Dobra. Od teraz jestem absolutnie wyluzowany...
Była już noc, kiedy Sara wyszła na ulicę. Uśmiechała się. Polubiła Ilję i wstyd jej było trochę, że miała co do niego jakieś wątpliwości. Cóż, nie dało się jednak ukryć, że wyglądał jak wyglądał, a to kojarzyło się jej jednoznacznie i, jak do tej pory, niekoniecznie przyjemnie.
Idąc niezbyt szybko wzdłuż muru, dostrzegła nagle zbliżającą się z naprzeciwka postać.
Był to mężczyzna średniego wzrostu w skórzanej kurtce. Kiedy mijał Sarę, dziewczynie udało się dostrzec w przelocie jego twarz o ostrych rysach i nieco zaciętym wyrazie. Miał krótkie, sterczące, ciemne włosy i skupione, lekko przymrużone oczy. Obejrzała się za nim.
Przed bramą Ilji mężczyzna zatrzymał się i nacisnął guzik domofonu. Na plecach kurtki widniał znak, który z niewiadomych przyczyn wydał się Gnatożujce znajomy.
Odwróciła się szybko, żeby nie zorientował się, że patrzyła.
Za sobą usłyszała metaliczne szczęknięcie. Brama otworzyła się.
Kto to mógł być? Dziwny facet. Nie bardzo pasował na znajomego Ilji, chociaż pozory mogą mylić. Jednak ostatnią osobą, jakiej Sara spodziewała się w towarzystwie artysty, był ponury typ w skórze, bojówkach i wojskowym obuwiu.
Wzruszyła ramionami, kierując się w stronę metra. Facet jak facet, cóż zrobić. Ale ten znak na plecach jego kurtki... trzeba będzie poszukać. Dziewczyna miała wrażenie, że gdzieś już go widziała.
- Czego szukasz? - zapytał Gabriel, zaciekawiony pochylając się nad współlokatorką, niecierpliwie wertującą kartki jakiejś książki. Miał na sobie tylko dżinsy i kilka sznurów koralików, otaczających jego szyję tuż nad linią obojczyków. Długie, jasne włosy swobodnie spadały mu na ramiona i plecy, okalając pogodną twarz niczym złota rama.
Sara popatrzyła na niego i po raz kolejny uderzyła ją jego uroda. Jak to możliwe, żeby taki mężczyzna miał być w jakikolwiek sposób gorszy od innych? Przez cały czas, w ciągu którego dzielili mieszkanie, starała się usilnie dostrzec w nim wady. Owszem, może nieco zbyt był niepoważny, zbyt lekkomyślny, czasem wręcz
dziecinny. Ale przecież były to wady, które zdarzały się każdemu. Jej na przykład.
Musiała zatem wierzyć na słowo Marcie i innym, że i na Gabrielu haniebne pochodzenie odcisnęło swoje piętno.
Ojcem Metysa miał być, legendarny już w społeczności warszawskich wilkołaków, Adam Eisner, Śpiewający-Śmierci, Ahroun z plemienia Dzieci Gai. To on właśnie towarzyszył Korsarkom w wyprawie do Umbry Getta. Od Aleksa dowiedziała się, że był to doskonały wojownik, mistrz kailindo - sztuki walki, w której zazwyczaj celowało plemię Patrzących W Gwiazdy. Sztuka ta polegała na wewnętrznym wyciszeniu, poskromieniu szału i furii, drzemiących w każdym Garou, zwłaszcza zaś w urodzonych przy pełni. Nie było to łatwe, wymagało nieskończonej ilości opanowania. Sara kilka razy widziała treningi Aleksa, kojarzące się jej nieco z ćwiczeniami tai-chi. Bo Aleks również znał kailindo. A Śpiewający-Śmierci był niegdyś jego nauczycielem.
Nic jednak nie było wiadomo o matce Gabriela. To znaczy Sara nic o niej nie wiedziała. Zastanawiała się, czy nie była nią przypadkiem jedna z Czarnych Furii...
Kiedy Gabriel pochylał się nad nią, uśmiechnięty, usiłowała zgadnąć, do którego ze swoich rodziców mógł być podobny. Oboje musieli być przyjemni dla oka, skoro efektem złamania przez nich Litanii była istota takiej urody. Sara nie potrafiła wyobrazić sobie w młodym Teurgu jakiejkolwiek skazy. Owszem, Marta wspominała jej o fobii Gabriela, ale czy istniało coś jeszcze? Gnatożujka musiała się z tym liczyć, choć jej serce łatwo i chętnie idealizowało nowego przyjaciela.
Teraz uśmiechnęła się do niego znad książki i z trudem powstrzymała chęć zatopienia palców w miękkich, jasnozłotych włosach.
- Szukam jednej rzeczy. Chyba runy - pokazała Gabrielowi okładkę książki.
- No, jest to książka o runach niewątpliwie - stwierdził, unosząc brew - znajdziesz tu głównie runy. Chyba, że chodzi ci o coś innego. W takim wypadku masz pecha.
- Och... prawie na pewno chodzi mi o runę - zniecierpliwiła się Sara - widziałam jeden taki znak i nie daje mi spokoju... muszę wiedzieć, co to jest!
Gabriel z właściwym sobie zaangażowaniem wzruszył ramionami i udał się do kuchni - miejsca, w którym zawsze i wszędzie potrafił się znaleźć i czuł się bezpiecznie.
Dziewczyna z niezadowoleniem przerzucała strony książki. Wreszcie zatrzymała się.
- Mam - oznajmiła tryumfalnie - jest. To thurisaz. Ha!
- I na co ci to było? - dobiegający z kuchni głos metysa przepełniony był brakiem zrozumienia.
- Na nic. Musiałam po prostu zaspokoić swój niezmierzony głód wiedzy.
- Chyba, że tak. Naleśniczka?
- Co?
- Naleśniczka, pytam? Świeżo usmażone - Gabriel przyniósł z kuchni parująca patelnię, na której rumienił się nieziemsko pachnący naleśnik - bez farszu, ale i tak polecam.
- Yyyy... czemu ty nie zostałeś kucharzem, cholera? - spytała z pretensją.
- To kwestia genów - odparł obrażonym tonem, wracając do kuchni.
Link 24.02.2009 :: 00:23
Komentuj (0)KRÓLESTWA I WIZJE
- Co to jest? To, co trzymasz? - zapytał Gabriel, który z patelnią w ręku wszedł właśnie do pokoju, kiedy Sara wyłaziła spod stołu, ściskając coś w dłoni.
- Czekaj, jeszcze nie wiem. Zaraz ci powiem - zerknęła na tajemniczy obiekt i brwi podjechały jej wysoko do góry.
- To jest, mój drogi, wizytówka - powiedziała - na śmierć o niej zapomniałam.
- Nie dziwne, skoro cały czas leżała pod stołem - mruknął Gabriel pod nosem, starannie rozlewając olej po całym dnie patelni.
- Nie dostałam jej znowu tak dawno - oburzyła się Sara - nie leżała dłużej niż trzy dni.
- A skąd ją masz?
- Dostałam od jednego artysty. Wygląda jakby się urwał z balu dla gotów, którzy doszli do wniosku, że posiadanie pulsu dawno wyszło z mody...
- Myślisz...?
- Niekoniecznie. Możliwe, że jest nasz. Albo Krewniak, albo Garou. Choć... nie bardzo wygląda. Ale jego grafiki przedstawiały z całą pewnością Umbrę. Muszę zbadać tę sprawę.
- Taa... organoleptycznie... - głos Gabriela ociekał ironią.
- Hej! Hej! Bez takich komentarzy, proszę uprzejmie! - oburzyła się - Nie myśl, że wszystko ci wolno.
- Ty też - odparował.
- Nie myślę.
- No, to pilnuj się.
Sara zaniemówiła.
- O co ci chodzi, Gabriel? Jesteś zazdrosny, czy co?
- To też - przyznał - ale przede wszystkim martwię się o ciebie, ty tępa istoto.
Podeszła do niego i otwartą dłonią klepnęła go w czoło. Cofnął się gwałtownie, rozlewając odrobinę oleju na podłogę.
- A to za co? - spytał żałosnym głosem.
- Za troskę. Jesteś kochany.
- Interesujący sposób na wyrażanie wdzięczności, muszę przyznać - mruknął odwracając się i kierując w stronę kuchni.
Sara zachichotała.
- A jakiego sposobu się spodziewasz?
- Tego nie mogę powiedzieć! - zawołał przy akompaniamencie trzasku podpalanego gazu - Honor mi zabrania. I dobre wychowanie!
Sara, która właśnie otwierała szafę, znieruchomiała z uniesioną brwią.
- No ładnie. Nie dość, że latasz goły po domu, to jeszcze robisz mi aluzje seksualne - powiedziała z niesmakiem.
- Jakie znowu aluzje? - Gabriel wetknął głowę do pokoju - Gdzieżbym śmiał. Strój się strój - dodał przyglądając się ubraniom, które współlokatorka wygarnęła właśnie z szafy na podłogę - potem mi wszystko opowiesz!
- To chyba jakiś żart - powiedziała Sara sama do siebie, kiedy dotarła pod podany na wizytówce adres - nikt nie może mieszkać w czymś takim!
Stała przed wysoką, kutą bramą, stanowiącą jedyne wejście w masywnym murze, zwieńczonym drapieżnymi pazurami drutu kolczastego. Z lewej strony u góry, tuż przy jednym z potężnych zawiasów, umieszczono niewielką, ruchomą kamerę, przyglądającą się ulicy szklanym okiem obiektywu. Było już prawie całkiem ciemno i wiał nieprzyjemny, lodowaty wiatr.
Sara objęła metalowe, ozdobne pręty dłońmi i zajrzała na teren. Był pogrążony w kompletnym mroku, nie paliła się tam ani jedna lampa, więc, w bladym blasku ulicznej latarni stojącej koło bramy, nie dało się wiele zauważyć.
W cieniu ledwo majaczyły dwa podłużne budynki, przypominające wyglądem pobliską halę targową na Koszykowej. Nigdzie nie dostrzegała najmniejszego śladu bytności ludzkiej. Może jednak zrezygnować?
Nie. Skoro już tu przyszła, przecież się nie wycofa.
Spojrzała na umieszczoną w murze tablicę domofonu. Widniał na niej jeden tylko przycisk. Kimkolwiek był, tajemniczy Ilja Muromiec lubił najwyraźniej zagadki i anonimowość.
Sara nacisnęła guzik.
Nie zabrzmiał żaden dźwięk.
Natomiast zawieszona u góry kamera drgnęła, przesunęła się lekko i skoncentrowała na postaci Gnatożujki.
Dziewczyna, chcąc pokryć zmieszanie, uśmiechnęła się nieszczerze i pomachała ręką.
Brama wydała szereg dziwacznych szczęknięć i cichych łoskotów, okraszonych delikatnym buczeniem maszynerii. Lewe skrzydło uchyliło się bezgłośnie, na dobrze naoliwionych zawiasach, akurat na tyle, żeby Sara zdołała wejść do środka. Kiedy tylko znalazła się za bramą, ta zazgrzytała i zamknęła się.
Gnatożujka obejrzała się za siebie i dostrzegła ruch mechanicznych zamków, odgradzających ją właśnie od wolności. Głośno przełknęła ślinę. No... to ładnie!
Rozejrzała się. Dokąd teraz? Nigdzie ani śladu życia, ani odrobiny światła. Brak jakiegokolwiek, najmniejszego choćby znaku.
Ruszyła niepewnie w kierunku budynków, mając nadzieję, ze coś się wydarzy.
"Coś" wydarzyło się szybciej nawet, niż przypuszczała.
Przed nią, na ścianie prawej hali rozjarzyło się kilka lamp, ujętych w ażurowe, druciane osłony. Zdawały się wskazywać jej drogę, zapraszać. Choć było to najbardziej upiorne zaproszenie, jakie zdarzyło się jej otrzymać.
Kiedy weszła pomiędzy budynki i przeszła parę kroków, zgasła pierwsza lampa. Na jej miejsce zapaliła się kolejna, prowadząc dziewczynę dalej wzdłuż ściany. Kolejnych kilka kroków - i znowu - jedna lampa zgasła, jedna zapaliła się.
Sara zauważyła, że coś majaczyło w mroku daleko przed nią. Zorientowała się, że hale były ze sobą połączone i w rzeczywistości tworzyły rodzaj podkowy.
Kiedy światło lamp padło wreszcie na poprzeczny mur, Gnatożujka dostrzegła przypominający geometryczny szkielet szyb towarowej windy. Wtulony był ściśle w kąt z prawej strony.
Winda już czekała. W kabinie zapaliła się mała, ciemnożółta żarówka.
Sara zawahała się. Nie wiedziała przecież, co może czekać na nią w tym budynku. Nie miała pojęcia czego spodziewać się po osobniku, który przedstawił się jej jako Ilja. Kim on w ogóle był? Blady, czarnowłosy, elegancki? Wszystko przemawiało za tym, że należał do owej mitycznej rasy krwiopijców, gatunku, którego po wydarzeniach w Lochu stanowczo nie lubiła. Chociaż, z drugiej strony... może był jednym z Garou?
Dziewczyna, pomna słów Darka, bała się jeszcze jednej rzeczy - tego strasznego tworu wyrwanego z piekła, najgorszego niemal koszmaru każdego młodego wilkołaka - Tancerza Czarnej Spirali. Co się stanie, jeśli gdzieś tam, w mrocznych czeluściach hal, czają się dzieci Żmija? Zapewne trzeba będzie z nimi walczyć. I zginąć, bo Gnatożujka nie miała żadnego doświadczenia w potyczkach z czymś takim.
Ciekawość zżerała ją jednak. Och, ta pieprzona ciekawość, która zawsze pakowała ją w najgorsze tarapaty! Dlaczego ona zawsze musi nią rządzić, pchać ją w niewłaściwe miejsca, sięgać za nią do klamek, naciskać za nią przyciski i odzywać się jej głosem, kiedy powinna milczeć?! Ta ciekawość kiedyś ją zgubi!
Ale czyż to nie ona czyniła ją tym, czym była? Ragabashem? Zwiadowcą?
Może jednak tym razem uda się zatrzymać? Może Sara da radę odwrócić się na pięcie i wrócić pod bramę (może nawet ją dla niej otworzą)? Po co z własnej, nieprzymuszonej woli włazić na podejrzany teren?
Trzask...
Trzask...
Trzask...
Jedna po drugiej - lampy zgasły. Cienie położyły się na ścianach roztańczonym, drgającym gąszczem.
Jedynym źródłem światła została mała, żółta żarówka.
Sara wzdrygnęła się i wbiegła do windy, zamykając drzwi z drucianej siatki.
Kabina ruszyła, trzęsąc lekko. Żarówka zamigotała. Uspokoiła się dopiero, gdy winda stanęła.
Podróż przez otwarty na ciemne powietrze szyb zdenerwowała Sarę jeszcze bardziej. Winda prawdopodobnie wjeżdżała na górę wolniej, niż przeciętny człowiek wchodził po schodach. Kiedy wreszcie się zatrzymała, Gnatożujka ujrzała przed sobą lite, metalowe drzwi, prowadzące do wnętrza budynku. Wyciągnęła rękę i otworzyła je ostrożnie.
Znalazła się w wąskim, ciemnym korytarzu zakończonym zasłoną. Podłoga, wyłożona czymś w miarę miękkim, pochłaniała jej kroki.
Sara odgarnęła dłonią ciężki materiał i wytknęła głowę przez szparę. Jak na razie ani śladu potworów gotowych odgryźć jej różne części ciała, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Przed nią ciągnął się korytarz szerszy i dłuższy od poprzedniego. W zasadzie była to bardziej niewielka, nieco zagracona galeria, której sufit wspierał się na szerokich, betonowych słupach w formie masywnych prostopadłościanów, ustawionych nieregularnie w taki sposób, że, aby dotrzeć do drugiego końca pomieszczenia, trzeba było między nimi kluczyć. Po podłodze walały się gdzieniegdzie fragmenty białego, cienkiego płótna. Małe, blade lampki rzucały kilka nieśmiałych plam światła na nagi tynk ścian i dwa, wiszące na owych ścianach, gigantyczne obrazy.
Gnatożujka, wstrzymując oddech, podeszła do tego, który był bliżej i spojrzała.
Zaczęła nerwowo wyłamywać sobie palce.
Wreszcie przemogła się i spojrzała jeszcze raz.
Bezkresne połacie ciemnej, szorstkiej, ubitej ziemi ciągnęły się aż po coś w rodzaju horyzontu. Nie wiadomo było nawet, czy rzeczywiści jest to horyzont, czy może tylko myląca, niewyraźna linia na płaszczyźnie.
Brunatny brąz, szarość, grafit i omdlały, siniejący granat królowały w tym ponurym krajobrazie. Barwy przelewały się ospale jedna w drugą, tworząc kolejne, nachodzące na siebie warstwy ziemi, może skały, może nie wiadomo jeszcze czego. Na środku zaś płótna cały ten monotonny, płaski bezkres załamywał się do wewnątrz, spadał na łeb, na szyję, uginał się i zarywał w wielką, ziejącą, okrągła czeluść. Czeluść ta wyła z wnętrza nieprzeniknioną czernią, przyciągała, obiecywała wieczność czarnej dziury kosmicznej i zgubę. Nie śmierć. Zagubienie.
Sara, wlepiając w nią spojrzenie szeroko otwartych oczu wyobraziła sobie ptaka, pikującego ku krawędzi przepaści, z jasnym, wyraźnym poczuciem kierunku.
Dół.
Góra.
Ptak wpadł między ciemne ściany, rozpoczął lot ku dołowi, w mrok, w czerń. Wiedział, że umie zawrócić. Wystarczy kilka uderzeń skrzydłami. Góra. Dół.
Ciemność otoczyła go ze wszystkich stron. Objęła. I wtedy właśnie kierunki zniknęły, zapętliły się w jeden, stopiły. Nie było góry ani dołu. Nie było boków. Ptak szarpnął się, zatrzepotał. Ciemność i cisza. Wiedział, że nie potrafi zawrócić i nigdy nie będzie potrafił.
Przestał walczyć.
Sara potrząsnęła głową i odetchnęła głęboko. Zamrugała oczami. Zorientowała się, że stoi z nosem niemal przytkniętym do płótna.
Odskoczyła jak oparzona.
Boże! Co to jest?! Rozejrzała się w panice po galerii. Chryste panie! Nigdy, nigdy więcej nie chcę spojrzeć na to chociaż raz jeszcze! Czy coś takiego naprawdę istnieje?
Starała się uspokoić, oddychając głęboko. Serce powoli wracało do normalnego rytmu.
Chwiejąc się, Gnatożujka podeszła do kolejnego obrazu, ale minęło kilka chwil, zanim odważyła się podnieść wzrok.
- Następna taka niespodzianka i padnę na zawał - szepnęła, chcąc brzmieniem własnego głosu dodać sobie odwagi. Nie wyszło jej to jednak najlepiej. Wzięła więc głęboki oddech i spojrzała na drugie płótno.
Ten obraz był znacznie większy od poprzedniego. Dłuższy czas zajęło Sarze ogarnięcie jego zawartości. Był tak przepełniony szczegółami, że zdawał się poruszać, kipieć własnym życiem.
Na wielkiej równinie toczyła się bitwa. Na pierwszy rzut oka wyglądałaby zwyczajnie, gdyby nie ilość walczących. Były ich setki, może nawet tysiące. A każdy odwzorowany z największą dokładnością, na jaką tylko pozwalała ich skala. Kiedy jednak Gnatożujka pochyliła się, by wnikliwiej przestudiować ich wygląd, odkryła, że nie są to ani żołnierze z pierwszej czy drugiej wojny światowej, ani średniowieczni rycerze, ani też plemienni wojownicy. Nie.
Nie tylko.
Bo byli tam wszyscy. Polscy partyzanci i japońscy samuraje, rzymscy legioniści i Krzyżacy. Armia Czerwona, wojska Napoleona, pogańscy woje, Kozacy, Tatarzy, czarni wojownicy w przepaskach biodrowych, Indianie, wielcy, brodaci Wikingowie. Topory, miecze, berdysze, szable, piki, kosy, karabiny, sztucery, pistolety, katany, łuki; mundury, zbroje, pióropusze; konie, samochody, czołgi...
Na gigantycznej połaci płótna toczyła się jedna walka złożona ze wszystkich.
I wtedy Sara zrozumiała. Patrzyła na Pole Bitwy. Przypomniała sobie, jak Darek opowiadał jej o Królestwach Bliskiej Umbry. Nie bardzo wierzyła wtedy, że coś takiego może istnieć. Ale teraz, po tym, jak ujrzała ten obraz, nie była już tak sceptycznie nastawiona. Wizja odwzorowana tak naturalnie, z taką fotograficzną dbałością o szczegóły, nie sprzyjała zdroworozsądkowemu rozumowaniu.
Ale w takim razie co przedstawiał poprzedni obraz?
Sara nie chciała oglądać go ponownie. Dość miała wrażeń z nim związanych. Aż nadto dobrze pamiętała to przerażające wrażenie zatracenia w pustce. To musiała być Otchłań. Sara niewiele zapamiętała z nauk Darka na ten temat, ale kojarzyła tyle, że Otchłań to coś bardzo niedobrego, a prowadzą do niej wszelkie pęknięcia i niespójności w duchowej materii Umbry. Pęknięć tych zaś miało pojawiać się coraz to więcej i więcej.
Dziewczyna minęła ostatni wspornik i dotarła do wyjścia z pomieszczenia. Znowu stanowiła je zasłona, którą Sara odsunęła z pewną ulgą. Wątpiła, czy kiedykolwiek zechce znaleźć się tu po raz drugi.
Zasłona z szelestem opadła za jej plecami, a w oczy uderzył biały blask świetlówek.
Była w kwadratowym, niewielkim, pokoju. Nie było w nim całkowicie nic, prócz dwojga drzwi. Jedne z drewna, czy sklejki, wyglądały całkiem zwyczajnie. Drugie zaś wprawiły Sarę w stan absolutnego osłupienia. Bardziej bowiem przypominały śluzę w statku kosmicznym, niż normalne przejście. Całe wykonane z matowego metalu, miały kształt rozety z półokrągłymi ramionami. Sarze skojarzyły się z obiektywem aparatu fotograficznego, albo ułożonym w koło cząstkami pomarańczy.
Tuż obok nich znajdował się niewielki panel, przypominający nowoczesne domofony, z przyciskami dotykowymi i prostokątnym, małym wyświetlaczem. Wiedziona swoją najgorszą, a zarazem chyba najbardziej jak dotąd przydatną cechą - ciekawością, Sara podeszła do owego futurystycznego włazu i uniosła rękę do przycisków.
Palce jej znieruchomiały jednak tuż nad powierzchnią klawiatury. Nie znała przecież kodu! Na wyświetlaczu wyraźnie zaznaczone było miejsce na cztery cyfry.
Cóż! Po nader krótkiej chwili namysłu, wystukała pierwszą kombinację, która przyszła jej do głowy: 1625.
Cyfry rozjarzyły się czerwono, po czym elektroniczny zamek zapiszczał potwierdzająco, a ramiona śluzy obróciły się, oddzielając od siebie i rozwarły, ukazując okrągłe wejście.
Gnatożujka ostrożnie zajrzała do środka.
Wewnątrz panował stalowoszary półmrok. Pod przeciwległą do wejścia ścianą wznosiło się wąskie, wysokie podium. Na podium owym leżał jakiś obły, błyszczący przedmiot, którego z tej odległości Sara nie była w stanie zidentyfikować. Weszła więc do środka, a ponieważ nie stało się nic zaskakującego, lub niebezpiecznego, takiego, jak na przykład nagły trzask zamykanej śluzy, ruszyła w głąb pomieszczenia.
Zagadkowym przedmiotem okazał się czarny, lśniący hełm VR.
Sięgając po niego poczuła się jak Indiana Jones. Ciekawe, czy, kiedy go podniesie, ściany zaczną się zwężać, sufit obniżać a z podłogi wyrosną kolce?
Hełm znalazł się w jej dłoniach. Miał gładką, opływową powierzchnię. Odbijały się w niej palce Sary i wykrzywiony zarys jej postaci na tle światła padającego z zewnątrz.
Z niewyjaśnionych przyczyn przestała się bać. Zamiast tego była zaciekawiona. Co też się stanie, jeśli go założy?
Założyła.
Hełm na głowie sprawiał wrażenie cięższego, niż kiedy trzymała go w dłoniach. Obudował szczelnie całą górną połowę jej twarzy. Czuła się jak w kokonie.
Otaczała ją kompletna ciemność. Nic się nie działo.
Akurat w tym momencie, kiedy zaczęła już czuć się głupio i uniosła ręce ku głowie, kątem oka dostrzegła jakiś słaby, pomarańczowy poblask. Odwróciła się w poszukiwaniu jego źródła.
Po absolutnej czerni podłogi niespiesznie biegła cienka, pomarańczowa linia. Świeciła w ciemności. Wyglądała jak wydłużający się promień lasera.
Bezgłośnie przemknęła koło stóp dziewczyny i powędrowała dalej.
Wówczas pojawiły się kolejne. Wszystkie tak samo cienkie i fosforyzująco pomarańczowe, ciągnące się ognistymi śladami po podłodze i po suficie. Wybiegały zza pleców Sary i wędrowały do przodu, niknąc gdzieś w oddali.
Kolejne linie wyrosły niespodziewanie z lewej strony, krzyżując się z pierwszymi idealnie pod kątem prostym.
Gnatożujka rozejrzała się dookoła.
Stała na bezkresnej połaci ciemności, pociętej geometryczną siecią płomiennych nici.
Wtedy nadeszły pająki. Maszerowały całymi stadami wzdłuż linii, miarowo poruszając się swoimi drobnymi, wielosegmentowymi nogami. Rozbiegły się, podzieliły na grupy, pozostają jednak w idealnym porządku. Każda grupa zaczęła gorączkową pracę w różnych miejscach sieci. Sara nie wiedziała, co robią, dopóki spod ruchliwych odnóży najbliższego stada nie zaczął wyłaniać się... uliczny chodnik.
Pająki tkały. Uwijały się, tworząc coraz dalej kolejne płyty, z których każda na początku wyglądała zaledwie jak szkic. Zaraz jednak miejsce "szkicujących" pająków zajęły inne. Te z kolei wypełniały puste kwadraty drobniejszą siatką, następne zaś wypełniały ją do końca. Wreszcie Sara zorientowała się, ze stoi na najprawdziwszym w świecie kawałku trotuaru. Pojawiła się jezdnia. Dziewczyna rozejrzała się i zobaczyła, że inne pająki także nie próżnowały. Boże, były ich tysiące! A każdy miał własne zadanie. Po lewej stronie wyrósł już szkielet olbrzymiego biurowca, nieopodal zaś kuliła się budka telefoniczna. Zjawiły się też samochody.
Nie minęło kilka chwil i Gnatożujka mogła podziwiać miejską ulicę pełną szarych, betonowych brył, szkła, migających świateł i stalowych konstrukcji. Pająki Wzorca, niezmordowane dzieci Tkaczki w ten oto sposób tworzyły swoje przerażająco regularne pajęczyny.
Obraz znikł.
Hełm ponownie dał o sobie znać swoim ciężarem. Zdjęła go więc i potrząsnęła głową z ulgą. Znowu była w mrocznawej, pustej sali. Otarła kropelki potu z czoła i ostrożnie odłożyła hełm na podium.
W istocie geniuszem musiał być twórca tego, co do tej pory widziała. Znał się równie dobrze na malarstwie, co programowaniu. Trochę ją to przerażało. Kolejny raz zastanowiła się, kim on właściwie jest.
Wyszła na oświetlony korytarz, mrużąc zmęczone oczy.
Więc to właśnie jest tematem jego prac - Umbra. Czy Ilja miał jakiś cel w pokazaniu jej tych dzieł? Czy chciał przez to coś jej zasygnalizować? Możliwe. Na pewno fakt, że nie jest zwykłym człowiekiem. Żeby tylko wiedziała coś więcej. Żałowała teraz, że nie słuchała Darka uważniej. Nie byłaby taka przestraszona. A może byłaby jeszcze bardziej?
Teraz nie pozostało jej jednak nic innego, jak iść dalej. Westchnęła i podeszła do kolejnych drzwi.
Te, zaopatrzone w zwyczajną klamkę, otworzyły się bez problemu i Sara ruszyła, by kontynuować swoją niezwykłą podróż.
Nie wiedziała ile czasu zajęła jej wędrówka przez tę niezwykłą galerię sztuki. Im dalej jednak zagłębiała się we wnętrze hali, tym bardziej wzrastał jej podziw dla wielkości artysty. A także strach.
Jedno nie ulegało wątpliwości. Wszystko nawiązywało tutaj do Królestw Bliskiej Umbry. Zadziwiła ją jedynie różnorodność wykorzystywanych przez Ilję środków. W małej salce, w której jedynym eksponatem był niski stół zarzucony wakacyjnymi pocztówkami rozpoznała idylliczne królestwo Lata. W pokoju urządzonym jak wnętrze myśliwskiego domku, z kominkiem, wyeksponowaną bronią palną i wielką, szarą skórą na drewnianej podłodze - posępny Dom Wilków, gdzie wilkołaki były ścigane i tępione. W innym pomieszczeniu pachnącym kurzem i celuloidem, wyświetlany był zapętlony fragment czarno-białego filmu. Ukazywał on mroczną jaskinię, której dnem płynęła oślepiająca, połyskliwa rzeka. W jej wartkim nurcie, przykute błyszczącymi łańcuchami, stały po pas, po pierś, a nawet po szyję wilkołaki w formie Crinos. Na brzegu zaś uwijały się inne. Świecące jak rzeka, metalicznie gładkie, z długimi włóczniami w rękach... Sara odwróciła się z przerażeniem i szybko opuściła to miejsce. Erebus. Wilkołaczy czyściec gorszy chyba od samego piekła.
Czuła, jak pod powiekami gromadzą się piekące łzy. Bała się tego Królestwa chyba najbardziej. I nie chciała nawet zastanawiać się nad tym, w jaki sposób powstał ten film. Był przerażająco realny. Zbyt realny na animację komputerową.
Chociaż, z drugiej strony, Ilja był w stanie wyczarować wszystko. Królestwo Szramy, czyli miejsce, gdzie nagromadził się cały brud z epoki rewolucji przemysłowej, jak również Królestwo Eteralne ilustrowały trójwymiarowe prezentacje holograficzne. Szramę artysta przedstawił jako wnętrze jakiejś ponurej fabryki, gdzie przy długich stołach siedzieli milczący, zgaszeni ludzie, wszyscy zajmujący się tym samym, monotonnym zajęciem. Za szybą zaś, w oddzielnym pomieszczeniu, Sara dostrzegła kilku zadbanych mężczyzn w surdutach, z binoklami, chusteczkami w butonierkach i wyniosłym wyrazem twarzy. Mogła spojrzeć przez ramię każdemu z robotników. Nie odważyła się jednak niczego dotknąć. Bała się, że próba wypadnie pomyślnie.
Królestwo Eteralne natomiast stanowiła wielka, ruchoma symulacja układu planetarnego. Dziewczyna poczuła, jakby satelitarne fotografie NASA ożyły nagle i napadły na nią jednocześnie.
Idąc coraz dalej i dalej, mijała kolejne sale. Dawno straciła rachubę i rozeznanie, nie była też pewna, jak to wszystko mogło zmieścić się wewnątrz magazynu, który, choć duży, z zewnątrz nie sprawiał wrażenia aż tak pojemnego. Cóż... może kluczyła? Nie wiedziała. Nie miała pojęcia ile minut, a może godzin minęło, ile pokoi pozostawiła już za sobą. Niespokojna, z sercem bijącym gwałtownie, jak gdyby chciało wyrwać się jej z piersi i rozszerzonymi oczami, szła dalej, a podróż ciągle się nie kończyła...
Link 03.12.2008 :: 00:07
Komentuj (2)TEN-KTÓREGO-BĘBNY-ROZPRASZAJĄ-MGŁĘ
Rozległ się huk wystrzału.
Ostatnia puszka spadła ze stosu cegieł na ziemię.
Sara opuściła rękę z pistoletem.
- Ha!
- No "ha!" jak się patrzy - pochwalił ją Fionn - gdzie nauczyłaś się strzelać?
- Podczas każdych wakacji strzelałam z tatą z wiatrówki - odparła - uczył mnie.
- Masz chyba wrodzony talent. Aż dziwne, że tak kompletnie nie znasz się na broni.
Wzruszyła ramionami.
- Jakoś nigdy się nie zastanawiałam. Gdybyś mi nie powiedział, że to Beretta, nawet bym się nie domyślała - przyjrzała się pistoletowi z zainteresowaniem.
Bracia pokręcili głowami z niesmakiem. Conall zachichotał pod nosem.
Zmierzchało powoli. Ostatnich kilka godzin spędzili na stopniowym opróżnianiu czarnych toreb i zaznajamianiu Sary z ich zawartością. Fionn i Donall podtykali jej na zmianę rozmaite modele broni palnej, podawali nazwę i szereg wiadomości technicznych, które w tej chwili zlały się już w mózgu Gnatożujki w jednolitą, nic nie znaczącą papkę. Wiedziała tylko tyle, że z czegoś strzelała na leżąco, coś innego z kolei omal nie wyłamało jej barku.
Bracia zaczęli pakować ekwipunek.
- Boże, czyżby wreszcie koniec? - jęknęła dziewczyna z ulgą.
- Tak, tak, koniec - uspokoił ją Donall - powiedz tylko, z czego ci się strzelało lepiej. Z tamtego Walthera, czy z Beretty?
- Walther to było to poprzednie?
- Tak.
Zastanowiła się.
- Nie wiem. A co?
- Bo jeden z nich będzie twój, tylko musisz sobie wybrać.
Sara obejrzała połyskującą niebieskawo stal Beretty, pistoletu z którego przed chwilą oddała ostatni strzał.
- Pokaż tamten - zażądała.
Natychmiast dostała matowo czarnego Walthera, przyjrzała się mu, zważyła w dłoni.
- Nie wiem - stwierdziła żałosnym głosem. A co jest jakie?
Donall wziął od niej obie bronie.
- Oba te pistolety są w kalibrze dziewięć milimetrów. Co, jak co, ale z amunicją problemów mieć nie będziesz. To czarne, matowe, to Walther P-99. Jest lżejszy i znacznie bardziej ergonomicznie zbudowany, choć możesz nie lubić tych wszystkich wypustek i powiększonej osłony spustu. Ja sam się długo przyzwyczajałem. Jeśli uważasz, że masz wystarczająco duże dłonie i pewny chwyt, weź cięższą Berettę. Ma tych kilka pocisków więcej w magazynku. Bardziej niezawodny jednak jest w mojej opinii Walther. Jest też, jak mawiają fachowcy, "snag-proof", nie zaczepi ci o nic żadnym wystającym elementem podczas wyciągania z kieszeni.
- Aha... dobra. Jasne. Cokolwiek. To ja chcę ten.
- No i dobrze. Walther jest twój. Słusznie, bo jak rany... - obrzucił wymownym spojrzeniem drobne ręce dziewczyny - no... z Berettą szybko byś się zmęczyła. Niestety, nie jest przebudzony. Nie będzie wchodzić z tobą do Umbry i nie będzie zadawać wrednych ran.
- Co to znaczy "wrednych"? - zaciekawiła się Sara.
- To znaczy, że jeśli przebudzisz ducha w tym gnacie, będzie mógł robić takie dziury, które nie będą podlegać łatwej regeneracji. Czyli wówczas będzie bardziej niebezpieczny dla istot... tych... no... nadnaturalnych - wyjaśnił Fionn zasuwając zamek błyskawiczny w swojej torbie.
- Na przykład dla wilkołaków?
- Na przykład. Ale oddanie takiego strzału wymaga oczywiście uprzedniej konsultacji z duchem, rzecz jasna - dodał.
- Pięknie. Od razu mi lepiej - pokiwała głową w melancholijnej zadumie.
- Dobra, dzieci, nie marudzić. Wsiadać do wozu, wracamy - zakomenderował Conall, ponaglając ich gwałtownymi ruchami ręki - najpierw na Ursynów!
Sara wetknęła głowę do mieszkania Kolektywu. Parę minut wcześniej opuściła nowego vana Fianna, którego pojawienie się niemal natychmiast po stracie pierwszego, nadal było dla niej zagadką. Pocieszała się jednak, że wszystko, co wiąże się z tym plemieniem stanowi dla niej zagadkę
- Hej, jestem już - oznajmiła półgłosem.
- Witaj. Wskakuj - odparła Marta, przywołując ją gestem - powinnaś kogoś poznać.
Gnatożujka zamknęła za sobą drzwi i, z płaszczem w ręku, weszła do salonu.
Spojrzała i uniosła brwi.
Na jednej z otaczających stolik kanap siedział Mark O’Seadh, uśmiechając się do dziewczyny. Obok niego zaś, w niedbałej, dość malowniczej pozie, rozpierał się młody człowiek, który mógłby uchodzić za brata Teurga, gdyby nie kompletny brak podobieństwa w rysach twarzy. Młodzieniec ubrany był w mniej więcej tym samym stylu, co Irlandczyk, a jego długie, raczej proste, jasne włosy, również zdobiły rzemienie i cienkie warkoczyki. Było w nim jednak o wiele mniej umiaru i coś znacznie bardziej... plemiennego. Cała zaś postać tchnęła większym optymizmem i wewnętrznym spokojem. Na twarzy malował się wszakże wyraz lekkiej drwiny. Jedna brew, umieszczona nieco wyżej od drugiej, wyglądała, jakby żyła własnym życiem.
Sara podeszła bliżej i uśmiechnęła się.
- To jest Gabriel - przedstawiła gościa Marta - a to Sara, nasz "narybek".
Młody mężczyzna zerwał się z miejsca i wyciągnął do dziewczyny mocną, szeroką dłoń. Jej uścisk był pewny i zdecydowany.
- Gabriel Eisner, Ten-Którego-Bębny-Rozpraszają-Mgłę, Księżycowy Sierp w zenicie, Fostern pośród Dzieci Gai, urodzony jako człowiek i wilk dla swego ludu - wyrecytował z uczuciem jednym tchem.
Minęła spora chwila, zanim Gnatożujka przyswoiła tę wypowiedź. Patrząc na spowodowane częstym śmiechem drobne zmarszczki wokół jego intensywnie szaro-niebieskich oczu, sama poczuła nieodpartą chęć roześmiania się.
- Sara Orzechowska, Ragabash z Gnatożui. To wszystko, co wiem - powiedziała.
- Gabriel będzie z nami mieszkał - oznajmiła Marta.
- Właśnie przyszliśmy. Może piętnaście minut temu - Mark wstał z kanapy - poradzicie sobie?
- Pewnie. Przecież nie jestem już dzieckiem - Gabriel zmarszczył nos, na którym Sara dostrzegła delikatną sugestię piegów. Nadawały one młodej twarzy mężczyzny wygląd jeszcze bardziej beztroski.
W istocie podobieństwo między Markiem a nowym znajomym było nikłe. Poza bowiem utrzymaną w podobnym tonie stylistyką, różnili się między sobą bardzo. Przyjazne spojrzenie, ciepłe barwy, lekko opalona skóra i łagodne rysy Gabriela, kontrastowały z tajemniczym, nieco chłodnym wyrazem oczu Teurga Fianna, cynicznym grymasem zdecydowanie wykrojonych ust i bijącym od całej jego osoby wrażeniem zgorzknienia, które dostrzegało się, jeśli znało się go wystarczająco dobrze.
- Myślę, że na razie ulokujemy go z tobą - Galliardka kiwnęła głową w stronę Sary - wszystkie mieszkania stoją puściutkie. Zero wyposażenia.
- Zrobiłem im niemałą niespodziankę - stwierdził Mark, zakładając kurtkę.
- Idziesz już? - Gnatożujka z trudem starała się ukryć rozczarowanie.
- Tak - odparł - ale niedługo się spotkamy. Byłaś grzeczna?
- Pewnie. Dostałam gnata - pochwaliła się.
- Taaaa... coś w sam raz dla ciebie - zażartował, kierując się do drzwi - no, trzymajcie się.
- Cześć, Mark - Gabriel pomachał Teurgowi ręką i wyszczerzył się w parodii uśmiechu.
Sara nie wytrzymała i parsknęła. Czuła od pierwszej chwili, że tego faceta po prostu nie da się nie lubić.
- Czyli - podjął - mam mieszkać z tobą?
Jedna z jego brwi uniosła się, a skrzydełka nosa poruszyły kilka razy.
- Ech... no... tak. Chociaż jest tylko jedno łóżko, plus średnio wygodna kanapa - odparł ze zmartwionym wyrazem twarzy.
- Nie przejmuj się. Mi pasuje - pocieszył ją, puszczając nad jej ramieniem oczko do Marty.
- Dobra, dobra - powiedziała Galliardka, uśmiechając się kącikiem ust - lećcie. Mała, pokaż mu mieszkanie i nie pozwól się za bardzo szarogęsić.
Kiedy Gabriel brał szybki prysznic, Sara przygotowała mu posłanie na kanapie.
W kuchni, szykując kawę, zastanawiała się, jak to będzie, tak bezpośrednio dzielić przestrzeń życiową z drugim Garou. Od pierwszego momentu poczuła do chłopaka niezwykła wręcz sympatię. Był przystojny, owszem. Podobał jej się. Nawet bardzo. Nie powodował tego niepokojącego drżenia, co Mark, ale na pewno działał na niedawno, lecz skutecznie przebudzone libido Gnatożujki. A przecież tu nie o to chodziło. Dziewczyna miała wrażenie, że cokolwiek się nie zdarzy, zaprzyjaźnią się i przyjaciółmi już na zawsze pozostaną.
W Gabrielu bawiło ją wiele rzeczy. Mimika, gestykulacja, sposób mówienia. Zwłaszcza to ostatnie. Przypomniała sobie słowa, którymi się jej przedstawił. Brzmiały jak wyuczona na pamięć formułka, obliczona na jak największy efekt. Działała, trzeba przyznać.
Dziwne nazwisko... Eisner... ale też wielu Garou miało obco brzmiące nazwiska... Ot, choćby Adrian Kossuth, Aleks Schönthaler, o Marku, Fionnie i Donallu nie wspominając. "Fostern pośród Dzieci Gai". Hmmm... Fostern to chyba druga ranga... Znaczy trochę się już zasłużył jako Garou. Sara nie miała nawet pierwszej. Mark polecił jej oswoić się z myślą, że w końcu przyjdzie czas na jej Rytuał Przejścia.
Wolała o tym nie myśleć.
Ale "urodzony jako człowiek i wilk dla swego ludu" brzmiało najładniej. Jednak napawało pewnym niepokojem. Sara zastanowiła się nad tym przez chwilę. To znaczy, że co? Że Gabriel nie był ani Homidem -wilkołakiem urodzonym jako człowiek, ani Lupusem pochodzącym od wilków? To czym?
I wtedy zrozumiała.
Gabriel Eisner był Metysem.
Pierwszy Metys, jakiego dane jej było poznać.
A więc tak wyglądają...
Tylko, że Gabriel jest przecież nad wyraz urodziwy! Co może być takiego złego w Metysach?! No, może oprócz bezpłodności. Bo poza nią, chyba wszystko jest w porządku, sądząc po przykładzie...
Gabriel, bezwstydnie odziany jedynie w owinięty wokół bioder ręcznik, wyłonił się z łazienki, pogwizdując.
- Jak tam? - zagadnął przyjacielsko.
- Jakoś - odparła, przyglądając mu się natarczywie, jak gdyby chciała dostrzec jego ułomności przez skórę.
- Czemu tak na mnie patrzysz? - roześmiał się - Przecież chyba się domyłem?
- Nie, ja z nim nie wytrzymam - poskarżyła się Sara Marcie kilka dni później - ty wiesz, co on robi?
- Wolę się nie domyślać - Galliardka z dziwnym wyrazem twarzy wbiła oczy w sufit.
- Gotuje!
- I co w tym złego?
- Nic. Nawet bardzo dobrze gotuje i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ma zwyczaj... chodzić po domu w... niekompletnym ubraniu.
Marta parsknęła.
- Jak to?
- No... w samym... fartuszku. Tym czerwonym.
- A to mi fetyszysta. Czy ciebie to obraża, albo coś?
Sara pokręciła głową.
- Nie, coś ty. Ale wygląda dość komicznie - wyciągnęła papierosa. Marta podała jej ogień.
- Wiesz, Gabriel ma dość duże zamiłowanie do natury - powiedziała.
- Zauważyłam. Czy to dlatego, że... jest... no...
- Metysem? Możliwe. Brak mu pewnych zahamowań. To znaczy... nie wypływają z niego w sposób naturalny. Pewnych ludzkich przyzwyczajeń jakoś nie może, albo nie chce przyswoić. Jest też jedna rzecz, o której powinnaś wiedzieć, skoro mieszkacie razem - powiedziała Marta poważnie - nigdy nie wymawiaj przy nim imienia Żmija w żadnym języku. Można mówić oględnie, ale nigdy wprost. Ma fobię. Potworną. Przypuszczam, że ma jeszcze kilka innych wad, ale cóż. Jest Metysem.
- Tak właśnie się zastanawiałam, gdzie są te osławione ułomności, bo na pierwszy rzut oka nic nie widać - stwierdziła Sara, kiwając głową w zadumie.
Gabriel Eisner. Metys.
Cieszyła się, że go poznała i dzielą mieszkanie, albowiem niemal natychmiast po tym, jak się wprowadził, dowiódł, że nikt tak skutecznie jak on nie umie jej pocieszyć i rozbawić. Już w tej chwili, zaledwie parę dni później Sara wiedziała, że wielbi Gabriela wiernie i z całego serca. Byli doskonale dobrani i świetnie się rozumieli. Dziewczyna odnosiła jednak nieprzyjemne wrażenie, że specjalnie ulokowali go u niej. Że w jakiś sposób Marta maczała w tym palce, pragnąc odciągnąć uwagę rudej sąsiadki od Marka O’Seadh, zajmując ją nowym, "bezpiecznym hobby". Jeżeli tak było, to zapewne stała za tym jedynie szczera troska. No, może trochę zazdrości o Marka. Sara nie była ślepa i już dawno zauważyła, że Galliardka też jest wrażliwa na Teurga Fianna.
Może jednak - i tak chciała myśleć - był to czysty przypadek.
Link 08.11.2008 :: 21:26
Komentuj (3)BRACTWO HERNE'A
Obudziła się niezadowolona. Nie wstając, sięgnęła pod łóżko i wydobyła stamtąd torebkę. Z torebki wyciągnęła mały, czarny kartonik i zaczęła przyglądać mu się natarczywie, jakby chciała samym wzrokiem zmienić go w, dajmy na to, żyrafę.
- Cholera - westchnęła, wcisnęła wizytówkę z powrotem do torebki i wygrzebała się z łóżka.
W mieszkaniu obok, Marta robiła właśnie herbatę.
- Ja też chcę - oznajmiła Sara dziecinnym tonem - coś się stało?
Marta miała zmartwiony, poważny wyraz twarzy.
- Aleks jest ranny - odparła, zdejmując półki jeszcze jeden kubek.
- Ranny? Jak? Co się stało?
- Ech, lataliśmy trochę po mieście i... wiesz, jak to bywa.
- Szczerze mówiąc nie bardzo.
Marta postawiła kubki z herbatą na stole.
- Spokojnie. Dowiesz się.
Sara nie pytała kto tak urządził wielkiego Ahrouna. Nie chciała słyszeć odpowiedzi. Wystarczyła jej świadomość, że cokolwiek posłało Aleksa na ziemię, ją zapewne rozdarłoby na strzępy.
- Zajrzę do niego - powiedziała.
- Dobrze, ale jeśli śpi, nie budź go.
Sara wdrapała się na górę po metalowych schodach i cicho zajrzała do sypialni Ahrouna watahy.
Leżał w łóżku, przykryty kołdrą do pasa. Zwoje bandaży owijały całą jego klatkę piersiową, lewe ramię i bark. Na dźwięk kroków, otworzył oczy. Jedno z nich było podbite.
- Hej, Aleks - uśmiechnęła się słabo.
Delikatnie, niemal niezauważalnie skinął jej głową.
- Marta mówi, że dostałeś łomot - Sara podeszła do łóżka i przykucnęła przy nim, uświadamiając sobie ze zdziwieniem, że jest to w zasadzie jej pierwszy bezpośredni kontakt z Aleksem, od czasu, kiedy na "imprezie" podał jej rękę.
- Zastanawiam się, czy nie chcesz czegoś. Może chce ci się jeść albo pić.
Znowu skinął głową i spojrzał na stojącą na nocnym stoliku butelkę wody.
Sara uśmiechnęła się, wzięła butelkę i pomogła Aleksowi unieść głowę. Pił łapczywie, z zamkniętymi oczami. Kiedy skończył, jego głowa opadła bezwładnie w tył. Zasnął.
Sara ostrożnie ułożyła go na poduszce. Kiedy spał wyglądał zupełnie nieszkodliwie i nawet ładnie. Doszła do wniosku, że jego twarz, mimo, iż surowa i o zbyt ostrych rysach, ma w sobie coś pociągającego. Jak również cała jego potężna, koścista sylwetka. W rzeczy samej, nawet, kiedy tak leżał, ranny i chory, budził zaskakujące myśli.
Dziewczyna cofnęła się z przestrachem.
- Orzechowska - szepnęła surowo, po cichu zamykając za sobą drzwi sypialni - albo jesteś kretynką skończoną, albo nagle popadłaś w nimfomanię. Daj sobie spokój! I znowu Garou! Przecież on żadną miarą nie może nawet zahaczać o twój typ...
- Co mówisz?
Kamil pojawił się nagle na swoim stanowisku przy komputerze. Sara drgnęła na dźwięk jego głosu.
- Boże! Dostanę zawału! Jak tu wchodziłam to ciebie nie było! - warknęła oskarżycielsko.
- Przyszedłem, usiadłem i jestem - wzruszył ramionami - to ty pojawiasz się jak duch, w dodatku coś mamroczesz.
- Rzucam czary na twoje kompy. Zaraz przestaną działać i cała pornografia z dysków pójdzie się...
- Dobra dobra. Nie zajmuj się moją pornografią, tylko zejdź na dół. Zdaje się, że Marta coś od ciebie chce.
Sara odwróciła się na pięcie i zbiegła na dół, tupiąc głośno po schodach.
- Coooo?! Co znowu chcesz, zielona małpo?! - wrzasnęła wpadając jak bomba do salonu.
Marta uniosła głowę i spojrzała na nią z dziwnym wyrazem twarzy. To samo uczynił siedzący obok niej Mark O’Seadh.
Sara zaniemówiła. Stanęła jak wryta na środku pokoju, z otwartymi ustami. Powoli na jej policzki wypłynął krwawy rumieniec.
- Cześć, Saro.
- Cześć, Mark.
- Chodź, zabieram cię do Conalla. Trzeba nauczyć cię paru nowych rzeczy, bo całkiem zgnuśniejesz.
- Bomba. Znowu coś będzie próbowało mnie zabić - stwierdziła bez entuzjazmu.
- Nie sądzę. Nie tym razem - odparł - chociaż... no, wiesz jak to jest.
- Prawdę mówiąc nie - powiedziała, mając niejasne wrażenie, że się powtarza.
Fionn i Donall wpakowali do vana swoje czarne, sportowe torby.
- Co jest w środku? - spytała Sara, stając obok z rękami na biodrach.
- Zobaczysz - obiecał Mark.
- Tak. Tego się właśnie obawiam.
Bracia wsiedli do samochodu. Fionn za kierownicą, Donall z tyłu. Connal McDough zajął miejsce obok kierowcy.
- A ty? - Sara spojrzała na Marka pytająco.
- Dziś nie, mała. Nie przejmuj się.
Potrząsnęła głową ponuro.
- I tak będziemy musieli pogadać.
Przytaknął.
- Wiem, ale jedźcie już.
Sara, nie oglądając się za siebie wskoczyła do vana. Usiadła obok Donalla z niezadowolonym wyrazem twarzy.
- Wyglądasz jak wiewiórka, której ktoś podłożył orzech kokosowy.
- Zamknij się, Donall.
- Od kiedy nas rozróżniasz? - roześmiał się, najwyraźniej cokolwiek zaskoczony.
- Od teraz. Prosiłam, zamknij się.
Mark... może i jej unikał. Nic dziwnego. Ale przecież to, co się między nimi wydarzyło, nie pozostawało bez znaczenia. Oboje o tym wiedzieli. A może Mark dał się ponieść fali wspomnień? Prawdopodobnie tak właśnie było. Sparzył się już przecież na łamaniu Litanii i raczej nie był taki głupi, żeby powtarzać dawne błędy. Ale Sara była tak podobna. Wiedziała. Widziała to w jego spojrzeniu. Gdyby nie to, prawdopodobnie do niczego nigdy by nie doszło.
Dziewczyna potarła czoło dłonią i westchnęła ciężko.
Van mknął ulicami Warszawy w kierunku, który mało ją obchodził. Na przednich siedzeniach Fionn i Conall rozmawiali o czymś żywo.
- Mówcie po polsku - poprosiła Sara agresywnym tonem.
- Ty, królewno, co cię ugryzło, hę? - Conall obejrzał się przez ramię, posyłając jej zdziwione spojrzenie.
Zmarszczyła brwi i parsknęła pod nosem.
- Aha.
A bad hair day - roześmiał się - już o nic nie pytam.
- I dobrze - warknęła.
Wjechali na jakiś opustoszały teren. Wzdłuż ulicy biegł mur, gdzieniegdzie wznosiły się stare budynki.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała zdziwiona, zapominając na chwilę o własnym rozdrażnieniu.
- Na... - zaczął Fionn, ale nagle umilkł.
Sara wyglądająca właśnie przez okno, zobaczyła, że na jednym z bloków, zajmując całą ścianę, wymalowana jest wielka, rogata sylwetka, niby ludzka, ale nie do końca. Ze zdumienia otworzyła usta. Szybko jednak zamknęła, je, kiedy zorientowała się, że samochód zahamował gwałtownie, a Fionn i Donall są już w Glabro.
- Kurwa - syknął Conall - zawracaj!
Fionn wykręcił ostro, opony zapiszczały przeraźliwie na asfalcie. Rozległ się trzask i coś uderzyło w bok vana. Potem znowu i znowu.
Fionn ryknął, samochód rąbnął w coś tyłem, aż rzuciło nimi na siedzeniach.
- Jezu! Co to?! - jęknęła dziewczyna, ale ciężka ręka Donalla popchnęła ją w stronę drzwi. Odsunęły się ze zgrzytem. Za nimi stał już Fionn. Sara nawet nie zauważyła, kiedy wysiadł. Popchnięta bez ceregieli jeszcze raz, wyleciała na chodnik.
Gdzieś w tle rozległa się upiorna kanonada, zadźwięczał metal, rozprysnął się bruk.
- Schowaj się! - usłyszała głos Conalla.
Przycupnęła przy ziemi, zdezorientowana.
Kanonada powtórzyła się. Tym razem głośniejsza, dźwięk kul trafiających w rozmaite rzeczy, niósł się echem po ulicy, dziwnie pustej i spokojnej.
Sara zorientowała się, że strzały padają także od ich strony. Rzuciła spojrzenie wzdłuż samochodu, ale nikogo nie dostrzegła. Zobaczyła natomiast tył vana wbity w wielką dziurę w ceglanym murze. Nie mógł być to zbyt wytrzymały mur, bo pod wpływem uderzenia cegły rozsypały się na wszystkie strony, jak elementy domku z kart.
Nagle grad kul posypał się z innego miejsca, sunąc linią rozpryskującego się bruku w jej stronę.
Krzyknęła i przytuliła się do boku vana. czując, że całe jej ciało napina się i rozciąga. Weszła w Glabro bez wysiłku, z powodu samego tylko stresu.
- Rusz się! - usłyszała.
- Gdzie?! - warknęła.
- Tu! Z drugiej strony!
- Nie ma miejsca!
- Skacz za samochód! Za mur!
Odłamki betonu i kamieni znowu eksplodowały serią tuż przy niej. Nie miała jak choćby wychylić głowy. Odetchnęła głęboko. Strzały umilkły na chwilę...
Teraz!
Rzuciła się wzdłuż boku vana, dopadła wyrwy w murze i w ostatniej niemal chwili przecisnęła się na drugą stronę. Cegły rozpadły się z głośnym trzaskiem tuż za jej plecami.
Z drugiej strony samochodu Fionn i Donall chwytali właśnie w dłonie niedomknięte, czarne, sportowe torby. Każdy trzymał w ręku broń. Conall osłaniał ich, przytulony do poharatanego metalu. Strzelał.
Potem skoczył za nimi. Pobiegli wzdłuż muru, słysząc dogasający za sobą klekot broni maszynowej.
- Szybko! Do kanału! - zarządził Conall, dopadając okrągłego włazu. Otworzył go, gwałtownym szarpnięciem i wszyscy wsypali się do środka.
Kanał śmierdział niemiłosiernie, a wszystko dookoła było wilgotne, oślizłe i lepkie. Zewsząd dawało się słyszeć kapanie wody.
Szli po dnie, brodząc w mętnej, burej cieczy, niemal po omacku. Któryś przyświecał benzynową zapalniczką.
- Co to było? - spytała Sara, kiedy udało jej się ochłonąć.
- Krewniacy Bractwa Herne'a - odparł Fionn.
- Co to jest Bractwo Herne'a?
- Odłam brytyjskich Fianna. Tłuką się, co oczywiste, z irlandzkimi.
- A więc ludzkie konflikty dotyczą także Garou? - spytała ironicznym tonem.
- A kto ci powiedział, moja droga, że to są ludzkie konflikty? To są też ludzkie konflikty.
- Dobrze, ale przecież to jest Polska, a nie Irlandia. Czego tutaj chcą od was? I skąd wiedzieli, że to wy?
Wnętrze kanału rozbrzmiało echem suchego śmiechu Fionna.
- Konflikt będzie miał miejsce wszędzie, gdzie skrzyżują się nasze drogi. A poza tym jak myślisz, czym jest mieszkanie Conalla?
- Szczerze mówiąc myślałam, że czymś w rodzaju mieszkań Kolektywu - odparła z godnością.
- Tak. Ale nie tylko. Zresztą sama się przekonasz. Widziałaś kiedyś nasz pawlacz?
- Dobra, dość tych wyznań - ostro powiedział Conall.
Sara wzruszyła ramionami.
- OK. O nic nie pytam. Ale uważam, że to kretyńskie, żeby wilkołaki naparzały się z wilkołakami. A już w obrębie plemienia?! Dużo macie tych odłamów?
- Kilka. My jesteśmy Wnukami Fionna, Mark jest Szepczącym Włóczęgą, czy jak to tam jest po waszemu - odrzekł Donall - gwarantuję ci, że każde plemię ma odłamy, różniące się nieco pochodzeniem i przekonaniami.
- No to bomba - stwierdziła - a gdzie idziemy?
- Wracamy - odparł Fionn.
Blisko półtorej godziny później wyłonili się z wnętrzności miasta.
- O - zdziwiła się Sara, patrząc na wznosząc się przed nią blok Conalla - no proszę.
- Widzisz. Kanałami można dojść wszędzie, jeśli znasz drogę. O boże... jak my wyglądamy!
- A jak pachniemy! Conall, ja się muszę wykąpać! - miauknęła prosząco.
- Wszyscy musimy. Jazda na górę!
Sara piła kawę dosuszając włosy wielkim, wyliniałym nieco ręcznikiem frotte. Naprzeciwko niej siedział Conall, przyglądając się jej spod oka, co usilnie starała się ignorować.
Fionn z Donallem i czarnymi torbami zniknęli w sąsiednim pokoju, skąd dobiegały straszliwe hałasy, śmiechy i donośne przekleństwa w kilku językach.
Marka nie było w mieszkaniu.
- Gdzie mój światły nauczyciel znowu polazł? - spytała Sara, odrzucając ręcznik na oparcie krzesła.
- A bo ja wiem? - wzruszył ramionami Conall.
- Ostatnio rzadko go widuję - poskarżyła się. Odgarnęła splątane, ale mniej więcej już suche pasma rudych włosów. Szampon na szczęście skutecznie poradził sobie z zapachem kanałów.
Conall nie odezwał się. Wbił wzrok w podłogę, zupełnie, jakby nagle odkrył na niej coś, czego nigdy przedtem tam nie było.
- Ech - Sara pochyliła się do przodu i szturchnęła go palcem w ramię - przestań mieć taką minę. Wyglądasz, jakbyś wrócił z pogrzebu.
- Daj spokój. Wiesz, o co mi chodzi - odburknął szorstkim głosem.
- Wielkie nieba! Ty znowu o tym samym?
- Sama mnie sprowokowałaś. Naprawdę wolałbym, żebyś uważała na siebie i nie kusiła losu - odrzekł poważnie.
- Niczego, u diabła, nie kuszę! - zaperzyła się, patrząc w bok.
- A jednak.
- Nie twoja sprawa.
- Świetnie. Zatem nie moja.
Zapanowała ciężka cisza.
W pewnej chwili drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wkroczyli obaj bracia, dźwigając swoje nieodłączne niemal, sportowe torby.
- Gotowe. Przepakowaliśmy się i możemy jechać - oznajmił Fionn z szerokim uśmiechem.
- Gdzie znowu? - spytała Sara, nie kryjąc zdumienia i niechęci.
- No, trzeba przecież wykonać zadanie, nieprawdaż?
- Jakie znowu zadanie? Niemal nas zabili w biały dzień na ulicy, a wy chcecie gdzieś jeszcze jechać?
- Przecież musimy nauczyć cię strzelać, królewno - Donall popatrzył na dziewczynę z dezaprobatą - właśnie po to, żeby cię w biały dzień nie zabili.
- Strzelać? Jeszcze wam mało?
- Dobrej strzelaniny nigdy za wiele.
- A gdzie będziemy ćwiczyć?
- Tam, gdzie trenowałaś ostatnio.
- No to faktycznie świetne miejsce! - oburzyła się - Czyście na głowy poupadali?!
- Rozkaz to rozkaz! Odmaszerować szeregowa! - Donall postawił ją na nogi i klepnął w pośladek, aż zrobiła mimowolnie kilka kroków do przodu.
- Au! Cham! - warknęła.
- Do usług. Zbierać się, drużyna! Conall, przestań wyglądać, jakbyś zjadł coś nieświeżego.
- Szczerze powiedziawszy, zjadłem - powiedział Krewniak wstając - ale faktycznie, zwijajmy się. To trzeba załatwić szybko.
Wielkimi krokami przeszedł do przedpokoju i podał Sarze płaszcz. Przyjmując go z jego rąk, uśmiechnęła się nieśmiało.
- Przepraszam - szepnęła - nie złość się już.
Odpowiedział jej uśmiechem. Był to uśmiech ciepły i uspokajający.
I w jakiś sposób przejmująco smutny.
Disclaimer:
Uprzedzając ewentualne oskarżenia: Fionn i Donall, irlandzcy bracia ze swoim sposobem bycia i czarnymi, sportowymi torbami powstali na długo zanim obejrzeliśmy "Świętych z Bostonu". Tym większe było nasze rozrzewnienie i zaskoczenie podczas oglądania filmu... :D
Kto widział ten wie :DLink 21.10.2008 :: 14:37
Komentuj (2)
ILJA
Minęło wiele dni. Zima przyszła na dobre, mniej więcej w tym czasie, w którym miasto zaczęło przygotowywać się do świąt. Zawsze działo się to przynajmniej o miesiąc za wcześnie.
Mark nie dawał znaku życia, a i Sara, mimo gryzącej ją mocno tęsknoty, nie szukała kontaktu. Było jej ciągle głupio, choć nie mogła powiedzieć, że czegokolwiek żałuje. Przypuszczała, że Marta domyśla się, co zaszło, bo Galliardka stała się nieco bardziej milcząca i często rzucała Gnatożujce zafrasowane spojrzenia. Jednak nic nie mówiła i to ułatwiało sprawę.
Connal dzwonił od czasu do czasu, pytając, jak jej się żyje. Ale nie wspominał ani słowem tamtego fatalnego wieczora. Sprawiał wrażenie, jakby pogodził się ze wszystkim.
Któregoś dnia w komórce odezwał się głos Izy.
- O booooże - jęknęła jak dusza potępiona - jak mi się nuuuudzi!
- Co to znaczy, że ci się nudzi? Masz robotę?
- Mam.
- No to czemu narzekasz?
- Robotę mam, ale nie mam... no, sama wiesz. Chodźmy gdzieś, spotkać jakichś zwykłych ludzi, a nie tylko Krewniaków i Krewniaków. I jeszcze tych... no... Krewniaków. Słuchaj, mam zaproszenie do Galerii Architektów dla dwóch osób, pójdziesz ze mną?
- A po co? - zmarszczyła się Sara niechętnie.
- Jest wernisaż jakiegoś kolesia, podobno świetne rzeczy robi.
- Znowu sztuka współczesna?
- Jezu, nie marudź, tylko rusz tyłek i chodź ze mną - w głosie Izy dało się wyczuć zniecierpliwienie - potrzebuję rozrywki.
- Dobra, dobra, nie jęcz już. Pójdę z tobą - westchnęła ciężko Sara, łącząc w myślach imię przyjaciółki z rozmaitymi nieprzyjemnie brzmiącymi przymiotnikami - tylko skąd ja wezmę coś, w czym będę mogła się ludziom pokazać?
Wbrew oczekiwaniom Sarze udało się znaleźć zwykłą "małą czarną", która spokojnie mogła uchodzić za ciuch elegancki. Koło dwudziestej pierwszej, spóźnione, przekroczyły z Izą progi Galerii Architektów, by już po pięciu minutach krążyć po sali z kieliszkami szampana w dłoniach i podziwiać wielkie, czarno-białe grafiki porozwieszane na ścianach. Ominęła je oficjalna część wernisażu, ale, jak słusznie zauważyła Iza, to, co artysta miał do powiedzenia na temat swoich prac, nie będzie teraz psuło im ich odbioru.
- Możemy spokojnie poobcować ze sztuką - stwierdziła, jednym haustem wychylając zawartość swojego szkła.
- Właśnie widzę, jaką masz metodę - zgryźliwie zauważyła Sara podchodząc do pierwszego lepszego dzieła i rzucając mu niezbyt zainteresowane spojrzenie.
Grafika, wykonana przy użyciu technik pozostających dla dziewczyny tajemnicą, przedstawiała jakąś ulicę, zwężającą się perspektywicznie od lewej do prawej. Domy, latarnie, nocne, czarne niebo ponad nimi i stojący wysoko księżyc w pełni, otoczony gigantycznym halo. Wszystko to, niby zwyczajne, wydało się Sarze w jakiś sposób znajome. Przez długi moment nie mogła dociec, czemu. Niepewnie podążyła wzdłuż ściany, przyglądając się innym grafikom, wszystkim utrzymanym w podobnym klimacie. Niektóre, oprócz dziwnie rozmytych widoków miejskich, współczesnych ulic, przedstawiały też coś, jakby lasy pełne bujnej roślinności, a czasem, zaplątaną gdzieś męską twarz. Dziewczyna doszła do wniosku, że muszą być to autoportrety twórcy i zaczęła rozglądać się po sali w poszukiwaniu ponurawego bruneta, o pełnych wargach i głęboko osadzonych, ciemnych oczach. Ujrzała go w końcu, jak rozmawia z grupką gości. Trzeba przyznać, że bardzo wiernie odtworzył swoje rysy. Nie można było mieć najmniejszej wątpliwości, że mężczyzna na grafikach i ich autor, to jedna i ta sama osoba. Próżniak, pomyślała Sara z półuśmieszkiem. Wróciła do podziwiania schowanych za połyskującymi taflami szkła dzieł. Co było w nich tak znajomego?
Odpowiedź uderzyła w nią jak grom z jasnego nieba.
- Iza... Iza - syknęła w stronę, gdzie jej przyjaciółka kończyła właśnie kolejnego drinka, uśmiechając się promiennie do kelnera.
- Iza, ja wiem co to jest.
- Co jest co? - spytała krewniaczka, niechętnie rezygnując z następnego kieliszka.
- Co jest na tych grafikach.
- Autor.
- To też, ale, Iza, ja to widziałam. W taki sposób odrealniona jest tylko jedna rzecz - warknęła Sara, zniżając głos - Umbra.
- O - Iza wzruszyła ramionami - aha.
- Upiłaś się? To albo Krewniak, albo jeden z nas, albo inne nadprzyrodzone coś.
- No i? Ostatnio tylko takich spotykam - w głosie Izy słychać było nutkę rezygnacji - pogadaj z nim w takim razie. Ale jeśli mam być szczera - dodała, przyglądając się autorowi prac z namysłem - to on wygląda zupełnie, jakby był ostatnio stałym bywalcem Lochu.
Sara zaniemówiła na chwilę. Faktycznie. Iza miała rację. Jasna cera, długie, czarne włosy, ciemne, przenikliwe oczy, elegancki, ale nie nudny ubiór.
- Pogadam z nim, bo nie da mi to spokoju - zdecydowała wreszcie.
Poprawiła włosy i pewnym krokiem ruszyła w kierunku artysty. Właśnie sięgał po drinka, kiedy podeszła do niego, starając się wyglądać możliwie najefektowniej. Uśmiechnęła się promiennie.
- Witaj. Jestem Sara Orzechowska.
Kurde, kurde, kurde, kurde! Trzymaj pion, kobieto!
- Miło cię poznać. Ilja Muromiec.
Kurde, kurde... o, Rosjanin. Chryste, czym on pachnie?!
Ilja podał Sarze długą, chłodną, jasną dłoń o pewnym dotyku.
Wampir, czy nie wampir. Eeee... chyba nie. A może?
- Bardzo podobają mi się twoje grafiki. Trafiłam tu dziś przez przypadek i nie znam się za bardzo na sztuce. Ale chciałam spytać... bo to mnie intryguje, skąd bierzesz pomysły na prace? - wypaliła jednym tchem.
"Bo to mnie intryguje"?! Upadłaś na głowę, Saro, może powiedz jeszcze "biorąc pod uwagę wszelkie możliwe aspekty...".
Uśmiechnął się.
- Różnie. Ale głównie z życia. Z codzienności. Z tego, co mnie otacza - odparł.
- Ale... są takie...
- Nierealne? O to ci chodzi?
Pokiwała skwapliwie głową, czując się idiotycznie.
- A cóż nie jest? - powiedział zagadkowym tonem.
- Ee... - zaczęła, ale ugryzła się w język. Boże, dość. Pogrążysz się tylko.
- Jeśli chciałabyś pogadać o tym więcej, to proszę - Ilja, cały czas łagodnie i może nieco drwiąco uśmiechnięty, wręczył jej wizytówkę. Zaczerwieniła się i wzięła karteczkę. Skinęła mu głową, próbując zachować resztki godności, po czym oddaliła się, omal nie wywracając kelnera z taca pełną kieliszków szampana.
O w mordę... chyba popełnię seppuku.
- Orzechowska - odezwała się z niesmakiem Iza, obserwująca poczynania przyjaciółki znad kolejnego drinka - ty jednak jesteś straszna dupa.
- Wcale nie. Dostałam jego... - rzuciła szybkie spojrzenie na wizytówkę. Była cała czarna i matowa. Jedynie rządek jasnoszarych liter i cyfr mącił ten absolutny, mroczny spokój.
- ... adres - dokończyła niepewnie.
- Powiedział coś?
- Tak. Jak się nazywa.
- I jak się nazywa?
- Jakoś dziwnie... Ilja Mu... Mo... kurde, nie pamiętam nazwiska.
- No i pięknie. Człowiek?
- Taaaa... - przeciągając sylabę z nagłym wahaniem, Sara znowu spojrzała na wizytówkę. Potem na kilka prac.- Zdecydowanie nie - oznajmiła wreszcie z przekonaniem.