<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:syn="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"><channel><title>werewolf-sara.ownlog.com</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com</link><description>werewolf-sara.ownlog.com</description><item><title>2010-02-20 8:21</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/2018524,link.html</link><description><![CDATA[<b>WÄTPLIWOĹCI</b>

  ObudziĹo jÄ sĹoĹce. WpadaĹo oĹlepiajÄcymi potokami przez wysokie, zĹoĹźone z wielu prostokÄtnych szybek okno. Pasiasty cieĹ kĹadĹ siÄ na gĹadkiej, biaĹej powierzchni koĹdry. W smugach ĹwiatĹa dostrzegaĹa wirujÄce drobinki kurzu. SkÄdĹ dobiegaĹo miarowe stukanie.
  ObrĂłciĹa siÄ na ĹĂłĹźku, usiĹujÄc przypomnieÄ sobie co siÄ staĹo i gdzie jest.
  PrzesunÄĹa spojrzeniem po meblach i Ĺcianach.
  Mieszkanie Ilji. 
  ZerknÄĹa na poduszkÄ obok siebie. CiÄgle widniaĹ na niej odciĹniÄty Ĺlad gĹowy, w ktĂłrym, zwiniÄty i zasupĹany, spoczywaĹ dĹugi, ciemny wĹos.
- O BoĹźe! - jÄknÄĹa bezradnie - Orzechowska, ty chyba naprawdÄ zdurniaĹaĹ do reszty!
  UsiadĹa w poĹcieli i rozejrzaĹa siÄ w poszukiwaniu ubrania. 
  Sukienka leĹźaĹa kilka krokĂłw od ĹĂłĹźka. ResztÄ udaĹo siÄ Sarze zlokalizowaÄ w rĂłĹźnych czÄĹciach pokoju. 
  Na najbardziej osobistym elemencie, jak siÄ okazaĹo, przespaĹa bĹogo wiÄkszoĹÄ nocy.
  UbraĹa siÄ i na palcach podeszĹa do drzwi pracowni. DobiegaĹo zza nich nieprzerwane, jednostajne stukanie.        
  ZajrzaĹa do Ĺrodka. 
  Tak jak myĹlaĹa, Ilja, odwrĂłcony plecami do wejĹcia, w szarawych spodniach od dresu, boso i bez fartucha, odĹupywaĹ zapamiÄtale kawaĹki jasnego kamienia z bryĹy wielkoĹci czĹowieka.
  PrzyjrzaĹa siÄ linii jego plecĂłw, przedzielonej wzdĹuĹź ciemnÄ strunÄ niedbale zaplecionego warkocza.       
  WestchnÄĹa.
- Ilja... - powiedziaĹa cicho.
  PokiwaĹ gĹowÄ, nie patrzÄc na niÄ.
- Tak... wiem.
  Nie sprecyzowaĹ, co wie, ale Sara zrozumiaĹa.
- Bardzo ĹźaĹujesz?
- Wcale.
- Ale wiesz, Ĺźe coĹ jest nie tak?
- Wiem. 
- To ze mnÄ coĹ jest nie tak - stwierdziĹa, podchodzÄc do niego - ale ostatniÄ rzeczÄ, jakiej w tej chwili mi potrzeba, to kac moralny.
- A co z tobÄ moĹźe byÄ nie tak? - zdziwiĹ siÄ, odkĹadajÄc mĹotek i dĹuto - To ja powinienem nad sobÄ panowaÄ.
- PanowaĹeĹ przecieĹź. W kaĹźdym razie nie zrobiliĹmy Ĺźadnej nadmiernej gĹupoty - pocieszyĹa go, zdobywajÄc siÄ na nieĹmiaĹy uĹmiech.
- No, masz racjÄ, ale i tak... przepraszam. No... nie ĹźaĹujÄ. ChociaĹźbym chciaĹ.
  RozeĹmiaĹa siÄ.
- Widzisz... ale to nie zmienia faktu, Ĺźe to ja mam problem. Ja... po prostu nie umiem siÄ powstrzymaÄ. Za Ĺatwo mi to przychodzi i nie wiem, co siÄ dzieje.
  PopatrzyĹ na niÄ, wycierajÄc rÄce w jakÄĹ szmatkÄ.
- Co masz na myĹli?
- Tyle, Ĺźe zdarzyĹo mi siÄ to juĹź wczeĹniej. I to nie raz. W ogĂłle to ciÄgle ĹapiÄ siÄ na myĹleniu o tym. Gdy nie znaĹam Garou, faceci w ogĂłle mogli dla mnie nie istnieÄ. Dopiero teraz... chodzÄ i mam oczy dookoĹa gĹowy! ĹliniÄ siÄ nawet na Aleksa! I, wiesz, na poczÄtku nawet uwierzyĹam, Ĺźe mam pecha. Ot, nieszczÄĹliwe zakochanie. PrzecieĹź wrÄcz legendy siÄ o tym opowiada. Ale potem... to, na przykĹad w stosunku do Aleksa, z zakochaniem nie ma nic wspĂłlnego! Najpierw byĹ Mark O'Seadh!
  Ilja skrzywiĹ siÄ.
- Oj... - syknÄĹ - paskudnie!
- Mnie mĂłwisz, Ĺźe paskudnie. Wiem to sama. I nic na to nie mogÄ poradziÄ. Po Marku byĹ Gabriel. Niby nic, znaczy, niby niewiele, bo jest Metysem. Ale to teĹź Garou. W sumie nawet nie wiem, czemu ci to mĂłwiÄ. Nie stawiam siÄ w dobrym Ĺwietle.
  Ilja usiadĹ na stoĹku i skinÄĹ na SarÄ. PodeszĹa do niego, a wtedy ujÄĹ jej dĹonie w swoje.
- MaĹa, mnie siÄ wydaje, Ĺźe masz takÄ nieszczÄĹliwÄ aurÄ. MuszÄ przyznaÄ, Ĺźe sam nie potrafiĹem siÄ pohamowaÄ, jak raz spojrzaĹem na ciebie w ten sposĂłb. A przecieĹź... moja przynaleĹźnoĹÄ plemienna zobowiÄzuje. Obawiam siÄ, Ĺźe moĹźesz sobie przez to napytaÄ niezĹej biedy. Ja nikomu nie powiem, ale wiesz... duchy...
- Tak - westchnÄĹa - duchy wiedzÄ. Co ja powinnam z tym zrobiÄ? Teraz za kaĹźdym razem, kiedy bÄdÄ poznawaÄ jakiegoĹ nowego Garou, bÄdÄ siÄ zastanawiaÄ, czy znowu mnie nie trafi!
  Galliard pogĹaskaĹ ja po gĹowie. 
- Wiesz, nie z kaĹźdym bÄdzie ci tak Ĺatwo. Staraj siÄ pilnowaÄ. Co wiÄcej moĹźesz zrobiÄ? Nie chcÄ ciÄ teraz obraziÄ, ale jesteĹ GnatoĹźujem. Na pewno odziedziczyĹaĹ skĹonnoĹÄ do... luĹşnego podejĹcia. Wy bywacie tacy. BojÄ siÄ tylko, Ĺźeby ktoĹ nie zechciaĹ pociÄgnÄÄ ciÄ za to do odpowiedzialnoĹci. KtĂłregoĹ dnia wrĂłci Dobrynia... - zawiesiĹ gĹos i zamyĹliĹ siÄ.
  Sara zmarszczyĹa czoĹo.
- Ty, Ilja! Kto to jest, u diabĹa, Dobrynia?
- Co? Dobrynia? Nikt ci nie powiedziaĹ?
- Nie. Znowu czegoĹ nie wiem...
  Galliard wstaĹ i pociÄgnÄĹ za sobÄ dziewczynÄ do mieszkania. Tam usiadĹ w fotelu i wydobyĹ paczkÄ papierosĂłw.
- Dobrynia, Saro, przewodziĹ nami, kiedy mieszkaĹ w Warszawie. Dobrynia Nikitycz, ĹnieĹźny-SokĂłĹ, Ahroun Srebrnych KĹĂłw. To on staraĹ siÄ zorganizowaÄ tutaj sensowny protektorat i odszukaÄ caern. 
- Dobrynia Nikitycz&#8230; Ilja Muromiec &#8211; przekrzywiĹa gĹowÄ dziewczyna &#8211; wy siÄ naprawdÄ tak nazywacie? Tak naprawdÄ?
- Tak &#8211; przytaknÄĹ Galliard z nagĹym rozbawieniem &#8211; a w kaĹźdym razie teraz tak. Ale wracajÄc do Dobryni, po aferze z Korsarkami i UmbrÄ Getta wyjechaĹ i towarzystwo siÄ nieco rozpeĹzĹo. Sporo teĹź napĹynÄĹo nowych Garou. Takich jak Fianna na przykĹad. Ale w koĹcu wrĂłci. I to niedĹugo.
  Sara gĹoĹno przeĹknÄĹa ĹlinÄ.
- Uf... nie mĂłwmy juĹź o tym wszystkim. Wystarczy, Ĺźe mamy na gĹowie miasto peĹne SabbatnikĂłw. Wychodzi na to, Ĺźe po prostu muszÄ siÄ nauczyÄ kontrolowaÄ. I tyle... ale...
  Ilja spojrzaĹ na niÄ, pokiwaĹ gĹowÄ i podaĹ jej ogieĹ.
- ...ale i tak nie ĹźaĹujesz...

  CaĹy Ĺnieg stopniaĹ. Asfalt poznaczony byĹ wilgotnymi plamami, ktĂłre wyglÄdaĹy jak Ĺaty na sierĹci wielkiego, szarego zwierzÄcia.
  StukajÄc obcasami niewygodnych szpilek, Sara znowu szĹa znajomÄ ulicÄ w kierunku metra. ZorientowaĹa siÄ, Ĺźe po raz pierwszy w Ĺźyciu wychodzi od Ilji za dnia. Ta myĹl rozbawiĹa jÄ. WiedziaĹa, Ĺźe zrobiĹa znowu coĹ zĹego, ale sĹoneczna pogoda pozwalaĹa zapomnieÄ o nieprzyjemnych sprawach i skĹaniaĹa raczej do radoĹci.   
  Powietrze byĹo przejrzyste jak krysztaĹ i pachniaĹo przyjemnie. DĹşwiÄk przejeĹźdĹźajÄcych ulicami samochodĂłw brzmiaĹ swojsko i budziĹ dawno uĹpione poczucie bezpieczeĹstwa. 
  Sara szĹa wzdĹuĹź chodnika i czuĹa siÄ zwyczajnie. Nie "jak zawsze", tylko jak zwyczajny czĹowiek z normalnymi problemami i normalnymi potrzebami. PodobaĹo jej siÄ to uczucie.
  Za sobÄ usĹyszaĹa szybki tupot lekkich krokĂłw. OdsunÄĹa siÄ wiÄc odruchowo, Ĺźeby przepuĹciÄ biegnÄcÄ osobÄ, najpewniej dziecko. 
  Kroki minÄĹy jÄ.
  I rozbrzmiewaĹy dalej, cichnÄc w miarÄ oddalania.
  Ale ich wĹaĹciciel siÄ nie pojawiĹ.
  Sara zatrzymaĹa siÄ w miejscu.
  CaĹy jej spokĂłj prysĹ jak baĹka mydlana. CaĹe poczucie normalnoĹci znikĹo. WyobraĹşnia, jak zwykle funkcjonujÄca bez zarzutu, podsunÄĹa jej obraz kilkunastoletniej dziewczynki w sandaĹkach i letniej sukience.
]]></description><pubDate>Sat, 20 Feb 2010 08:21:42 +0100</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/2018524,link.html</guid></item><item><title>2009-12-19 4:27</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1980850,link.html</link><description><![CDATA[<b>AUDIENCJA</b>

  Sara staĹa w kuchni mieszkania Kolektywu i smaĹźyĹa jajecznicÄ. ByĹa Ăłsma trzydzieĹci rano i Marta, ktĂłra wĹaĹnie zeszĹa po schodach w kusej koszuli nocnej i rozchodzonych kapciach, przystanÄĹa niezdecydowanie.
- Ty - wyszeptaĹa gĹucho z wyrazem niebotycznego zdumienia na twarzy - co ty robisz?
- Ĺniadanie - rĂłwnie gĹucho odparĹa GnatoĹźujka.
- Wiesz, ktĂłra jest godzina? 
- Wiem. Akurat dobra na Ĺniadanie dla ciebie, nie? - jajecznica wylÄdowaĹa na talerzu i zostaĹa podsuniÄta pod nos kompletnie zdumionej Marty.
- No tak - zgodziĹa siÄ Galliardka, biorÄc talerz i sztuÄce - ale czemu ty juĹź wstaĹaĹ?
  Sara westchnÄĹa i ciÄĹźko usiadĹa na kanapie.
- Kiepsko mi siÄ spaĹo. Wczoraj miaĹam niemiĹy wieczĂłr.
- Co siÄ staĹo, rudzielcu? - zatroskaĹa siÄ Marta z peĹnymi ustami.
- Nic... no byĹam w Cork Irish, Mark daĹ mi znowu debilne zadanie. Mam iĹÄ do wampirĂłw i przypomnieÄ im o pakcie. Ale maĹo tego. PoszĹam do Ilji, Ĺźeby z nim to obgadaÄ... wiesz, Ĺźe on siÄ z nimi kumpluje... no i jak od niego wychodziĹam, natknÄĹam siÄ na tego kolesia, ktĂłremu zawdziÄczam PierwszÄ PrzemianÄ. Tego, co zabiĹ mojego szefa...
  Galliardka Kolektywu przestaĹa jeĹÄ juĹź na poczÄtku wypowiedzi Sary. Teraz wpatrywaĹa siÄ w niÄ bez sĹowa, przygryzajÄc lekko dolnÄ wargÄ.
- Nie patrz tak... mnie siÄ takie rzeczy zdarzajÄ prawie codziennie - gorzko podsumowaĹa dziewczyna.
- Ale... jak...? Znaczy... coĹ ci zrobiĹ?
  Sara potrzÄsnÄĹa gĹowÄ. WstaĹa i zaczÄĹa szykowaÄ kawÄ.
- Nie. Nawet mnie nie zauwaĹźyĹ. Wiesz, ktoĹ go goniĹ i w ogĂłle byĹ nieĹşle poharatany. To byĹ Sabbatnik, prawda?
  Marta kiwnÄĹa gĹowÄ.
- Najprawdopodobniej. Z tego, co mĂłwiĹaĹ wczeĹniej tak moĹźna by sÄdziÄ. Cholera! NaprawdÄ zaczynajÄ siÄ panoszyÄ.
  GnatoĹźujka wĹÄczyĹa elektryczny czajnik.
- No, jak na razie widziaĹam tylko tego jednego.
- SkÄd wiesz? Tylko tego jednego udaĹo ci siÄ jakoĹ rozpoznaÄ. Ale gdzie jest jeden, sÄ teĹź inni. PrzerÄbane. ZwĹaszcza, ze juĹź zaczÄli rozrabiaÄ.
- Ha! RozrabiaÄ. Ĺagodne okreĹlenie na to, co zrobili tym facetom, o ktĂłrych byĹo w wiadomoĹciach.
- Prawda. Kurde, tak wĹaĹnie dziaĹa Sabbat. Nie opieprzajÄ siÄ. Dobrze, Ĺźe Mark wysyĹa ciÄ do ksiÄcia. Czas najwyĹźszy.
  Sara zapaliĹa papierosa. Z niezadowoleniem stwierdziĹa, Ĺźe trzÄsÄ siÄ jej palce.
- Wiesz, trochÄ siÄ jednak bojÄ. 
- Nie dziwne. Ja bym pewnie padĹa. Ale ty juĹź ich poniekÄd znasz.
- No, faktycznie, Ĺwietnie ich znam. Ale Ilja juĹź mnie poinstruowaĹ. Dam radÄ.
  Woda zagotowaĹa siÄ i wkrĂłtce mieszkanie wypeĹniĹ sĹodki aromat ĹwieĹźo zaparzonej kawy. I chyba wĹaĹnie ten zapach sprawiĹ, Ĺźe z gĂłry po kolei schodziÄ zaczÄli mÄĹźczyĹşni. 
- KurczÄ, odkÄd tu mieszkam raz tylko widziaĹam was wszystkich w jednym miejscu w komplecie - stwierdziĹa Sara z przekÄsem, wyciÄgajÄc trzy dodatkowe szklanki. NieĹmiaĹo zerknÄĹa przez ramiÄ na potÄĹźnÄ sylwetkÄ Aleksa. ByĹ w samych spodniach i GnatoĹźujka, z pewnym popĹochem doszĹa do wniosku, Ĺźe jego masywny, muskularny tors wzbudza jej najwyĹźsze zainteresowanie. OdwrĂłciĹa siÄ i wbiĹa spojrzenie w puszkÄ z kawÄ.
- SĹyszaĹem, Ĺźe idziesz gadaÄ z pijawkami - odezwaĹ siÄ Darek, siadajÄc na kanapie.
- Ano - przytaknÄĹa - jak trzeba, to trzeba.
- Zuch dziewczyna. To teraz zrĂłb wiÄcej tej jajecznicy. W ĹźoĹÄdku mnie Ĺciska, kiedy patrzÄ jak Marta wylizuje talerz.
- Spadaj - warknÄĹa dziewczyna stawiajÄc przed nim kawÄ.
- Spoko! Ja wam zrobiÄ, tylko mi siÄ oczy rozklejÄ - daĹ siÄ sĹyszeÄ zaspany gĹos Gabriela, ktĂłry pojawiĹ siÄ wĹaĹnie w mieszkaniu - znowu nie ma kawy u nas w domu.
- Wiem. A ty myĹlisz, Ĺźe po co tu przyszĹam? - Sara wziÄĹa ze stoĹu swojÄ szklankÄ i przysiadĹa na kanapie.
- Ha, ha. Ostatni lot skazaĹca - rozeĹmiaĹ siÄ Metys nieszczerze - komĂłrka ci dzwoniĹa.
- Kurwa maÄ! - warknÄĹa, zrywajÄc siÄ na rĂłwne nogi - Kurwa - dodaĹa twĂłrczo, kiedy kawa chlusnÄĹa jej na goĹe kolana.
- Nie spiesz siÄ. PrzyniosĹem ci - Gabriel poĹoĹźyĹ telefon na stole i udaĹ siÄ w kierunku lodĂłwki.
  GnatoĹźujka siedziaĹa przez chwilÄ nieruchomo, zaciskajÄc zÄby.
  Kolektyw Osiedlowy przyglÄdaĹ siÄ jej z milczÄcym, peĹnym wyczekiwania zainteresowaniem.
  Wtedy telefon zawyĹ przeraĹşliwie, warczÄc przy tym i ĹlizgajÄc siÄ po powierzchni stoĹu.
- O - zauwaĹźyĹa Marta Ĺmiertelnie powaĹźnym tonem - masz wibrator.
  Aleks zrobiĹ dziwnÄ minÄ, Kamil parsknÄĹ Ĺmiechem, a Darek wsadziĹ gĹowÄ miÄdzy kolana.
  Sara natomiast z niewzruszonym wyrazem twarzy i kawÄ ĹciekajÄcÄ po nogach, siÄgnÄĹa po komĂłrkÄ.
- Tak? - spytaĹa uprzejmie.
- Saro - daĹ siÄ sĹyszeÄ gĹos Marka - dziĹ o dwudziestej pierwszej w Lochu. OK?
- Tak jest. ZrozumiaĹam.
- I ubierz siÄ elegancko.
- OczywiĹcie. CzeĹÄ.
  OdĹoĹźyĹa telefon na stĂłĹ, wstaĹa i powiodĹa spojrzeniem po zebranych.
- A teraz - oznajmiĹa - wszystkich was zamordujÄ!

  - Ty jesteĹ jednak chora na gĹowÄ - uznaĹa Marta, kiedy udaĹo siÄ jej wreszcie zetrzeÄ ze stoĹu caĹÄ kawÄ i znaleĹşÄ swoje kapcie. Aleks siedziaĹ na podĹodze trzymajÄc SarÄ pod pachÄ, a Darek z Kamilem myli ocalaĹe szklanki.
- Nie zrobiĹam wam przecieĹź nic zĹego - oburzyĹa siÄ GnatoĹźujka - i powiedzcie Aleksowi, Ĺźeby mnie, do cholery, przestaĹ ĹaskotaÄ!

  TaksĂłwka zatrzymaĹa siÄ przed Lochem.
  DochodziĹa dziewiÄta wieczorem.
  Sara, w trosce o szpilki skrzÄtnie omijajÄc gĹÄbokÄ, burÄ kaĹuĹźÄ, wysiadĹa z samochodu. Serce waliĹo jej jak oszalaĹe. CzuĹa gwaĹtowne ssanie w brzuchu. BaĹa siÄ, wiÄc ciÄĹźko jej byĹo kontrolowaÄ swoje ciaĹo. Z drugiej zaĹ strony musiaĹa siÄ pilnowaÄ za wszelkÄ cenÄ, wiÄc baĹa siÄ jeszcze bardziej.
  Przed wejĹciem do Lochu staĹ wysoki, barczysty mÄĹźczyzna w czarnym, doskonale skrojonym garniturze. Mimo zimna nie miaĹ na sobie nic poza nim. SpojrzaĹ na stojÄcÄ przed nim, drobnÄ, rudowĹosÄ postaÄ, skinÄĹ gĹowÄ i otworzyĹ przed niÄ drzwi. 
  Sara weszĹa do Ĺrodka. Ĺťadnych kolorowych ĹwiateĹ, Ĺźadnych zdjÄÄ reklamujÄcych pokazy. SpojrzaĹa tÄsknie na miejsce, gdzie zwykĹ przesiadywaÄ Wojtek. WestchnÄĹa. Zamiast niego, ujrzaĹa kolejnego rosĹego osobnika w eleganckim ubraniu. 
  Szatnia dziaĹaĹa. Fakt ten, niczym balsam rozlaĹ siÄ po jej sercu. OddaĹa pĹaszcz w miarÄ normalnie wyglÄdajÄcemu facetowi i wziÄĹa numerek. StarajÄc siÄ nie rozglÄdaÄ za bardzo, weszĹa na gĹĂłwnÄ salÄ. Tam jednak, nie mogÄc nic na to poradziÄ, przystanÄĹa i wstrzymaĹa oddech.
  PracowaĹa tu tyle czasu. Zawsze byĹo to ciepĹe, peĹne kolorĂłw i ludzi miejsce, ktĂłre robiĹo przyjemne wraĹźenie. Teraz zaĹ wszystkie barwne ĹwiatĹa zniknÄĹy. ZniknÄĹa urocza, "zabytkowa" kula dyskotekowa, ktĂłra ponoÄ przyjechaĹa ze StanĂłw jeszcze w latach siedemdziesiÄtych ubiegĹego wieku. ZniknÄĹy chromowane, lĹniÄce rury do taĹca. MaĹych neonĂłw reklamujÄcych alkohol nad barem teĹź juĹź nie byĹo. 
Jednolity, bursztynowy blask maĹych lampek stanowiĹ caĹe oĹwietlenie sali. Na niektĂłrych stolikach staĹy wazony ze ĹwieĹźymi rĂłĹźami. Na samym Ĺrodku sceny ustawiono szeroki, rzeĹşbiony tron. W tle sÄczyĹa siÄ jakaĹ nieokreĹlona muzyka, przy stolikach zaĹ i na kanapach siedzieli oni. 
  WyglÄdali dokĹadnie tak, jak ich zapamiÄtaĹa. Eleganccy, wymuskani, gĹadcy, obwieszeni drogÄ, prawdziwÄ biĹźuteriÄ. 
  Przynajmniej wiÄkszoĹÄ z nich. Ku swemu zdziwieniu Sara dostrzegĹa kilka osĂłb ubranych mniej, jeĹli w ogĂłle, formalnie. KÄtem oka ujrzaĹa wysokÄ, barczystÄ postaÄ mÄĹźczyzny z gÄstym, ciÄĹźkim, pĹowym zarostem. PrzypominaĹ bardziej wikinga, niĹź lwa salonowego. Gdzie indziej ujrzaĹa dwie czy trzy postaci w skĂłrach i dĹźinsie.
  WchodzÄc w gĹÄb sali, rozglÄdaĹa siÄ, wzbudzajÄc dyskretne zainteresowanie co poniektĂłrych wampirĂłw. BaĹa siÄ coraz bardziej.
  PewnÄ ulgÄ napawaĹ jÄ fakt, Ĺźe "dark roomy" wyglÄdaĹy dokĹadnie tak samo. Nadal miaĹy jej ukochane czerwone kotary. Kurczowo uchwyciĹa siÄ tej myĹli, Ĺźeby nie spanikowaÄ. PrzystanÄĹa niezdecydowanie, plecami do szklanej powierzchni baru, za ktĂłrym krzÄtaĹo siÄ dwĂłch, podobnie jak szatniarz, normalnie wyglÄdajÄcych mĹodzieĹcĂłw. Tylko do nich odwaĹźyĹa siÄ stanÄÄ tyĹem.
  Nagle muzyka, przelewajÄca siÄ na granicy sĹyszalnoĹci, umilkĹa. UcichĹ teĹź przytĹumiony gwar rozmĂłw.
  Wszyscy wstali, a ich oczy zwrĂłciĹy siÄ w kierunku sceny.
  Sara spojrzaĹa tam rĂłwnieĹź i zobaczyĹa zasiadajÄcÄ wĹaĹnie na tronie majestatycznÄ postaÄ ksiÄcia. MiaĹ na sobie czarny surdut, krojem przypominajÄcy nieco modÄ z ubiegĹych stuleci, czarne, eleganckie spodnie i czarnÄ, poĹyskujÄcÄ koszulÄ. Jego ciemne wĹosy spiÄte byĹy z tyĹu. WyglÄdaĹ... zachwycajÄco i przeraĹźajÄco zarazem. A moĹźe tak siÄ tylko wydawaĹo zdenerwowanej do granic Sarze.
  TuĹź obok niego stanÄĹa wysoka, biaĹo ubrana kobieta. MiaĹa krwistoczerwone usta, co w zestawieniu z wszechobecnÄ bielÄ, sprawiaĹo poraĹźajÄce wraĹźenie. DokĹadnie. PoraĹźajÄce. 
  GnatoĹźujka nie mogĹa siÄ niemal ruszyÄ, patrzÄc na niÄ. Od Ilji dowiedziaĹa siÄ, Ĺźe byĹa to osoba, ktĂłrÄ nazywali Justicarem. PeĹniĹa funkcje sÄdziego, a takĹźe kontrolowaĹa dziaĹalnoĹÄ ksiÄcia. Zaiste byĹa waĹźna. ByĹa waĹźna jak jasna cholera. 
  Wampiry zebraĹy siÄ przed scenÄ w pĂłĹkolistych szeregach, zasĹaniajÄc nieco widok.
  Dziewczyna czuĹa, jakby serce miaĹo wyskoczyÄ jej z piersi. SĹyszaĹa jego gwaĹtowne bicie i miaĹa wraĹźenie, Ĺźe sĹyszeÄ je moĹźe kaĹźdy z tu zebranych. Nie zauwaĹźyĹa nawet, kiedy ksiÄĹźÄ zaczÄĹ mĂłwiÄ. MĂłwiĹ coĹ, niewÄtpliwie. SĹowa, wymawiane miÄkkim gĹosem padaĹy z jego ust, Ĺźadne jednak nie docieraĹo do Sary, zajÄtej swoim lÄkiem.
   Jak przez mgĹÄ dostrzegĹa, Ĺźe postawiono kogoĹ pod scenÄ nieco przed innymi. ByĹ to wysoki, chudy mÄĹźczyzna o ciemnych, krĂłtkich wĹosach. Po obu jego stronach, w pewnym jednak oddaleniu, stali mÄĹźczyĹşni w garniturach.
  Teraz ksiÄĹźÄ nie mĂłwiĹ. SpoglÄdaĹ tylko na mÄĹźczyznÄ, kulÄcego siÄ wyraĹşnie pod tym spojrzeniem. Potem popatrzyĹ na biaĹo ubranÄ kobietÄ. Wszystko bez sĹĂłw.
  KsiÄĹźÄ skinÄĹ gĹowÄ, przymykajÄc oczy.
  Wtedy ciemnowĹosy mÄĹźczyzna ryknÄĹ. Krzyk wĹciekĹoĹci rozniĂłsĹ siÄ po sali, kiedy ĹwieĹźo osÄdzony skoczyĹ po schodach ku tronowi.
  A w zasadzie chciaĹ skoczyÄ.
  MÄĹźczyĹşni w garniturach, szybciej niĹź myĹl, znaleĹşli siÄ przy nim, pochwycili go i obezwĹadnili. PociÄgnÄli go w kierunku wyjĹcia na zaplecze, a on krzyczaĹ i klÄĹ.
  Sara, nieruchoma, z sercem w gardle, obserwowaĹa tÄ niezrozumiaĹÄ dla siebie scenÄ. Jak Äma o szybÄ, tĹukĹo siÄ w jej gĹowie przekonanie, Ĺźe jeĹli zrobi jakÄkolwiek nieprzemyĹlanÄ rzecz, zginie w mgnieniu oka. Z najwyĹźszym trudem udaĹo jej siÄ powstrzymaÄ chÄÄ przemiany. 
  Wtedy ksiÄĹźÄ skinÄĹ rÄkÄ. Szeregi rozstÄpiĹy siÄ i GnatoĹźujka poczuĹa na sobie natarczywy ciÄĹźar wielu spojrzeĹ.
  Z rozpaczÄ uniosĹa gĹowÄ i popatrzyĹa prosto w ciemne, poĹyskujÄce oczy ksiÄcia.
- PodejdĹş.
  MiaĹa ochotÄ wybuchnÄÄ pĹaczem.
  MiaĹa ochotÄ uciec.
  MiaĹa ochotÄ zniknÄÄ pod tym spojrzeniem.
  PodeszĹa, mijajÄc po drodze wiele nieruchomych postaci, z twarzami skierowanymi prosto na niÄ.
  JuĹź wiedziaĹa, co miaĹ na myĹli Ilja, mĂłwiÄc o udzielajÄcej siÄ atmosferze. Ani przez chwilÄ nie przeszĹo jej przez myĹl, Ĺźe mogĹaby siÄ nie ukĹoniÄ.
- SĹucham. Co masz mi do powiedzenia?
  GĹos nie chciaĹ przejĹÄ przez gardĹo. MusiaĹa odchrzÄknÄÄ.
- Witaj, panie - powiedziaĹa wreszcie - jestem Sara Orzechowska, podopieczna Marka O'Seadh, Trzech-UĹmiechĂłw, Teurga z plemienia Fianna.
  OdetchnÄĹa. CoĹ powiedziaĹo jej, Ĺźe przyznanie siÄ do wĹasnego plemienia nie zrobiĹoby najkorzystniejszego wraĹźenia na obecnych. Na wszelki wypadek powoĹaĹa siÄ wiÄc na Marka.
  PodniosĹa oczy. KsiÄĹźÄ skinÄĹ gĹowÄ. Czy jej siÄ zdawaĹo, czy po jego ustach przemknÄĹ cieĹ uĹmiechu?
- PrzychodzÄ zapewniÄ, Ĺźe my, Garou, pamiÄtamy o zawartym niegdyĹ pakcie i dowiedzieÄ siÄ, czy ty, panie, rĂłwnieĹź zamierzasz go nadal honorowaÄ.
  Uf, powiedziaĹa to. Teraz nic juĹź nie zmieni. ZamarĹa, czekajÄc na odpowiedĹş, jak na wyrok.
- Tak. PamiÄtam o pakcie i nie zmieniam swojego stanowiska. DziÄkujÄ - usĹyszaĹa.
  KsiÄĹźÄ uĹmiechnÄĹ siÄ. Teraz na pewno siÄ uĹmiechnÄĹ. I znowu skinÄĹ gĹowÄ. MogĹa odejĹÄ.
  UkĹoniĹa siÄ i zrobiĹa kilka krokĂłw w tyĹ. Dopiero wtedy odwrĂłciĹa siÄ i, machinalnym krokiem, czujÄc nieznoĹnÄ sĹaboĹÄ w kolanach, dotarĹa do baru.
  DostrzegĹa, Ĺźe ksiÄĹźÄ wstaĹ ze swego miejsca. TĹum pod scenÄ rozproszyĹ siÄ. Wszyscy odeszli na swoje miejsca. Audiencja dobiegĹa koĹca.
- PodaÄ coĹ? - usĹyszaĹa Sara przed sobÄ. PochylaĹ siÄ ku niej jeden z barmanĂłw, z normalnym uĹmiechem i normalnÄ, biaĹÄ ĹciereczkÄ w dĹoni.
- Tak. PodwĂłjnÄ "ZielonÄ WdowÄ", jeĹli jest - westchnÄĹa, czujÄc nieopisanÄ ulgÄ. UsiadĹa na wysokim barowym stoĹku.
- OczywiĹcie, juĹź podajÄ.
  Takie zwykĹe, cudne sĹowa w tym miejscu. OparĹa gĹowÄ na rÄkach.
- Brawo. PoradziĹaĹ sobie bardzo dobrze.
- Ilja! - Sara nieomal spadĹa ze stoĹka, widzÄc obok siebie wysokÄ postaÄ Galliarda - co ty tu robisz?!
- PilnujÄ ciÄ. Dla mnie whisky - rzuciĹ ponad kontuarem - tu jest o tyle fajnie, Ĺźe nie trzeba pĹaciÄ za drinki. No, rozchmurz siÄ. Nie taki diabeĹ straszny, prawda?
- Och... myĹlaĹam, Ĺźe mnie szlag trafi na miejscu! - jÄknÄĹa, opierajÄc czoĹo o ramiÄ Ilji.
  ObjÄĹ jÄ i pogĹaskaĹ po gĹowie.
- Spokojnie. No, juĹź. WyglÄdasz bardzo Ĺadnie. Czy to nie ta sama sukienka, w ktĂłrej przyszĹaĹ na mĂłj wernisaĹź?
- To jednyna "maĹa czarna" jakÄ mam! - wyjaĹniĹa, rozkĹadajÄc bezradnie rÄce.
- Oj, to trzeba bÄdzie naprawiÄ - Galliard uĹmiechnÄĹ siÄ i podsunÄĹ jej pod nos wysokÄ szklankÄ z zielonym napojem - to chyba zamawiaĹaĹ.
  Sara chwyciĹa drinka z wdziÄcznoĹciÄ. 
- Chryste, muszÄ siÄ napiÄ, bo umrÄ.
  WyciÄgnÄĹa z mikroskopijnej, czarnej torebki paczkÄ papierosĂłw i zapaliĹa.
- O, nasz artysta - daĹ siÄ sĹyszeÄ miÄkki, kobiecy gĹos, tuĹź za plecami Ilji.
  Oboje odwrĂłcili siÄ jak na komendÄ. 
  StaĹa przed nimi kobieta o czarnych, spiÄtych w koĹski ogon wĹosach. Tym razem nie miaĹa na sobie liberii szofera, tylko dĹugÄ, prostÄ sukniÄ, tak ciemnoburgundowÄ, Ĺźe prawie czarnÄ.
  Sara zarumieniĹa siÄ gwaĹtownie.
- Witaj, Jeanette - Ilja ujÄĹ dĹoĹ kobiety i ucaĹowaĹ jÄ z uĹmiechem.
- Mamy teĹź naszÄ bohaterkÄ. Bardzo siÄ denerwowaĹaĹ, biedactwo? - zwrĂłciĹa siÄ do Sary, wyciÄgajÄc ku niej rÄkÄ.
- Tak. Ale juĹź odĹźyĹam.
  DĹoĹ Jeanette byĹa zdumiewajÄco ciepĹa i bardzo delikatna. SarÄ otoczyĹa woĹ jakichĹ orientalnych perfum. Opium, drzewo sandaĹowe...
- NapijÄ siÄ z wami, jeĹli nie macie nic przeciwko temu - przechyliĹa siÄ przez bar ruchem, ktĂłry nieodparcie kojarzyĹ siÄ z figurÄ tanecznÄ - martini, proszÄ.
  Wampiry pijÄ martini. Bardzo stosowne. 
  Sara nie mogĹa oderwaÄ wzroku od gibkiej postaci wampirzycy. Czy to nie trochÄ gĹupio myĹleÄ o niej w ten sposĂłb? Ale przecieĹź ktĂłregoĹ wieczora taĹczyĹa dla niej. Na jej Ĺźyczenie.
  Jeanette, z maĹÄ szklaneczkÄ w dĹoni przysiadĹa na stoĹku obok. 
- CĂłĹź, pamiÄtasz mnie, mam nadziejÄ - odezwaĹa siÄ, patrzÄc na GnatoĹźujkÄ z uĹmiechem.
- Jak mogĹabym ciÄ zapomnieÄ? Nadal jesteĹ szoferem?
- Czasami. Teraz akurat nie. Szczerze powiedziawszy, cieszÄ siÄ, Ĺźe ciÄ widzÄ. Jak dotÄd musiaĹam zadowalaÄ siÄ tylko kopiÄ...
  Sara zmarszczyĹa brwi.
- Jak to... kopiÄ? Nie rozumiem.
- Ilja jest naprawdÄ doskonaĹym artystÄ - odparĹa Jeanette zagadkowo i uĹmiechnÄĹa siÄ jeszcze promienniej - pamiÄtam, jak siÄ uczyĹ. Jeszcze przed tym, co nazywacie PierwszÄ PrzemianÄ. ByĹ strasznie sĹodki. Co oczywiĹcie nie znaczy, Ĺźe nie jest sĹodki nadal. Ale wtedy... wtedy byĹ w zasadzie chĹopcem.
- Jeanette, przestaĹ mnie zawstydzaÄ, proszÄ - wtrÄciĹ Ilja ze zmieszanym wyrazem twarzy - lepiej bÄdzie, Ĺźebym pozostaĹ dla tego szczeniaczka surowy i godny szacunku.
  Sara zakrztusiĹa siÄ nad swojÄ szklankÄ.
- Surowy i godny szacunku? O czym ty, u diabĹa, bredzisz?
  Wampirzyca zaczÄĹa siÄ ĹmiaÄ. ByĹa przy tym zachwycajÄca. GnatoĹźujka odruchowo zapatrzyĹa siÄ na jej rĂłwne, biaĹe jak Ĺnieg zÄby, oczekujÄc widoku dĹugich kĹĂłw, lub nawet upiornych ĹladĂłw krwi. Nie dostrzegĹa jednak nic.
- Widzisz, mĂłj uroczy artysto? JesteĹ po prostu sĹodki, jakkolwiek byĹ siÄ nie staraĹ. Nawet Sara to dostrzega. 
- Ano - filozoficznie potwierdziĹa dziewczyna.
- SĹuchaj, czy myĹlisz, Ĺźe mogĹabym wziÄÄ jakiĹ kontakt do ciebie? Numer telefonu na przykĹad.
  Sara prawie znowu siÄ zakrztusiĹa. Wampirzyca poprosiĹa jÄ o telefon?
- Yyyy... - zaciÄĹa siÄ.
- Tu jest mĂłj, jakby co. Nie pozostaniesz mi chyba dĹuĹźna. ProszÄ - Jeanette wrÄczyĹa jej ciemnÄ, eleganckÄ wizytĂłwkÄ. 
  Sara przyjÄĹa jÄ machinalnie.
  "Jeanette Talbot" - gĹosiĹ napis. PoniĹźej widniaĹa dziwaczna, czerwona, schematycznie wyrysowana rĂłĹźa i numer telefonu komĂłrkowego. 
- Jasne... poczekaj chwilkÄ - wyjÄkaĹa. SchowaĹa wizytĂłwkÄ do torebki. Ze stojaka na barze wyciÄgnÄĹa serwetkÄ i rozejrzaĹa siÄ w poszukiwaniu czegoĹ do pisania. Ilja litoĹciwie podsunÄĹ jej dĹugopis.
- Masz, tylko siÄ nie udĹaw - szepnÄĹ.
  PowstrzymaĹa chÄÄ kopniÄcia go w kostkÄ i nabazgraĹa na serwetce swĂłj numer.
- ProszÄ - podaĹa go Jeanette - ja nie wpadĹam na pomysĹ zrobienia sobie wizytĂłwki. To znaczy... nigdy jakoĹ nie byĹa mi potrzebna. Ale chyba powinnam o tym pomyĹleÄ.
  Wampirzyca wziÄĹa serwetkÄ i uĹmiechnÄĹa siÄ po raz kolejny tego wieczoru. UĹmiech ten wyryĹ siÄ Sarze pĹonÄcym wizerunkiem w mĂłzgu i ĹniĹ potem przez kilka nocy.
- Dobrze, zabiorÄ jÄ juĹź. DoĹÄ emocji jak na jeden wieczĂłr. Biedactwo mi siÄ jeszcze rozchoruje - stwierdziĹ Ilja, protekcjonalnym gestem otaczajÄc SarÄ ramieniem. OdwrĂłciĹ siÄ i ukĹoniĹ komuĹ. MiaĹa wraĹźenie, Ĺźe ksiÄciu.
- Pilnuj jej - powiedziaĹa Jeanette - mam nadziejÄ jeszcze kiedyĹ jÄ spotkaÄ. LeÄcie.
  
 - DokÄd jedziemy? - spytaĹa Sara, kiedy Ilja otworzyĹ przed niÄ drzwi taksĂłwki.
- PrawdÄ powiedziawszy chciaĹem odwieĹşÄ ciÄ na UrsynĂłw. 
- MoĹźemy jechaÄ do ciebie. Masz wygodniejsze ĹĂłĹźko - powiedziaĹa z przekonaniem.
  Nie skomentowaĹ tego ani sĹowem. PodaĹ swĂłj adres taksĂłwkarzowi i usadowiĹ siÄ obok Sary na tylnim siedzeniu. Ruszyli.

  Kiedy zamknÄĹa siÄ za nimi brama wiodÄca na teren magazynĂłw Galliarda, GnatoĹźujka przypomniaĹa sobie o czymĹ nagle.
- SĹuchaj - powiedziaĹa, starajÄc siÄ omijaÄ kaĹuĹźe i kupki brudnego, mokrego Ĺniegu - co to za pacjent do ciebie przychodzi? Taki w skĂłrzanej kurtce z runÄ na plecach.
- Thurisaz? - spytaĹ Ilja, podajÄc jej rÄkÄ.
- No, takÄ ma runÄ.
- To jego imiÄ. To znaczy na imiÄ ma Kurt. Thurisaz to jego ksywa. Jest Tubylcem z Service Pack'u.
- Tubylec Betonu? Ĺťartujesz! To ponure nie wiadomo co? - zdziwiĹa siÄ Sara.
- No. CoĹ taka zaskoczona? - Ilja otworzyĹ drzwi do hali. Ich kroki poniosĹy siÄ echem po przestronnym wnÄtrzu.
- Nie wiem. Chyba nie przypadĹ mi do gustu. JakiĹ taki... no... - zrobiĹa nieokreĹlony ruch dĹoniÄ w powietrzu.
- "No" co?
- Sama nie wiem - GnatoĹźujka wsiadĹa do windy, marszczÄc nos - nie wyglÄda na sympatycznego.
- Czy tobie siÄ wydaje, Ĺźe kaĹźdy na tym Ĺwiecie musi byÄ sympatyczny? Ma facet talent do komputerĂłw, bo inaczej nie byĹby w Service Pack'u.
- A jaki toto ma patronat? - zaciekawiĹa siÄ Sara.
- NĂłw. Jak wszyscy w tej wataĹźe. JuĹź taki ich psi urok - rozeĹmiaĹ siÄ - wiesz, chyba ciebie trzeba bÄdzie powoli zaczÄÄ zaznajamiaÄ z Garou w Warszawie. Ty nikogo ciÄgle nie znasz.
- Mnie to mĂłwisz. Wiem! Znam ciebie, znam Kolektyw, znam jednÄ GnatoĹźujkÄ, Nike znaczy siÄ. SĹyszaĹam o tym jej przyjacielu, Szymonie. Znam SzynÄ-Pod-NapiÄciem, ale tylko z widzenia. Gabriela, ktĂłry jest chyba jedynym Dzieckiem Gai, jakie widziaĹam. FianniakĂłw... i to wszystko. SĹyszaĹam jeszcze o Jakubowskim z Microtechnics. A! I o Ĺcianie-SzkĹa, tej lasce, co lata z "niebieskim z kolcami"... czyli z SzynÄ.
- Oni teĹź sÄ z Microtechnics - wyjaĹniĹ Ilja wysiadajÄc z windy - w ogĂłle w tej wataĹźe jest jeszcze Lupus, Max. WidziaĹaĹ kiedyĹ Lupusa?
  Weszli do mieszkalnej czÄĹci hali.
- Nie. Ale chyba wyglÄda tak samo jak normalny wilkoĹak. Tylko, Ĺźe jest wilkiem z urodzenia.
- Tak - Galliard pomĂłgĹ Sarze zdjÄÄ pĹaszcz, powiesiĹ go i wygĹadziĹ - ale Max praktycznie nie uĹźywa ludzkiej formy. Na ogĂłĹ lata w Hispo. OprĂłcz tego prawie non stop jest podĹÄczony do sieci.
- Bomba - dziewczyna z pewnÄ ulgÄ zdjÄĹa niewygodne szpilki - wilk internauta. Ja chcÄ kawy.
- Zaraz dostaniesz - Ilja nieoczekiwanie przeszedĹ na rosyjski - a tak w ogĂłle to jestem z ciebie bardzo dumny.
- DziÄki. ZadzwoniÄ do Marka, powiem mu, Ĺźe zaĹatwiĹam sprawÄ - wyjÄĹa komĂłrkÄ, siadajÄc wygodnie w fotelu.
- Mark, zrobione - zakomunikowaĹa, kiedy Teurg zgĹosiĹ siÄ po drugiej stronie linii.
- I co?
- I w porzÄdku. Powiedzieli, Ĺźe pamiÄtajÄ. I nie poĹźarli mnie. Ilja przybyĹ wspieraÄ mnie duchowo.
- Gdzie jesteĹ teraz?
- U niego. Czekam na zasĹuĹźonÄ kawÄ.
- Aha... - wahanie, lekka niechÄÄ - Pilnuj siÄ.
- OczywiĹcie, mistrzu, nie omieszkam - zaszczebiotaĹa.
  Z niewiadomych przyczyn ta niechÄÄ i to wahanie w gĹosie O'Seadh, sprawiĹy jej jakÄĹ dzikÄ satysfakcjÄ.
- Dobranoc.
- Trzymaj siÄ.
  Przez chwilÄ Sara siedziaĹa nieruchomo w fotelu z telefonem w dĹoni. Potem odĹoĹźyĹa go na stĂłĹ.
  Dziwne uczucie zaczÄĹo narastaÄ w jej wnÄtrzu. ByĹa to niepojÄta mieszanina niepokoju i podniecenia, jak gdyby coĹ miaĹo siÄ wydarzyÄ. Nie miaĹa tylko pojÄcia, co. 
  WstaĹa i udaĹa siÄ do kuchni, gdzie Ilja parzyĹ w ekspresie kawÄ. StaĹ przy kuchennej szafce, bawiÄc siÄ ozdobnÄ ĹyĹźeczkÄ do cukru. UĹmiechnÄĹ siÄ na widok wchodzÄcej Sary.
- ZadzwoniĹaĹ?
- Mhm - podeszĹa do Galliarda - Wiesz... wyjaĹnij mi... czemu ja siÄ robiÄ przy tobie taka... niespokojna?
  UniĂłsĹ ciemne brwi.
- A robisz siÄ niespokojna?
- Chyba tak. Ale... nie wiem, dlaczego.
  UsiadĹa na taborecie z ciemnego, poprzecinanego elipsowatymi liniami sĹojĂłw drewna. PrzechyliĹa gĹowÄ na ramiÄ i zaczÄĹa przyglÄdaÄ siÄ Ilji z zaciekawieniem. Ekspres zakoĹczyĹ pracÄ, ostatnie krople kawy przesÄczyĹy siÄ przez bibuĹkÄ filtra. Galliard nie ruszyĹ go jednak.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - spytaĹ po rosyjsku.
- Bo  myĹlÄ... uwaĹźam... Ĺźe jesteĹ bardzo, bardzo... piÄkny - odpowiedziaĹa z namysĹem, zaskoczona wĹasnymi sĹowami.
  PodszedĹ do niej powoli i przykucnÄĹ tuĹź przed niÄ. UjÄĹ jej twarz w obie rÄce.
- Ja teĹź myĹlÄ, Ĺźe jesteĹ bardzo piÄkna, Saro - powiedziaĹ cicho.
<br>]]></description><pubDate>Sat, 19 Dec 2009 04:27:50 +0100</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1980850,link.html</guid></item><item><title>2009-11-22 21:17</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1965833,link.html</link><description><![CDATA[<b>ZNOWU ON</b>

  WychodzÄc na ulicÄ, Sara z niezadowoleniem stwierdziĹa, Ĺźe zaczyna padaÄ Ĺnieg. Nie byĹ to miÄkki, puszysty gatunek Ĺniegu, tylko ten mokry, wciskajÄcy siÄ wszÄdzie wielkimi, posklejanymi, bĹyskawicznie topniejÄcymi pĹatkami. Po kilku chwilach caĹe wĹosy miaĹa mokre, a zimne struĹźki wody ĹciekaĹy jej za koĹnierz. 
  OtarĹa twarz niecierpliwym gestem, za pĂłĹşno przypomniaĹa sobie, Ĺźe robiĹa dziĹ makijaĹź i zaklÄĹa.
  Z niechÄciÄ obejrzaĹa palce, na ktĂłrych zostaĹy ciemne plamy. WestchnÄĹa ciÄĹźko, starajÄc siÄ nie myĹleÄ, jak teraz wyglÄdajÄ jej oczy i policzki. 
  Szczelniej owinÄĹa siÄ pĹaszczem i naciÄgnÄĹa szalik na nos.
  RuszyĹa znanÄ sobie doskonale trasÄ w kierunku metra, majÄc nadziejÄ, Ĺźe tym razem nie natknie siÄ ani na dziwnego faceta z runÄ na kurtce, ani na upiornÄ zjawÄ jasnowĹosej dziewczynki.
  IdÄc wÄskÄ ulicÄ, staraĹa siÄ nie poĹliznÄÄ na mokrym, popÄkanym chodniku i rozmyĹlaĹa o stojÄcym przed sobÄ zadaniu. PrzeraĹźaĹo jÄ. ZdoĹaĹa siÄ juĹź do tego strachu przyzwyczaiÄ. Chyba caĹe to bycie wilkoĹakiem polegaĹo mniej lub bardziej na strachu. 
  ZazdroĹciĹa Ahrounom, takim jak Adrian czy Aleks, siĹy i caĹej tej aury lÄkliwego szacunku, jaka zawsze ich otaczaĹa. Nikt chyba nie chciaĹ podpaĹÄ Ahrounowi. ChociaĹź na pewno Ĺźaden z nich nie nadawaĹby siÄ do takiego zadania. 
  Adrian, o czym doskonale wiedziaĹa, bardzo nie lubiĹ wampirĂłw.  Nie wyobraĹźaĹa sobie, Ĺźeby ktokolwiek mĂłgĹ wpaĹÄ na pomysĹ wydelegowania go z takÄ misjÄ. Ale na przykĹad Galliardzi. Oni majÄ gadane, nieprawdaĹź? 
  Uf, chyba po prostu powinna zrobiÄ, co do niej naleĹźy i nie narzekaÄ. W koĹcu nie idzie tam ze zĹymi zamiarami, wiÄc jej nie zagryzÄ. Mogli to zrobiÄ juĹź wczeĹniej.
  Tak, ale wczeĹniej nie byĹa jeszcze po Pierwszej Przemianie.
  KsiÄĹźÄ Eric. Czy Ilja byĹ z nim na ty? Na pewno nie. PrzecieĹź sam powiedziaĹ, Ĺźe trzeba z szacunkiem...
  Ale caĹa ta chryja z Sabbatem... co to w ogĂłle jest ten Sabbat? Po czym siÄ ich poznaje?
  PokrÄciĹa gĹowÄ gwaĹtownie, chcÄc odpÄdziÄ coraz bardziej ponure myĹli.
  Wtedy, gdzieĹ przed niÄ, trochÄ z boku, rozlegĹ siÄ trzask i kilka przenikliwych gwizdĂłw.
  ZatrzymaĹa siÄ jak wryta.
  Ulica byĹa pusta. W niektĂłrych oknach jeszcze siÄ ĹwieciĹo. Na chodniku staĹo zaparkowanych parÄ samochodĂłw. Poza tym jednak dookoĹa nie byĹo Ĺźywej duszy. 
  Kilka krokĂłw przed SarÄ, ziaĹa ciemnoĹciÄ pĂłĹokrÄgĹa brama. Dziewczyna mogĹaby przysiÄc, Ĺźe haĹasy dobiegaĹy wĹaĹnie z niej.
  OstroĹźnie, przytulona do Ĺciany, zrobiĹa kilka krokĂłw i zajrzaĹa w mrok. 
  Brama prowadziĹa na maĹe, sĹabo oĹwietlone podwĂłrko - studniÄ. ZnakomitÄ wiÄkszoĹÄ jego powierzchni zajmowaĹy dwa, czy trzy zapuszczone pojemniki na Ĺmieci. Ich smrĂłd, wypeĹniaĹ bramÄ i wylewaĹ siÄ na ulicÄ nawet w chĹodnym, zimowym  powietrzu. Sara z przeraĹźeniem wyobraziĹa sobie tÄ okolicÄ latem. PodniosĹa gĹowÄ. 
  Kamienica byĹa bardzo stara i potwornie zaniedbana. Prawdopodobnie, jak wiele budynkĂłw w Warszawie, czekaĹa na czyjÄĹ litoĹciwÄ decyzjÄ o rozbiĂłrce.
  Sara zamierzaĹa juĹź ruszyÄ dalej, kiedy ciszÄ przeciÄĹ kolejny trzask i szczÄk sypiÄcego siÄ szkĹa. 
  KÄtem oka GnatoĹźujka uchwyciĹa ruch - coĹ wyleciaĹo z rozbitego okna i z Ĺomotem wylÄdowaĹo na ziemi.
  ZamrugaĹa oczami, zaskoczona i wlepiĹa spojrzenie w leĹźÄcy koĹo Ĺmietnika, nieruchomy ksztaĹt. PrzypominaĹ trochÄ stertÄ pomiÄtego ubrania, choÄ dĹşwiÄk, z jakim uderzyĹ w beton, pozwalaĹ sÄdziÄ, Ĺźe wewnÄtrz owego ubrania znajduje siÄ jego wĹaĹciciel. A raczej znajdowaĹ siÄ, bo teraz chyba nie moĹźna byĹo nazwaÄ go wĹaĹcicielem czegokolwiek. 
  Gwizdy rozlegĹy siÄ ponownie, tym razem dalej. DochodziĹy z gĂłry, jak gdyby gwiĹźdĹźÄcy skakali po dachach.
  I nagle - jakby w odpowiedzi na owe gwizdy - kupka odzieĹźy na podwĂłrku drgnÄĹa i podniosĹa siÄ.
  Sara z otwartymi ustami gapiĹa siÄ na ludzkÄ postaÄ, ktĂłra chwiejnym krokiem, zataczajÄc siÄ i przystajÄc, ruszyĹa przez bramÄ w stronÄ ulicy. Kilka razy nogi siÄ pod niÄ uginaĹy i ciÄĹźko opadaĹa na kolana. Zawsze jednak udawaĹo siÄ jej pozbieraÄ i kontynuowaÄ swĂłj pijany marsz. 
  Sara cofnÄĹa siÄ i oparĹa plecami o ĹcianÄ. PrzecieĹź to niemoĹźliwe. Ĺťaden czĹowiek nie przeĹźyĹby takiego upadku. A juĹź na pewno nie byĹby w stanie potem chodziÄ.
  Ĺťaden czĹowiek.
  Tymczasem postaÄ wyĹoniĹa siÄ z bramy. StraciĹa rĂłwnowagÄ i jak dĹuga upadĹa twarzÄ na maskÄ stojÄcego przy krawÄĹźniku szarego Volkswagena. SamochĂłd jÄknÄĹ, ale nie wĹÄczyĹ siÄ Ĺźaden alarm.
  Sara zrobiĹa kilka niepewnych krokĂłw w stronÄ ponownie znieruchomiaĹej osoby.  
  ByĹ to mÄĹźczyzna, potÄĹźnie zbudowany i doĹÄ wysoki. MiaĹ na sobie okropnie brudne i mocno podarte ubranie - spodnie nieokreĹlonego koloru, caĹe pokryte bĹotem i skĂłrzanÄ kurtkÄ z nadprutym rÄkawem. 
GĹowÄ ogolonÄ miaĹ na zero, peĹnÄ ciemnych plam i zadrapaĹ. Twarzy GnatoĹźujka nie byĹa w stanie dojrzeÄ. 
  - PomĂłc panu...? - wyjÄkaĹa cicho, czujÄc siÄ przy tym nieopisanie gĹupio. Oto leĹźy przed niÄ ranny czĹowiek (czy aby na pewno czĹowiek), ktĂłremu pomoc wydaje siÄ wrÄcz nieodzowna. WiÄc czemu, debilka jedna jeszcze siÄ pyta?!
  MÄĹźczyzna drgnÄĹ na wgniecionej masce Volkswagena. PodniĂłsĹ brudnÄ rÄkÄ, oparĹ siÄ na niej, po czym z wysiĹkiem odwrĂłciĹ siÄ na plecy. UniĂłsĹ gĹowÄ i potoczyĹ wkoĹo mÄtnym, oszoĹomionym spojrzeniem.
  Sara stĹumiĹa jÄk i rzuciĹa siÄ w tyĹ, aĹź jej plecy uderzyĹy o ĹcianÄ kamienicy. 
  Gwizdy rozlegĹy siÄ ponownie, doĹÄ blisko,  mÄĹźczyzna zaĹ stanÄĹ na nogi i, ledwo trzymajÄc pion, aczkolwiek doĹÄ Ĺpiesznie, ruszyĹ ulicÄ, jakby ktoĹ go ĹcigaĹ. I chyba rzeczywiĹcie tak byĹo.
  Dziewczyna rozszerzonymi oczami patrzyĹa na jego oddalajÄcÄ siÄ sylwetkÄ.
  ZnaĹa go.
  MiaĹa nadziejÄ, Ĺźe nigdy wiÄcej go nie zobaczy. Nigdy wiÄcej po tym, jak wylecieli razem przez tylne drzwi Lochu.
  ZacisnÄĹa powieki, usiĹujÄc odpÄdziÄ wspomnienie jego gorejÄcych czerwono oczu.
  Kiedy je otworzyĹa, mÄĹźczyzna zniknÄĹ juĹź za rogiem budynku.
  ZaklÄĹa i rzuciĹa siÄ w tamtÄ stronÄ. DopadĹa wÄgĹa i wyjrzaĹa, gotowa na wszystko. OddychaĹa gwaĹtownie, czujÄc, Ĺźe ciaĹo ze wszystkich siĹ pragnie wyrwaÄ siÄ ze sĹabej ludzkiej formy. 
  Pieprzony wampir! JeĹźeli Sabbatnika moĹźna byĹo po czymĹ poznaÄ, to chyba wĹaĹnie tak wyglÄdaĹ! Wszak mĂłwili jej, Ĺźe ĹmierÄ Tomka nie byĹa winÄ wampirĂłw z Camarilli. Ĺťe to nie w ich stylu. A byĹa pewna dwĂłch rzeczy - Ĺźe to ten wĹaĹnie facet zabiĹ jej szefa i Ĺźe byĹ pijawkÄ. WiÄc jeĹli nie Camarilla, to Sabbat. To musiaĹ byÄ jakiĹ pierniczony sabotaĹź, albo inny taki syf! A teraz znowu...
  Kurwa! Czemu to zawsze musi trafiaÄ na niÄ?!
  ZorientowaĹa siÄ, Ĺźe mÄĹźczyzny nigdzie nie widaÄ. Jakby zapadĹ siÄ pod ziemiÄ. OmiotĹa spojrzeniem ulicÄ.
  Nic. Kilku zwykĹych przechodniĂłw, samochody, latarnie. 
  WestchnÄĹa i oparĹa siÄ o mur. WyciÄgnÄĹa z kieszeni komĂłrkÄ i spojrzaĹa na zegar.
- I piÄknie - warknÄĹa zĹym gĹosem - przez tego cholernego &#8222;wÄpierza&#8221; spieprzyĹo mi ostatnie metro!
]]></description><pubDate>Sun, 22 Nov 2009 21:17:26 +0100</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1965833,link.html</guid></item><item><title>2009-06-30 5:56</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1870481,link.html</link><description><![CDATA[<b>WAMPIRY</b>

  - Sara, wstawaj, Ĺpiochu!
  Do otÄpiaĹej ĹwiadomoĹci dziewczyny niechÄtnie wsÄczaĹ siÄ kolejny dzieĹ, anonsowany radoĹnie przez Gabriela.
- Wstawaj, kochanie, bo nie dostaniesz kawy.
- Nie mamy juĹź kawy - wybeĹkotaĹa w poduszkÄ.
- My nie, ale oni majÄ. WĹaĹnie siÄ tam wybieram.
  Sklejone snem oczy ustÄpiĹy wreszcie. Powieki rozchyliĹy siÄ.
  PierwszÄ rzeczÄ, jakÄ Sara ujrzaĹa po tym wartym lepszej sprawy wysiĹku, byĹa uĹmiechniÄta od ucha do ucha twarz Metysa, ktĂłry pochylaĹ siÄ nad ĹĂłĹźkiem i usiĹowaĹ poĹaskotaÄ jÄ maĹym, szarawym piĂłrkiem wyciÄgniÄtym zapewne z poduszki..
- Jezu, Gabriel, odczep siÄ, bo powiem brzydko.
- Dobra, jak nie chcesz kawy, to spadaj. IdÄ sam - oznajmiĹ Eisner obraĹźonym tonem i wyszedĹ z sypialni. Kilka chwil pĂłĹşniej w gĹÄbi mieszkania trzasnÄĹy drzwi.
  Sara, jÄczÄc z wysiĹku i zniechÄcenia, zwlokĹa siÄ z ĹĂłĹźka. NarzuciĹa na siebie szlafrok i krokiem godnym zombie opuĹciĹa zaciemnionÄ sypialniÄ. Przy pierwszym kontakcie ze ĹwiatĹem, natychmiast przestaĹa cokolwiek widzieÄ. 
  WeszĹa do sÄsiedniego mieszkania, nie przejmujÄc siÄ swoim, niewÄtpliwie strasznym, wyglÄdem. Bardzo wyraĹşnie czuĹa, Ĺźe oczy jej majÄ rozmiar ziarenek ryĹźu, a przez policzek biegnie wielka, odgnieciona w trakcie snu prÄga.
  Na oĹlep niemal wsunÄĹa siÄ do salonu, przygotowana na okrzyki przeraĹźenia. Zamiast tego usĹyszaĹa niespokojny gĹos prezentera telewizyjnego, szybko wyrzucajÄcego z siebie sĹowa, ktĂłrych treĹÄ nie chciaĹa  jakoĹ dotrzeÄ do mĂłzgu GnatoĹźujki.
- Co jest? - spytaĹa niewyraĹşnie.
- Cicho - syknÄĹa Marta - Jezu, popatrz na to!
  Sara postaraĹa siÄ zobaczyÄ coĹ przez wÄziutkie szparki powiek i wyĹapaÄ sens wypowiedzi kolesia od dziennika.
- Dwa zmasakrowane i ukrzyĹźowane miÄdzy ulicznymi latarniami ciaĹa, znaleziono wczoraj w nocy...
- Co?! - Sara natychmiast oprzytomniaĹa i odzyskaĹa wszystkie zmysĹy.
- Ano... to - szepnÄĹa Marta, jakby bojÄc siÄ podnieĹÄ gĹos.
- Nieznani sprawcy - kontynuowaĹ ulizany mÄĹźczyzna w ciemnym garniturze i kretyĹsko ĹźĂłĹtym krawacie - uĹźyli stalowych lin i ĹaĹcuchĂłw. DwĂłch mÄĹźczyzn, ktĂłrych ciaĹa dotÄd nie zostaĹy zidentyfikowane, zawisĹo miÄdzy sĹupami w odlegĹoĹci trzech przecznic od siebie. Wydarzenie to policja ĹÄczy z seriÄ innych, podobnie bestialskich, choÄ mniej - tu gĹos prezentera lekko siÄ zaĹamaĹ - spektakularnych morderstw, ktĂłre wydarzyĹy siÄ w Warszawie na przestrzeni ostatnich czterech dni...
- O co chodzi? - Sara przenosiĹa zdezorientowany wzrok to na MartÄ, to na Gabriela.
- Nie wiem, ale mam zĹe przeczucia - odrzekĹa Galliardka.
- Czy to ma coĹ wspĂłlnego z nami?
- Nie bezpoĹrednio, ale, jeĹli siÄ nie mylÄ w moich przypuszczeniach, to mimo wszystko tak.
  Telefon rozkrzyczaĹ siÄ w kÄcie pokoju i Marta natychmiast rzuciĹa siÄ do sĹuchawki.
- Tak? Tak, jest. DaÄ ci jÄ? Nie? No, dobrze. Tak, wiem. WidziaĹam. WĹaĹnie teraz... co? Chryste, dobrze.
  OdĹoĹźyĹa sĹuchawkÄ.
- Sara, po poĹudniu pojedĹş do Cork Irish. Dobra? Tak na 16:00.
- Czy to... czy to ma coĹ wspĂłlnego... - zajÄknÄĹa siÄ GnatoĹźujka.
- Tak. BoĹźe, jakie to Ĺźycie parszywe!
- Czy ktoĹ mi coĹ wyjaĹni?! - rozzĹoĹciĹa siÄ dziewczyna, czujÄc, Ĺźe jak zwykle wszyscy prĂłcz niej wszystko wiedzÄ.
- DziĹ wieczorem. Mark - lakonicznie odpowiedziaĹa Marta.
- Ale... - zaperzyĹa siÄ Sara, wymachujÄc rÄkami. Gabriel natychmiast zĹapaĹ jÄ w pasie i pociÄgnÄĹ w stronÄ czÄĹci kuchennej.
- Nie marudĹş, chodĹş. ZrobiÄ ci kawy. Zapal sobie. Na wszystko przyjdzie czas.

  Fionn i Donall byli juĹź w Cork Irish Pub. Sara zastanawiaĹa siÄ niejednokrotnie, czy w ogĂłle opuszczajÄ to miejsce, kiedy majÄ wolne. Wydawali siÄ byÄ najzupeĹniej szczÄĹliwi, mogÄc siedzieÄ, piÄ i podrywaÄ przychodzÄce do knajpy dziewczyny. Tym razem jednak nie pili. ByĹo to coĹ nowego i GnatoĹźujka zrozumiaĹa, Ĺźe sprawa jest bardzo powaĹźna. Kiedy podeszĹa do nich, przywitali siÄ niezbyt wylewnie, co teĹź stanowiĹo ewenement. SkiniÄciem gĹowy Fionn pokazaĹ jej, by szĹa z nimi. 
  Za barem staĹ Sean. UĹmiechnÄĹ siÄ do Sary i rÄkÄ wskazaĹ drzwi na zaplecze. 
  Mark siedziaĹ przy stole. PodniĂłsĹ siÄ, gdy weszli.
- Dobrze, Ĺźe jesteĹcie. 
- Co siÄ dzieje? - spytaĹa dziewczyna, czujÄc, Ĺźe nie ma zbyt mÄdrej miny.
- Ano, problemy. I to spore. Siadajcie.
  ZajÄli miejsca dookoĹa drewnianego stoĹu, bliĹşniacy w zwyczajowych, niedbaĹych pozach, Sara niepewnie, na brzeĹźku krzesĹa, nie wiedzÄc, czego ma siÄ spodziewaÄ.
- MaĹa - zwrĂłciĹ siÄ do niej Teurg - co wiesz o wampirach?
  WstrzymaĹa oddech. O wampirach... O ĹźeĹź ty!
- Niewiele. Nic w zasadzie. A co?
- CĂłĹź. Nie da siÄ ukryÄ, Ĺźe to one stojÄ za tymi... wypadkami, o ktĂłrych niewÄtpliwie sĹyszaĹaĹ juĹź w wiadomoĹciach.
  PokiwaĹa gĹowÄ powoli.
- Ale Ĺźeby zrozumieÄ sprawÄ, musisz czegoĹ siÄ o nich dowiedzieÄ bliĹźej. OtĂłĹź pijawki w dzisiejszych czasach dzielÄ siÄ na... no... uproszczÄ to teraz. Tak bÄdzie Ĺatwiej. Powiedzmy, ze dzielÄ siÄ na dwa... obozy. IstniejÄ dwie waĹźne organizacje wampirze. Camarilla i Sabbat. Camarilla dba o to, Ĺźeby ludzie nie dowiedzieli siÄ o istnieniu wampirĂłw. Wierz, lub nie, ale oni potrafiÄ piÄ krew ludzi nie zabijajÄc ich, choÄ to nie znaczy, Ĺźe tego nie robiÄ. Co jest jednak najwaĹźniejsze, to to, Ĺźe nie ujawniajÄ swej prawdziwej natury. NazywajÄ to MaskaradÄ i traktujÄ mniej wiÄcej tak, jak my ZasĹonÄ, tyle, Ĺźe ZasĹona dziaĹa sama z siebie. ZostaĹo im to po czasach Inkwizycji, kiedy bardzo wielu z nich trafiĹ szlag.
  Sara pokiwaĹa gĹowÄ w skupieniu.
- A Sabbat? - spytaĹa.
- A Sabbat to zbieranina wampirĂłw przekonanych, Ĺźe to ich gatunek jest panami Ĺwiata a ludzie stanowiÄ poĹźywienie, ewentualnie niewolnikĂłw i naleĹźy im to jak najszybciej uĹwiadomiÄ. 
- Co to ma byÄ? Wampiry Ăźber alles? - warknÄĹa ze zĹym bĹyskiem w oku.
- No tak... ale choÄ Sabbat jest bardzo liczny, ciÄgle ciÄĹźko im poradziÄ sobie z CamarillÄ. OrganizujÄ najazdy na jej miasta, takie jak Warszawa, Ĺźeby je odbiÄ. CaĹkiem moĹźliwe, Ĺźe mamy tutaj do czynienia z poczÄtkiem takiego wĹaĹnie najazdu. Wiem, do czego Sabbatnicy sÄ zdolni i wierz mi, jak nie przepadam za wampirami, to z CamarillÄ jeszcze moĹźna siÄ jakoĹ dogadaÄ.
  Sara przeczesaĹa palcami wĹosy i westchnÄĹa.
- Tak. Wiem. Mniej wiÄcej tak, jak robi to Ilja Muromiec. Chodzi do nich na imprezy i sprzedaje im swoje dzieĹa - rzekĹa z przekÄsem.
  Mark pokiwaĹ gĹowÄ. 
- To caĹkiem moĹźliwe. Sporo tam ToreadorĂłw.
- Kogo? - GnatoĹźujka powiodĹa spĹoszonym spojrzeniem po twarzach mÄĹźczyzn.
  Fionn wybuchnÄĹ Ĺmiechem.
- ToreadorĂłw. To taki klan. Wiesz, oni dzielÄ siÄ na klany, tak jak my na plemiona. W zaleĹźnoĹci od tego, do jakiego klanu naleĹźaĹ rodzic, do takiego naleĹźy teĹź bachor - wyjaĹniĹ tonem znawcy.
- Toreadorzy majÄ niezĹe laski - rozmarzyĹ siÄ jego brat.
- No majÄ. KochajÄ sztukÄ, elegancjÄ i piÄkno. W zwiÄzku z tym na swoje dzieci wybierajÄ zwykle ludzi trudnych do przeoczenia.
- Toreadorzy sÄ najczÄĹciej blisko KsiÄcia - powiedziaĹ Mark - czasem wĹaĹnie Toreador zostaje ksiÄciem. Ale najczÄĹciej Ventrue. Nasz KsiÄĹźÄ... tfu!...- poprawiĹ siÄ, z krzywym pĂłĹuĹmieszkiem - obecny KsiÄĹźÄ warszawskiej Camarilli jest z klanu Ventrue. 
- Tak, kojarzÄ goĹcia. Taki wysoki, czarny. A ta biaĹa baba, co siÄ przy nim krÄci, to kto? Wydaje siÄ, Ĺźe jest waĹźniejsza od niego.
- BiaĹa baba? Nie wiem, nie znam ich jakoĹ szczegĂłlnie dobrze. Ale to moĹźe byÄ szycha. Wiesz, KsiÄĹźÄ nie od razu musi byĹ najwaĹźniejszy z waĹźnych. MajÄ jakÄĹ tam swojÄ radÄ starszyzny, ktĂłra go kontroluje. BiaĹa baba moĹźe byÄ kimĹ takim. Spytaj raczej twojego kumpla artystÄ. On ich zna lepiej.
  Czy Sarze siÄ wydawaĹo, czy w gĹosie Teurga zabrzmiaĹa nieoczekiwana zazdroĹÄ? Tylko delikatna nutka. I dobĂłr sĹĂłw...
- Spytam - odparĹa, przyglÄdajÄc siÄ O'Seadh przenikliwie.
- SĹusznie - rzekĹ sucho - przyda ci siÄ ta wiedza. PowinnaĹ mieÄ jako takie pojÄcie o ich hierarchii, bo bÄdziesz musiaĹa tam iĹÄ i z nimi pogadaÄ.
  Sara wlepiĹa w niego spojrzenie szeroko otwartych oczu. W pokoju zapadĹa gĹucha cisza. Fionn z Donallem z nagĹym zainteresowaniem zaczÄli oglÄdaÄ swoje paznokcie. Mark milczaĹ i spokojnie odwzajemniaĹ wzrok podopiecznej.
- Jak to...? - wydusiĹa w koĹcu - czemu ja?
  Mark pokiwaĹ gĹowÄ z wyrazem zadumy na twarzy.
- Taaa.... wiedziaĹem, Ĺźe to nie bÄdzie przyjemny moment. Ale posĹuchaj. ProszÄ, ĹźebyĹ poszĹa do nich i przypomniaĹa ksiÄciu o dawno zawartym miÄdzy nami a nimi pakcie. Jest jeszcze przedwojenny, ostatnio na tapecie byĹ jakieĹ dwadzieĹcia lat temu. Warto zapewniÄ ich, Ĺźe my pamiÄtamy i zorientowaÄ siÄ, czy i oni majÄ zamiar dalej go honorowaÄ. 
- Tak, tak... - wyjÄkaĹa Sara - dobra... rozumiem... ale czemu ja?!
  Teurg wyciÄgnÄĹ do niej rÄkÄ przez chropowatÄ, ciemnÄ powierzchniÄ stoĹu. DotknÄĹ lekko jej dĹoni.
- Przepraszam, ale ciebie znajÄ. WiedzÄ kim jesteĹ, widywali ciÄ, kiedy pracowaĹaĹ w Lochu.
- Ale w takim razie czemu nie poĹlecie Ilji?
  Mark zerknÄĹ na braci siedzÄcych ze wzrokiem wbitym w przypadkowe elementy pokoju. Nie przyszli mu z pomocÄ.
  WestchnÄĹ.
- Prawie nie znam Ilji. Teraz, kiedy nie mamy w mieĹcie Ĺźadnego przywĂłdcy, kaĹźdy dba o swoje interesy.
- Ale Ilja jest Srebrnym KĹem! Czy nie on powinien zabraÄ siÄ za odwalanie brudnej, dyplomatycznej roboty? 
- I co z tego, Ĺźe jest Srebrnym KĹem? Jest artystÄ, poza tym nie ma wiele wspĂłlnego z caĹÄ sprawÄ. A wampiry znajÄ go, Ĺźe tak powiem prywatnie. My potrzebujemy kogoĹ, kto tam pĂłjdzie i bÄdzie od razu widaÄ, Ĺźe zostaĹ wysĹany w konkretnej sprawie. To bardzo istotne, Ĺźeby potraktowali naszÄ deklaracjÄ powaĹźnie.
  Sara popatrzyĹa na nauczyciela przenikliwie.
- MogÄ siÄ nie zgodziÄ? - spytaĹa.
- MoĹźesz - kiwnÄĹ gĹowÄ - ale nie da siÄ ukryÄ, Ĺźe liczÄ na ciebie. 
  MilczaĹa chwilÄ, oglÄdajÄc blat stoĹu. Nerwowym ruchem poprawiĹa siÄ na krzeĹle. DĹoĹ Teurga nadal spoczywaĹa na jej rÄce, ciepĹa i uspokajajÄca. 
  Dziewczyna westchnÄĹa.
- Dobrze - odezwaĹa siÄ - co mam im dokĹadnie powiedzieÄ?
  Fionn z Donallem trÄcili siÄ Ĺokciami pod stoĹem, ale udaĹa, Ĺźe tego nie zauwaĹźyĹa.
  Mark uĹmiechnÄĹ siÄ do niej.
- DziÄkujÄ. Bardzo nam pomoĹźesz. Nam wszystkim. Widzisz, musisz iĹÄ do ksiÄcia i po prostu powiedzieÄ, Ĺźe pamiÄtamy o pakcie. ZapytaÄ, czy on pamiÄta.
  PokiwaĹa gĹowÄ.
- W porzÄdku. A na czym polega  ten pakt?
- Pakt zapewnia nam wspĂłlnÄ, pokojowÄ egzystencjÄ. Chodzi o to, Ĺźeby w mieĹcie byĹ spokĂłj. Im zaleĹźy na tym tak samo jak nam, mimo, Ĺźe prowadzÄ... inny tryb Ĺźycia. My pilnujemy swoich interesĂłw, oni swoich. I nie wtrÄcamy siÄ sobie w te interesy. Ale w przypadku zagroĹźenia, takiego, jak na przykĹad pojawienie siÄ SabbatnikĂłw, mamy ze sobÄ wspĂłĹpracowaÄ.
- My? Z nimi? - zakrztusiĹa siÄ Sara.
- Ano, tak wĹaĹnie. Sabbatnicy nie bÄdÄ siÄ, delikatnie mĂłwiÄc, opieprzaÄ. BÄdÄ szkodziÄ tak samo nam, jak i Camarilli. BÄdÄ teĹź na potÄgÄ szkodziÄ ludziom. MoĹźe siÄ z tego zrobiÄ niezĹy burdel. Wtedy waĹźne jest, Ĺźeby dzieliÄ siÄ informacjami, niczego nie zatajaÄ, bo to mogĹoby siÄ okazaÄ zgubne jak cholera. Pakt zapewnia nam teĹź bezpieczeĹstwo. Oni nie atakujÄ nas, my nie atakujemy ich. 
- Dobra, rozumiem. A jeĹli ktĂłraĹ z pijaw Camarilli zaczÄĹaby siÄ nas czepiaÄ? 
  Teurg odsunÄĹ siÄ nieco na krzeĹle i wzruszyĹ ramionami.
- Wtedy moĹźemy siÄ takim delikwentem zajÄÄ. JeĹli bÄdzie prĂłbowaĹ zabiÄ ktĂłregoĹ z nas, nie musimy siÄ powstrzymywaÄ. Tyle, Ĺźe powinniĹmy otwarcie im to powiedzieÄ. "SĹuchajcie, jeden z waszych siÄ nieco rozpanoszyĹ, wiÄc, przykro nam bardzo, ale siÄ broniliĹmy". DziaĹa to jednak w obie strony, o tym powinnaĹ zawsze pamiÄtaÄ.
  Sara uĹmiechnÄĹa siÄ pĂłĹgÄbkiem. OdgarnÄĹa wĹosy z czoĹa i potarĹa w zamyĹleniu nos.
- To caĹkiem uczciwe, jak sÄdzÄ.
- Owszem. DziÄki temu moĹźemy sobie spokojnie ĹźyÄ, a w przypadku wspĂłlnego zagroĹźenia jest nas zawsze wiÄcej do walki. Nie powiem, trochÄ to wbrew naturze, ale co tam. Mamy takie, a nie inne czasy i jakoĹ trzeba sobie z tym radziÄ.
  Fionn nieoczekiwanie poklepaĹ GnatoĹźujkÄ po ramieniu.
- Spoko, dasz sobie radÄ - pocieszyĹ jÄ z grymasem, ktĂłry miaĹ chyba zapewniÄ moralne wsparcie. 
- Tak, pewnie. A ty bÄdziesz sobie w tym czasie spokojnie sÄczyĹ piwko i podrywaĹ panienki - stwierdziĹa z przekÄsem.
- KaĹźdy orze jak moĹźe - odgryzĹ siÄ z minÄ peĹnÄ wyĹźszoĹci.
  Mark podniĂłsĹ siÄ ze swojego miejsca, okrÄĹźyĹ stĂłĹ i poĹoĹźyĹ Sarze rÄce na ramionach, stajÄc za jej krzesĹem.
- Powiem ci, kiedy bÄdzie najwĹaĹciwszy moment. Trzeba zaĹatwiÄ ci audiencjÄ. Tak czy inaczej, jest to w koĹcu ksiÄĹźÄ. PowinnaĹ o tym pamiÄtaÄ.
- Ale ja nie mam zielonego pojÄcia na temat dworskiej etykiety! - zmartwiĹa siÄ.
- Nie bĂłj nic. W tym na pewno Ilja bÄdzie ci w stanie pomĂłc.

  - Jasne, Ĺźe mogÄ ci pomĂłc, ale do jasnej cholery, co siÄ dzieje? - zapytaĹ Ilja, kiedy niespeĹna godzinÄ pĂłĹşniej Sara pojawiĹa siÄ w jego pracowni.
  PrychnÄĹa z niechÄciÄ i pokrÄciĹa gĹowÄ, przybierajÄc zniesmaczony wyraz twarzy.
- Mark mĂłwi, Ĺźe to Sabbat - oznajmiĹa ponurym gĹosem.
  Galliard zaklÄĹ paskudnie.
- Tego siÄ obawiaĹem. No tak. W tym wypadku, nie dziwiÄ siÄ, Ĺźe Mark chce upewniÄ siÄ co do paktu. Dobrze, Ĺźe ty pĂłjdziesz.
  Dziewczyna spojrzaĹa na niego z nienawiĹciÄ.
- Kurde! A co ja jestem?! Dlaczego u diabĹa ja?! Nie mogÄ sobie sami pĂłjĹÄ?
- Nie wĹciekaj siÄ - Ilja podaĹ jej niskÄ, szerokÄ szklankÄ, peĹnÄ przezroczystego pĹynu. 
  Sara powÄchaĹa, skrzywiĹa siÄ i wypiĹa jednym haustem.
- ZnajÄ ciÄ. Nie bĂłj siÄ, jeĹli nie zrobisz niczego nieuprzejmego, albo gĹupiego, wszystko bÄdzie w porzÄdku.
  GnatoĹźujka z impetem odstawiĹa szklankÄ na stolik. RzuciĹa siÄ na fotel i zaĹoĹźyĹa nogÄ na nogÄ gestem peĹnym niezadowolenia.
- Tak, tak - warknÄĹa - Mark teĹź mi to powiedziaĹ. Cholera, przydaĹby siÄ jakiĹ szef, czy coĹ. Nie musiaĹabym lataÄ za takimi sprawami.
  Galliard uĹmiechnÄ siÄ pod nosem, siadajÄc na drugim fotelu.
- Wcale niekoniecznie. MyĹlisz, Ĺźe gdybyĹmy mieli protektorat i przywĂłdcÄ, on sam zaĹatwiaĹby wszystko jak popadnie? Fakt, Ĺźe ta sprawa jest doĹÄ waĹźna, ale chodzi tu o przypomnienie. Nikt nie kaĹźe ci negocjowaÄ nowych warunkĂłw, czy coĹ.
  Rozmawiali po rosyjsku. Sara nawet nie zdawaĹa sobie sprawy, Ĺźe moĹźe tak szybko przypomnieÄ sobie to, czego nauczyĹa siÄ w szkole i dodatkowo przyswoiÄ parÄ nowych rzeczy. Rosyjski, podobnie jak angielski, nie sprawiaĹ jej juĹź Ĺźadnego problemu. MoĹźliwe, Ĺźe nawet znaĹa go teraz lepiej.
- Tak, ale posyĹajÄ mnie przed oblicze szychy. A ja, z mojÄ niewyparzonÄ mordÄ i pechem mam mu nie podpaĹÄ? W cuda wierzycie?
- UspokĂłj siÄ. Masz, napij siÄ jeszcze - ponownie napeĹniĹ jej szklankÄ. 
  WziÄĹa jÄ i przez chwilÄ przypatrywaĹa siÄ jej bez sĹowa. Przejrzysty trunek pachniaĹ sĹodkawo, gorzkawo i trochÄ zioĹowo. Ilja nalewaĹ go z ozdobnej, krysztaĹowej karafki.
- Co to? - zapytaĹa rzeczowo.
- Gin.
- Bez tonicu?
- Bez.
- Dobra - znowu, jednym Ĺykiem oprĂłĹźniĹa szklankÄ - ale nie chcÄ wiÄcej. To jest gorzkie. Rozgrzewa, ale wcale nie jest dobre.
  PokrÄciĹ gĹowÄ z politowaniem.
- Nie znasz siÄ, Ale dobrze, wiÄcej nie dostaniesz. Zostanie dla mnie.
  ZamyĹliĹa siÄ, koĹyszÄc puste szkĹo na otwartej dĹoni.
- SĹuchaj - powiedziaĹa w koĹcu, podnoszÄc wzrok - to co ja mam zrobiÄ? Jak siÄ zachowaÄ?
  PoprawiĹ siÄ w fotelu, podciÄgajÄc lekko nogawki ciemnych spodni. ZaĹoĹźyĹ nogÄ na nogÄ i zaplĂłtĹ dĹonie na brzuchu.
- Masz byÄ spokojna. PowinnaĹ wyglÄdaÄ elegancko, wystÄpiÄ, kiedy ciÄ o to poproszÄ, przedstawiÄ siÄ, w paru sĹowach powiedzieÄ, o co ci chodzi. Ĺťadnego spoufalania. ZresztÄ, sama bÄdziesz wiedziaĹa. Moim zdaniem atmosfera, jaka tam panuje, zrobi swoje. Pewnie wcisnÄ ciÄ na ogĂłlne zgromadzenie. I tyle - rozĹoĹźyĹ rÄce - wiÄcej nie mam nic do powiedzenia.
- Kurde! CzujÄ siÄ, jakbym szĹa na spotkanie z jakimĹ krĂłlem. PrzecieĹź nie jesteĹmy gorsi od nich. Po co mam siÄ tak pĹaszczyÄ?!
  Galliard spojrzaĹ na dziewczynÄ, jakby z niedowierzaniem. PotrzÄsnÄ gĹowÄ i siÄgnÄ po paczkÄ DavidoffĂłw leĹźÄcÄ na stole. WyciÄgnÄĹ jÄ w stronÄ Sary. 
  Zapalili.
- Czemu ty siÄ tak na mnie gapisz? - spytaĹa po chwili, zbita z tropu.
- Nie mogÄ uwierzyÄ, Ĺźe powiedziaĹaĹ, to co powiedziaĹaĹ. Ale, z drugiej strony... no dobrze. PosĹuchaj. To byĹo doĹÄ gĹupie pytanie. Fakt - uniĂłsĹ dĹoĹ z papierosem ku gĂłrze - nie jesteĹmy gorsi. ĹťadnÄ miarÄ. Ale po pierwsze: Eric jest ich ksiÄciem. NaleĹźy mu siÄ szacunek ze wzglÄdu na stanowisko. Po drugie, skretyniaĹa GnatoĹźujko, bÄdziesz na ich terenie. Jedno uchybienie, celowy brak poszanowania i jesteĹ martwa. Proste. Nie na tym ten Ĺwiat polega, Ĺźeby wywyĹźszaÄ siÄ z powodu wĹasnego pochodzenia. Mamusia ciÄ nie nauczyĹa?
- Nie znaĹam mamusi, debilu - warknÄĹa Sara, rozzĹoszczona sposobem mĂłwienia Ilji - ale powiedziaĹeĹ to dokĹadnie takim tonem, jakiego moĹźna siÄ spodziewaÄ po kimĹ, kto wĹaĹnie siÄ wywyĹźsza.
  Galliard w bezsilnoĹci zakryĹ oczy dĹoniÄ.
- Rany, nie bierz tego do siebie! MĂłwiÄ ci to w ten sposĂłb, ĹźebyĹ zapamiÄtaĹa. Akurat w dziedzinie stosunkĂłw miÄdzy nimi a nami, mam wiÄcej doĹwiadczenia od ciebie. ChoÄ sÄ rzeczy, na ktĂłre mogĹabyĹ wpaĹÄ sama.
  SpuĹciĹa oczy.
- Dobra, masz racjÄ. Zgoda. BÄdÄ ostroĹźna.
  UĹmiechnÄĹ siÄ.
- Kiedy chcÄ ciÄ tam posĹaÄ?
- Za jakiĹ czas. NiedĹugo chyba. Ale nie wiem nawet, gdzie - zrobiĹa ĹźaĹosnÄ minÄ.
  Ilja zgasiĹ papierosa w szeĹciokÄtnej popielniczce z ciemnego szkĹa.
- Pewnie Loch. Przynajmniej znasz miejsce, chociaĹź bÄdziesz zaskoczona. Ten lokal bardzo siÄ zmieniĹ, odkÄd ostatni raz tam byĹaĹ.
]]></description><pubDate>Tue, 30 Jun 2009 05:56:07 +0200</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1870481,link.html</guid></item><item><title>2009-06-24 1:07</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1866010,link.html</link><description><![CDATA[<b>ZAGADKI I WYJAĹNIENIA</b>

  NadeszĹy czasy wzglÄdnego spokoju. Przez wiele dni nic siÄ nie dziaĹo. Nikt nie wzywaĹ Sary i nie wymyĹlaĹ jej  nowych zadaĹ. "Nikt" rĂłwnieĹź przestaĹ dzwoniÄ, pytaÄ, jak siÄ czuje, zupeĹnie, jakby unikaĹ jej po tamtym... zdarzeniu. CzyĹźby mÄczyĹo go poczucie winy? Sara na prĂłĹźno usiĹowaĹa zrozumieÄ taki punkt widzenia. PrzecieĹź, myĹlaĹa z goryczÄ, nie byĹo w tym nic zĹego! ChociaĹź byĹa jeszcze sprawa tamtej kobiety. Mark raz juĹź zawiĂłdĹ... a los nie pozwoliĹ mu zapomnieÄ o tym, zsyĹajÄc SarÄ. Jedno spojrzenie na niÄ wystarczaĹo, by przywoĹaÄ przeszĹoĹÄ. Dlaczego to musiaĹo spotkaÄ akurat jÄ?!
  TÄskniĹa. Czasem ĹapaĹa siÄ na tym, Ĺźe przewraca siÄ w ĹĂłĹźku niespokojnie, rozmyĹlajÄc aĹź do bĂłlu gĹowy, aĹź do momentu, w ktĂłrym ciepĹe Ĺzy spĹywaĹy z jej otwartych, wpatrzonych w sufit oczu. NiezrĂłwnanÄ pociechÄ byĹ dla niej w owe noce Gabriel, ktĂłry, wyczuwajÄc jej smutek, bÄdĹş sĹyszÄc jego efekty, przychodziĹ do sypialni i kĹadĹ siÄ koĹo niej, przytulajÄc jÄ i gĹaszczÄc po wĹosach. WiedziaĹa, Ĺźe za ktĂłrymĹ razem pocieszanie to pĂłjdzie dalej niĹź zwykle. MiaĹa racjÄ. Nie wahaĹa siÄ ani chwili, kiedy Gabriel wyciÄgnÄĹ po niÄ rÄce. Wszak to byĹo coĹ zupeĹnie innego. NiegroĹşnego, a zarazem absolutnie zrozumiaĹego i oczywistego. Ĺťadne nie chciaĹo od drugiego niczego, ponad przyjacielskie, rozkoszne, wzajemne pocieszanie. PrzyniosĹo im niezrĂłwnane ukojenie, choÄ nie usunÄĹo tÄsknoty z serca GnatoĹźujki.
  Nie bÄdziesz ĹÄczyĹ siÄ w parÄ z innym Garou...
  KtĂłry aspekt przykazanie miaĹo na myĹli? NajwiÄkszym problemem "ĹÄczenia siÄ w parÄ" jest upoĹledzone potomstwo. ChociaĹź nie zawsze dotkliwie, sÄdzÄc po mĹodym Eisnerze. KiedyĹ seks bardziej bezpoĹrednio wiÄzaĹ siÄ z rozmnaĹźaniem.
  Teraz juĹź nie. Teraz mamy inne czasy, buntowniczo myĹlaĹa Sara, opierajÄc gĹowÄ na ramieniu ĹpiÄcego obok niej Gabriela. Tym bardziej nie powinna siÄ przejmowaÄ. Wszak ten zĹotowĹosy anioĹ, leĹźÄcy przy jej boku jest Metysem. Nie posiada zdolnoĹci rozrodczych... wiÄc wszystko jest chyba w porzÄdku?
  Dni mijaĹy jej leniwie.
  Czasem Fionn i Donall wyciÄgali jÄ, Ĺźeby poÄwiczyĹa strzelanie. WiedziaĹa, Ĺźe niedĹugo bÄdzie musiaĹa stawiÄ czoĹo waĹźnemu sprawdzianowi - RytuaĹowi PrzejĹcia. Tym bardziej smuciĹ jÄ fakt, Ĺźe jej nauczyciel stara siÄ jej unikaÄ.
  SpÄdzaĹa teĹź sporo czasu w towarzystwie Ilji. CzÄsto wyciÄgaĹa go z pracowni i wĹĂłczyĹa po caĹym mieĹcie. ÄwiczyĹa rĂłwnieĹź dawno nie uĹźywany jÄzyk rosyjski.
- Masz doskonaĹy akcent - stwierdziĹ Galliard z uznaniem - jak rodowita Rosjanka.
  Sara zaczerwieniĹa siÄ z zadowolenia.
- Kto wie - powiedziaĹa - moĹźe jestem niÄ. W koĹcu nikt nie zna moich prawdziwych rodzicĂłw.
- Fakt - pokiwaĹ gĹowÄ - a tak w ogĂłle to chodĹşmy do mnie. ChcÄ ci coĹ pokazaÄ.
  Pojechali na KoszykowÄ, do podwĂłjnego magazynu, sĹuĹźÄcemu Ilji za dom. Sara za kaĹźdym razem, widzÄc go, nie mogĹa wyjĹÄ z podziwu.
- To w ogĂłle nie wyglÄda jak coĹ, w czym moĹźna mieszkaÄ - oznajmiĹa, marszczÄc nos, gdy Galliard otwieraĹ bramÄ.
- Wiem. Dlatego wĹaĹnie tu mieszkam. Poza tym to jedyne miejsce, w ktĂłrym mam wystarczajÄco duĹźo miejsca dla siebie i moich prac.
- O samochodach i motocyklu nie wspominajÄc - dodaĹa Sara, idÄc szybkim krokiem w kierunku wejĹcia do prawej hali.
  Ilja miaĹ sĹaboĹÄ do przestarzaĹych nieco, eleganckich samochodĂłw. Szybko okazaĹo siÄ, w co zresztÄ Sara ani przez chwilÄ nie wÄtpiĹa, Ĺźe jest obrzydliwie bogaty, wiÄc moĹźe sobie pozwoliÄ na fanaberie tego typu. W garaĹźu, na parterze jednej z hal trzymaĹ trzy auta i wielkiego, lĹniÄcego Harleya Davidsona.
- Wydaje mi siÄ, Ĺźe powinieneĹ zatrudniaÄ szofera. I lokaja - GnatoĹźujka weszĹa do duĹźej, towarowej windy. Ilja zasunÄĹ za nimi okratowane drzwi i wcisnÄĹ toporny, czerwony przycisk. Winda zgrzytajÄc i trzeszczÄc ruszyĹa niespiesznie do gĂłry.
- Kiedy trzeba sam sobie jestem tak szoferem jak i lokajem. LubiÄ spokĂłj i prywatnoĹÄ - oĹwiadczyĹ.
- Taaa, wiem. Co chcesz mi pokazaÄ? - zaciekawiĹa siÄ.
- Zobaczysz. To niespodzianka.
  Winda zatrzymaĹa siÄ, jÄknÄĹa odsuwana krata. ZnaleĹşli siÄ w mieszkaniu Ilji, peĹnym gustownych mebli i z wiecznie unoszÄcym siÄ w powietrzu, lekkim zapachem rozpuszczalnika.
- ChodĹş - Srebrny KieĹ otworzyĹ drzwi do pracowni i zaprosiĹ SarÄ gestem, by weszĹa pierwsza.
  Nic siÄ tu nie zmieniĹo. Pomieszczenie nadal peĹne byĹo przykrytych biaĹÄ materiÄ ksztaĹtĂłw.
- SkoĹczyĹem kamieĹ - Ilja zdjÄĹ pĹĂłtno z niskiego, okrÄgĹego przedmiotu w kÄcie. Oczom Sary ukazaĹ siÄ kamieĹ, ktĂłrym artysta zajmowaĹ siÄ, kiedy przyszĹa tu po raz pierwszy. CaĹy pokryty byĹ wypukĹymi, skomplikowanymi wzorami.
- Hmmm... piÄkne. NaprawdÄ, nie wiem, jak to robisz... na pewno szybko.
- Masz chyba racjÄ, ale to nie dla kamienia ciÄ tu ciÄgnÄĹem. Popatrz.
  PodszedĹ do wysokiego, podĹuĹźnego ksztaĹtu, wokĂłĹ ktĂłrego na podĹodze peĹno byĹo migoczÄcych okruchĂłw,  szarawego pyĹu i porozrzucanych narzÄdzi.
- Jeszcze nie skoĹczyĹem - usprawiedliwiĹ siÄ, siÄgajÄc do materiaĹu - pracowaĹem nad tym dziĹ, kiedy zadzwoniĹaĹ. MyĹlÄ jednak, Ĺźe niedĹugo powinienem siÄ z tym uporaÄ.
  BiaĹa pĹachta opadĹa na ziemiÄ.
  Sara wstrzymaĹa oddech.
  Z nogami i rÄkami ciÄgle jeszcze uwiÄzionymi w bryle czarnego, prÄĹźkowanego szaro marmuru, przegiÄta do tyĹu w tanecznej pozie, naturalnego wzrostu i z kaĹźdym detalem oddanym wiernie, jak na gipsowym odlewie, staĹa jej kopia, jej siostra bliĹşniaczka, jej klon, poĹyskliwy i czarnoskĂłry.
- O boĹźe - szepnÄĹa. WyciÄgnÄĹa rÄkÄ i dotknÄĹa twarzy rzeĹşby. GĹadka, piÄknie wypolerowana i doskonale podobna. Sara czuĹa, jakby patrzyĹa w przedziwne, ciemne lustro. KaĹźdy kÄdzior jej wĹosĂłw, kaĹźda rzÄsa oddane byĹy dokĹadnie i naturalnie. Nawet tatuaĹź - wieniec gaĹÄzek cierniowych otaczajÄcy jej taliÄ i kolczyk, jaki nosiĹa w pÄpku.
- Ilja - rzekĹa powoli - jesteĹ pieprzonym geniuszem... ale powiedz mi... skÄd do cholery wiesz, jak wyglÄdam nago?!
  Muromiec przymruĹźyĹ oko i podrapaĹ siÄ niezrÄcznie w tyĹ gĹowy. 
- CĂłĹź... nie da siÄ ukryÄ, Saro, Ĺźe taĹczyĹaĹ przez jakiĹ czas w klubie Loch, gdzie, publicznie i zgodnie z wykonywanym zajÄciem, pozbywaĹaĹ siÄ caĹej odzieĹźy.
- Fakt ... ale... czekaj! Jakim cudem nigdy ciÄ nie zauwaĹźyĹam! Nie byĹoby szans, ĹźebyĹ umknÄĹ mojej uwadze! ZnaĹam tam z twarzy kaĹźdego smÄtnego biznesmena! Jak miaĹabym nie dostrzec ciebie?!
- Nie mogĹabyĹ, jak sÄdzÄ... chyba, Ĺźe miaĹbym tĹum, z ktĂłrym mĂłgĹbym siÄ stopiÄ.
Sara pokiwaĹa gĹowÄ z politowaniem.
- Tak, tak! W Lochu? Nie byĹo tam nigdy takiego tĹumu, w ktĂłrym mĂłgĹbyĹ siÄ... och... - urwaĹa i wlepiĹa w IljÄ oczy.
- Co? - spytaĹ niewinnie.
- Ale... jak to? Co ty tam robiĹeĹ... w towarzystwie... to znaczy... jakiĹ czas nawet wyglÄdaĹeĹ mi na jednego z nich, nawet nie od razu uwierzyĹam ci w tego Srebrnego KĹa, ale... potem ĹaziliĹmy razem po dworze, w peĹnym Ĺwietle... wiÄc...jak?! - GnatoĹźujka szybko ĹykaĹa powietrze.
- Wiesz... zawsze mogÄ byÄ ich ghulem, nieprawdaĹź? - stwierdziĹ z lekkim uĹmiechem, czajÄcym siÄ w kÄcikach ust.
  Sara zwalczyĹa strach. CzyĹźby znowu daĹa siÄ komuĹ podejĹÄ?
- UspokojÄ ciÄ, maĹa. Jestem tym, za kogo siÄ podajÄ, oczywiĹcie. MogÄ nawet zaprezentowaÄ ci siÄ w innej formie. Poza tym moje prace ilustrujÄce umbralne KrĂłlestwa... wampiry nie majÄ do nich dostÄpu. To znaczy do KrĂłlestw. Nie mogÄ ich znaÄ.
- Ech... nie strasz mnie... mam dziury w edukacji, Ĺatwo mnie nabraÄ... nawet nie wiem, co to sÄ ghule. Te takie od zjadania trupĂłw? - zainteresowaĹa siÄ, rzucajÄc swojej marmurowej podobiĹşnie ostatnie spojrzenie i kierujÄc siÄ w stronÄ salonu, Ĺźeby z wraĹźenia zapaliÄ.
- Nie, nie o tych mowa - Ilja narzuciĹ ponownie pĹĂłtno na rzeĹşbÄ i ruszyĹ w Ĺlad za dziewczynÄ - wampirze ghule to sĹudzy i obroĹcy. PijÄ co jakiĹ czas krew swoich panĂłw, zachowujÄ mĹodoĹÄ, zyskujÄ nieco z ich nadprzyrodzonej mocy, ale nie sÄ wampirami. Nie bojÄ siÄ sĹoĹca. Nie pijÄ krwi ludzkiej, normalnie jedzÄ i  normalnie moĹźna ich zabiÄ.
- A wampira nie?
- No... z wampirem jest nieco trudniej. CzerpiÄ siĹÄ i witalnoĹÄ z krwi, ktĂłrÄ spoĹźywajÄ. W koĹcu to nieĹmiertelne istoty nadnaturalne, czyĹź nie?
- Tak... w sumie... skÄd mam tak naprawdÄ wiedzieÄ. Nie mam zbyt dobrych skojarzeĹ, jeĹli o nich chodzi. Co robiĹeĹ z nimi w Lochu? - oskarĹźycielskim gestem wycelowaĹa palec w pierĹ Ilji.
- ProwadzÄ z nimi interesy. Oni sÄ w duĹźej mierze koneserami sztuki. Ja jestem artystÄ. Czasem dostajÄ od nich zamĂłwienia, a wierz mi, pĹacÄ znakomicie. Poza tym istnieje swojego rodzaju zawieszenie broni miÄdzy nami a nimi. Trzeba jakoĹ ĹźyÄ... lub, w ich przypadku, nie ĹźyÄ - Muromiec rozeĹmiaĹ siÄ pod nosem.
  Sara zmarszczyĹa brwi. Nie byĹo jej szczegĂłlnie do Ĺmiechu.
- Dziwne to. Zaczynam wierzyÄ, Ĺźe naprawdÄ ciÄgle nic nie wiem.
- Masz jeszcze czas, rudzielcu. I zapal wreszcie, bo zaraz zatĹamsisz tego fajka na ĹmierÄ.

  WychodzÄc od Ilji, jak zwykle, pĂłĹşnym wieczorem, Sara ponownie natknÄĹa siÄ na mÄĹźczyznÄ z runÄ na plecach. Tak samo, jak ostatnim razem, minÄĹ jÄ obojÄtnie i zatrzymaĹ siÄ przy bramie. Sara przygryzĹa wargi. Dziwne. BÄdzie musiaĹa zapytaÄ IljÄ o tego goĹcia.
  SzĹa wzdĹuĹź muru szybkim krokiem. ByĹo zimno, a ona, nieszczÄsna, zapomniaĹa rÄkawiczek. Palce marzĹy jej niemiĹosiernie, usiĹowaĹa wiÄc schowaÄ je w obszernych rÄkawach pĹaszcza.
  Nagle poczuĹa na sobie czyjeĹ spojrzenie. Odruchowo odwrĂłciĹa siÄ w stronÄ bramy Ilji, ale mÄĹźczyzny z thurisaz na kurtce juĹź nie byĹo. WszedĹ najwidoczniej do Ĺrodka. Jednak wraĹźenie bycia obserwowanÄ pozostaĹo. Nerwowo rozejrzaĹa siÄ dookoĹa.
  Naraz, kÄtem oka dostrzegĹa jakiĹ ruch po drugiej stronie ulicy. SpojrzaĹa szybko w tamtÄ stronÄ.
  Chodnikiem szĹo kilku, owiniÄtych w ciepĹe ubrania przechodniĂłw. ObojÄtnie mijali niewielkÄ wnÄkÄ w ciemnej, odrapanej Ĺcianie budynku. We wnÄce zaĹ, niczym dziewczynka z zapaĹkami, staĹa kilkunastoletnia blondynka w letniej, staroĹwieckiej sukience do kolan, w pĂłĹbucikach na paseczki i biaĹych skarpetkach. PrzyglÄdaĹa siÄ Sarze z zainteresowaniem na dzieciÄco okrÄgĹej, raczej sympatycznej buzi. 
  GnatoĹźujka przystanÄĹa, zdezorientowana. Ĺťaden z mijajÄcych dziewczynkÄ ludzi nie zwrĂłciĹ na niÄ najmniejszej uwagi. A przecieĹź byĹ grudzieĹ, a ona miaĹa na sobie jedynie lekkÄ sukienkÄ. Sara zamrugaĹa oczami, krÄcÄc gĹowÄ. Kiedy zaĹ ponownie spojrzaĹa ku wnÄce, dziewczynki juĹź nie byĹo.
  ChwilÄ staĹa w miejscu niezdecydowanie.
- Czy ja wariujÄ? - szepnÄĹa, po czym, dla dodania sobie otuchy, wyciÄgnÄĹa z paczki kolejnego papierosa.

  Iza zadzwoniĹa do Sary nastÄpnego dnia i znudzonym gĹosem oznajmiĹa, Ĺźe Ĺźyczy sobie iĹÄ na piwo.
- Nie masz lepszych pomysĹĂłw - ofuknÄĹa jÄ GnatoĹźujka.
- Nie mam ani dobrych pomysĹĂłw, ani rozrywki, o facecie nie wspominajÄc. 
- Facet? Po co ci facet? Faceci to palanty - orzekĹa Sara nie znoszÄcym sprzeciwu, peĹnym pogardy tonem.
- A ty co? CiÄgle przeĹźywasz tego O'Seadh?
- Tak, odczep siÄ z Ĺaski swojej.
- Nie zĹoĹÄ siÄ. Obie jesteĹmy w podobnej sytuacji. ChodĹş, upijemy siÄ, zalejemy smuta - w gĹosie przyjaciĂłĹki Sara usĹyszaĹa nuty wspĂłĹczucia. Serce jej odtajaĹo.
- Dobrze. ChodĹşmy wiÄc. ZabiorÄ ciÄ do Cork Irish Pub - rzekĹa, udobruchana.
- Tak? Ĺťeby wszystko znowu kojarzyĹo ci siÄ z tymi cholernymi Irolami? - ofuknÄĹa jÄ Iza bezlitoĹnie.
- Nie, to nie o to chodzi... lubiÄ tam byÄ. Mark nieczÄsto siÄ tam pojawia, poza tym chcÄ ciÄ z kimĹ poznaÄ - wyjaĹniĹa Sara, w ktĂłrej gĹowie juĹź zaczÄĹ rysowaÄ siÄ przebiegĹy plan.
- O - zaciekawiĹa siÄ Iza - z kim takim?
- Zobaczysz. BÄdĹş u mnie o siĂłdmej. I odstaw siÄ, z Ĺaski swojej.
  OdĹoĹźyĹa sĹuchawkÄ i oddaĹa siÄ snuciu perfidnych zamysĹĂłw z IzabelÄ i Conallem w rolach gĹĂłwnych.
  
  Sara nie przypuszczaĹa, Ĺźe naprÄdce skonstruowany plan wypali tak znakomicie. Iza zakochaĹa siÄ w Conallu natychmiast, od pierwszej chwili i ĹwieciĹa tym na caĹÄ knajpÄ. Conall, ciÄgle jeszcze rzucajÄcy peĹne wyrzutu spojrzenia Sarze, byĹ nieco bardziej powĹciÄgliwy w okazywaniu zainteresowania. W koĹcu jednak daĹ siÄ pochĹonÄÄ rozmowie z uroczÄ, wpatrzonÄ w niego jak w obrazek blondynkÄ.  Nie minÄĹy trzy godziny, a Sara byĹa absolutnie pewna, Ĺźe barman spÄdzi tÄ noc z dala od wĹasnego ĹĂłĹźka. UĹmiechaĹa siÄ pod nosem, zadowolona z takiego obrotu sprawy. "MieliĹmy trzy nieszczÄĹliwe osoby, pomyĹlaĹa, zostaĹa juĹź tylko jedna. No i Mark. Gdziekolwiek jest."
  KorzystajÄc z faktu, Ĺźe Iza wisiaĹa na barze, zabawiajÄc Conalla, Sara przechyliĹa siÄ przez stolik, ktĂłry dzieliĹa z Fionnem i Donallem.
- Gdzie jest nasz nieoceniony O'Seadh? - szepnÄĹa.
- No... u siebie - odparĹ Donall, ze zdziwionÄ minÄ.
- To znaczy gdzie? - zapytaĹa z nadziejÄ.
- Na zapleczu. W swoim pokoju. Jak coĹ od niego chcesz, to idĹş, nie powinnaĹ mieÄ kĹopotĂłw, Ĺźeby siÄ tam dostaÄ - stwierdziĹ Fionn tajemniczo.
  PokĂłj na zapleczu? Dziwne. Sara nigdy dotÄd o nim nie sĹyszaĹa. To znaczy oczywiĹcie, podejrzewaĹa, Ĺźe na zapleczu trzymajÄ beczki piwa, butelki z alkoholem, jedzenie... ale Ĺźeby przesiadywaĹ tam Mark?
  WĹliznÄĹa siÄ za bar, kompletnie zignorowana przez IzÄ i Conalla. Sean kiwnÄ jej gĹowÄ porozumiewawczo, kiedy siÄgnÄĹa do klamki. Kurde, wszyscy o wszystkim wiedzieli, tylko ona, jak zwykle, byĹa informowana ostatnia.
  Drzwi uchyliĹy siÄ bezdĹşwiÄcznie. PrzekraczajÄc prĂłg, Sara odniosĹa wraĹźenie, jakby wchodziĹa nie tylko do innego pomieszczenia, ale teĹź... 
  Hmmm... osobliwe...
  ZnalazĹa siÄ w niewielkim pokoju, na Ĺrodku ktĂłrego staĹ okrÄgĹy, drewniany stĂłĹ i kilka krzeseĹ. Pod jednÄ z szarawych Ĺcian leĹźaĹ gruby materac, na ktĂłrym, szczelnie owiniÄty w miÄkki, kraciasty koc, spaĹ Mark O'Seadh.
  Sara podeszĹa do niego na palcach i przykucnÄĹa. StojÄca na stole, biurowa lampa, oĹwietlaĹa pokĂłj  ciemnym, ĹźĂłĹtawym blaskiem. Blask ten kĹadĹ siÄ miÄkko na twarzy Teurga, ĹagodzÄc jego rysy i nadajÄc lekko zgorzkniaĹej twarzy wyrazu niespodziewanej sĹodyczy. Taki wyraz widziaĹa Sara u niego tylko raz, kiedy ukĹadaĹ jÄ na ĹĂłĹźku i pochylaĹ siÄ nad niÄ w pomaraĹczowym pĂłĹmroku jej pokoju.
  WyciÄgnÄĹa rÄkÄ i dotknÄĹa jego policzka, przysypanego kilkudniowym zarostem. 
- Mark - powiedziaĹa cicho.
  ObudziĹ siÄ. SpojrzaĹ na niÄ trochÄ nieprzytomnie.
- Sara. CoĹ siÄ staĹo? 
- Nie - uĹmiechnÄĹa siÄ - przyszĹam ciÄ zobaczyÄ. Dawno siÄ nie odzywaĹeĹ. Ĺadnie siÄ tu urzÄdziĹeĹ.
  PrzeciÄgnÄĹ siÄ, leĹźÄc ciÄgle pod kocem. 
- Prawda? To mĂłj maĹy zakÄtek umbralny. Nie kaĹźdy moĹźe tu wejĹÄ. 
- Tak myĹlaĹam, Ĺźe to Umbra. Specyficzne wraĹźenie przy wchodzeniu.
- No patrz, a jednak siÄ czegoĹ nauczyĹaĹ.  I nie kucaj tak, bo ci nogi zdrÄtwiejÄ. UsiÄdĹş - Teurg ujÄĹ jÄ za rÄkÄ i przyciÄgnÄĹ do siebie. UĹoĹźyĹa siÄ obok niego, na wpĂłĹ leĹźÄc.
- WĹaĹciwie chciaĹam ci powiedzieÄ, Ĺźe poznaĹam nowego Garou - powiedziaĹa, delikatnie gĹaszczÄc jego ramiÄ.
- Tak? Kogo?
- Galliarda ze Srebrnych KĹĂłw. Nazywa siÄ Ilja Muromiec.
  Mark uĹmiechnÄĹ siÄ. 
- Tak, Ilja jest w mieĹcie duĹźo dĹuĹźej niĹź ja. SĹyszaĹem o nim.
- Ĺwietny artysta. WyrzeĹşbiĹ mnie w czarnym marmurze - pochwaliĹa siÄ gĹosem napÄczniaĹym z dumy.
  O'Seadh skinÄĹ gĹowÄ kilkakrotnie, patrzÄc dziewczynie prosto w oczy.
- JesteĹ tego warta - rzekĹ cicho. 
  Sara utkwiĹa wzrok w kocu, po czym przechyliĹa siÄ do przodu i szybko pocaĹowaĹa Teurga. OdsunÄĹa siÄ, zanim zdÄĹźyĹ zareagowaÄ i natychmiast zaczÄĹa mĂłwiÄ.
- Chyba udaĹo mi siÄ zeswataÄ Conalla i IzÄ. Bardzo przypadli sobie do gustu. To dobrze, bo Iza zaczÄĹa juĹź narzekaÄ na brak faceta, a Conallowi naleĹźy siÄ coĹ dobrego po tym, jak go potraktowaĹam. Wredna maĹpa ze mnie - wyrzuciĹa jednym ciÄgiem.
- A jak u ciebie? - zapytaĹ Mark po prostu. Wtedy Sara opuĹciĹa wzrok, Ĺźeby nie zdradziÄ zaszklonych nagle oczu.
- Po staremu.
- Przepraszam, Ĺźe siÄ nie odzywam, nie dzwoniÄ, ale jestem trochÄ zajÄty. No i...
  O, BoĹźe... teraz siÄ przyzna...
- No i wstyd mi za tamto.
  PrzyznaĹ siÄ.
- ĹťaĹujesz? - Sara podniosĹa spojrzenie, uspokojona, zobojÄtniaĹa i jak gdyby opustoszaĹa.
- SĹucham? Nie! W Ĺźadnym wypadku. Ale...
- Ale to nie powinno siÄ zdarzyÄ juĹź nigdy, prawda? To chciaĹeĹ powiedzieÄ?
  Sara opanowaĹa zimny dreszcz wÄdrujÄcy wzdĹuĹź krÄgosĹupa. Nagle zrobiĹo siÄ jej wszystko jedno. Mark nie odzywaĹ siÄ do niej, bo byĹo mu gĹupio. Nie potrafiĹ wziÄÄ odpowiedzialnoĹci za wĹasne czyny. GĹupio? Co to w ogĂłle znaczy: "gĹupio"?
  Z niewiadomych przyczyn poczuĹa niechÄÄ do romansowania z Markiem. ZostawiĹ jÄ z jej nadziejami i smutkiem, bo byĹo mu gĹupio.
- Nie powinno. Ale widujÄc siÄ z tobÄ nie mogÄ zagwarantowaÄ, Ĺźe siÄ nie zdarzy - rzekĹ smÄtnie.
  I jeszcze nie jest wystarczajÄco silny, Ĺźeby panowaÄ nad sobÄ! 
- Nie zdarzy siÄ. ObiecujÄ. Cokolwiek by siÄ nie dziaĹo, bez wzglÄdu na to, jak mocno byĹmy mieli ochotÄ, nie zdarzy siÄ - jej gĹos byĹ zimny i tak ostry, Ĺźe przecinaĹ miÄkkÄ ciszÄ pokoju, niczym nĂłĹź.
  WstaĹa.
  Mark chwyciĹ jÄ za rÄkÄ.
- Saro... nie wĹciekaj siÄ... nie mĂłw w ten sposĂłb - poprosiĹ. W jego oczach GnatoĹźujka dostrzegĹa smutek, troskÄ i zawĂłd. ZraniĹa go.
- A jak mam mĂłwiÄ? Co mam mĂłwiÄ? Kocham ciÄ, a ty zostawiĹeĹ mnie z tym wszystkim i zaszyĹeĹ siÄ w bezpiecznym miejscu... to nie byĹo zbyt odwaĹźne! ByĹo mi Ĺşle, wyĹam nocami, czekaĹam... ani sĹowa od ciebie. Tylko kilka informacji, Ĺźe Fionn, Ĺźe Donall, Ĺźe strzelnica i tyle.
  WyrwaĹa mu rÄkÄ i ruszyĹa w stronÄ drzwi.
- Przepraszam! Przykro mi, wiem, co siÄ z tobÄ dzieje, ale uwierz mi. Nie mogĹem! SprĂłbuj popatrzeÄ na to z mojej perspektywy! Nie ĹźÄdaj ode mnie niemoĹźliwego!
  ZatrzymaĹa siÄ.
- Czyli przeleciaĹeĹ mnie i tyle. Na tym koniec. Tak?
- Sara! Po pierwsze, wiem, Ĺźe nie powinienem tego mĂłwiÄ, ale nalegaĹaĹ. A inicjatywa w... tamtej sprawie byĹa w duĹźej mierze twoja. Po drugie, nie jestem z kamienia. Po trzecie, bardzo, kurwa, ĹźaĹujÄ, Ĺźe nie jestem.
  ZamilkĹ. PoĹoĹźyĹ siÄ na wznak i wsunÄĹ rÄce pod gĹowÄ. WbiĹ wzrok w sufit, peĹen dziwacznych cieni i ciemnych zaciekĂłw. Sara zastanawiaĹa siÄ przez chwilÄ nad tym, co powiedziaĹ.
  Powoli docieraĹo do niej, jak niesprawiedliwa byĹa wobec niego. NalegaĹa, fakt. OdsuwaĹ jÄ od siebie, ile mĂłgĹ, ale sama siÄ pchaĹa, niczym Äma w ogieĹ. A potem - jak miaĹ jÄ odepchnÄÄ? JÄ, nowe wcielenie jego dawnej miĹoĹci? A z drugiej strony jak mĂłgĹby zostaÄ przy niej, wciÄĹź majÄc w pamiÄci skutki zĹamania przykazania jeszcze na Zielonej Wyspie.
  Tamta dziewczyna umarĹa, dziecko, o ile nie zostaĹo zabite, oddano do innego plemienia, a Marka wygnano.
  Fianna szczegĂłlnie nie lubili MetysĂłw, pochodzili przecieĹź od ludu, ktĂłry kaĹźdÄ fizycznÄ skazÄ uwaĹźaĹ za przejaw zĹa, wiÄc na swych krĂłlĂłw obieraĹ mÄĹźczyzn nieskazitelnych tak na ciele, jak i umyĹle. W podĹwiadomoĹci Fianna zakorzeniona byĹa nienawiĹÄ do MetysĂłw, jako istot skaĹźonych zĹem Ĺťmija.  Z drugiej zaĹ strony wyjÄtkowo Ĺatwo dawali siÄ ponieĹÄ emocjom i ĹźÄdzom. DuĹźo pracy wymagaĹo od nich powĹciÄgniÄcie takich zapÄdĂłw. KaĹźdy musiaĹ nad sobÄ pracowaÄ. WiÄc jeĹli komuĹ siÄ nie udaĹo, znaczyĹo to tyle mniej wiÄcej, Ĺźe byĹ zbyt sĹaby, czyli - skaĹźony. Przynajmniej tak Sara rozumiaĹa informacje, jakie w tej kwestii udaĹo jej siÄ zdobyÄ. MiaĹa jednak rĂłwnieĹź podejrzenie, Ĺźe wiele rzeczy wiÄzaĹo siÄ z pewnym zakĹamaniem. Nie wierzyĹa, Ĺźe Fianna, tak przywiÄzani do przyjemnoĹci ciaĹa,  nie Ĺamali pierwszego prawa Litanii rĂłwnie Ĺatwo, co inni, a nawet Ĺatwiej (o ile o "ĹatwoĹci" w ogĂłle moĹźna tu byĹo mĂłwiÄ). Po prostu dbali o siebie i o pozory. Wszyscy chyba dbali o pozory.
  ZmarszczyĹa brwi. To przerastaĹo jÄ trochÄ. MiaĹa proste spojrzenie na tÄ kwestiÄ i usilne udziwnianie i utrudnianie sprawy, przeraĹźaĹo jÄ.
- Rozumiem ciÄ, Mark - powiedziaĹa wreszcie - przepraszam. ByĹam podĹa.
  OdwrĂłciĹ gĹowÄ w jej stronÄ i uĹmiechnÄĹ siÄ delikatnie. Jego surowÄ twarz zalaĹo niespotykane ĹwiatĹo, wypĹywajÄce z tego uĹmiechu. Tak, nie na darmo nosiĹ imiÄ Trzy-UĹmiechy. ByĹ uĹmiech kpiÄcy, byĹ uĹmiech nie zapowiadajÄcy niczego dobrego. I byĹ jeszcze ten trzeci uĹmiech. Sara z trudem powstrzymaĹa Ĺzy. 
Mark. Taki piÄkny. MÄdry tym rodzajem po czÄĹci melancholijnej, po czÄĹci bezwzglÄdnej mÄdroĹci wynikajÄcej z doĹwiadczenia. Dlaczego nie mogĹa wziÄÄ go za rÄkÄ i pomĂłc mu w jego smutku? Dlaczego nie mogĹa zostaÄ przy nim?
- Ale z tÄ parszywÄ miĹoĹciÄ nie bÄdzie Ĺatwo mi sobie poradziÄ. ObiecujÄ jednak: postaram siÄ.
- MyĹlisz - rzekĹ siadajÄc z powrotem na materacu - Ĺźe jesteĹ w tym problemie osamotniona?
- Nie wiem - pokrÄciĹa gĹowÄ smutno - ale oczywiste jest dla mnie, Ĺźe jeĹli coĹ faktycznie we mnie kochasz... to jÄ.
  Szybko wyszĹa i cicho zamknÄĹa za sobÄ drzwi. Nie chciaĹa wiedzieÄ, co odpowie, baĹa siÄ usĹyszeÄ zarĂłwno potwierdzenie, jak zaprzeczenie.
  ByĹo jej przeraĹşliwie smutno. 
  Cicho, na palcach, wyĹliznÄĹa siÄ z pubu i, zakĹadajÄc pĹaszcz, wyszĹa na mroĹşne, wczesnozimowe powietrze.

]]></description><pubDate>Wed, 24 Jun 2009 01:07:12 +0200</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1866010,link.html</guid></item><item><title>2009-06-17 23:09</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1861082,link.html</link><description><![CDATA[<b>TEN-KTĂRY-OĹťYWIA-KAMIENIE-I-PYĹ</b>

  Kolejne drzwi.  
  Sara odgarnÄĹa lekko wilgotny lok z rozgorÄczkowanego czoĹa i nacisnÄĹa klamkÄ, prĂłbujÄc psychicznie przygotowaÄ siÄ na nastÄpnÄ ekspozycjÄ. Jasne ĹwiatĹo uderzyĹo w jej zmÄczone oczy, wiÄc przymruĹźyĹa je instynktownie. 
  ZnajdowaĹa siÄ w sporym pomieszczeniu, peĹnym rozmaitych, biaĹych ksztaĹtĂłw. Po chwili zorientowaĹa siÄ, Ĺźe sÄ to przedmioty poprzykrywane czymĹ w rodzaju przeĹcieradeĹ. Potem do jej uszu dotarĹ odgĹos dziwnych, nieregularnych uderzeĹ, jakby ktoĹ opukiwaĹ ĹcianÄ czubkiem noĹźa.
  Dopiero, kiedy zamknÄĹa za sobÄ drzwi i postÄpiĹa kilka krokĂłw naprzĂłd, zrozumiaĹa, Ĺźe oto szalona wycieczka przez KrainÄ CzarĂłw dobiegĹa koĹca. ByĹa w pracowni artystycznej. Teraz powinien wreszcie  pojawiÄ siÄ BiaĹy KrĂłlik.
  RuszyĹa niepewnie przez pokĂłj w kierunku ĹşrĂłdĹa dĹşwiÄku, poruszajÄc siÄ niezgrabnie jak po dĹugim Ĺnie i rozglÄdajÄc dookoĹa. Wreszcie uĹmiechnÄĹa siÄ pod nosem. 
- Mamy i BiaĹego KrĂłlika - stwierdziĹa schrypniÄtym gĹosem.
  W kÄcie pracowni, przykucniÄty przed sporÄ bryĹÄ kamienia, z ciemnymi wĹosami spĹywajÄcymi po biaĹym kitlu, pracowaĹ Ilja. Na dĹşwiÄk jej sĹĂłw obejrzaĹ siÄ i uĹmiechnÄĹ, wstajÄc.
- Raczej Szalonego Kapelusznika. - powiedziaĹ, odkĹadajÄc mĹotek i dĹuto -Witaj. Jak ci siÄ podobaĹo?
  UĹmiechnÄĹa siÄ sĹabo.
- Bardzo, choÄ trzeba przyznaÄ, Ĺźe byĹa to doĹÄ wyczerpujÄca rozrywka. Ale, na bogĂłw, musisz byÄ geniuszem! Ĺťaden czĹowiek nie byĹby w stanie przygotowaÄ czegoĹ takiego sam!
  Skromnie opuĹciĹ oczy, podchodzÄc ku niej z wyciÄgniÄtÄ rÄkÄ.
- Ilja Muromiec, Ten-KtĂłry-OĹźywia-Kamienie-I-PyĹ. Galliard ze Srebrnych KĹĂłw.
- Aha - skinÄĹa gĹowÄ Sara, ujmujÄc jego dĹoĹ - to wiele wyjaĹnia. Sara Orzechowska, Ragabash z GnatoĹźui. CiÄgle jeszcze szczeniÄ.
- MiĹo ciÄ poznaÄ... ponownie, Saro. Napijesz siÄ czegoĹ? Martini? 
- Hmmm... - zamyĹliĹa siÄ - po tych wszystkich przeĹźyciach, taka propozycja brzmi jak muzyka dla moich uszu.
- ChodĹş wiÄc - Ilja zdjÄĹ kitel i cisnÄĹ go obok niedokoĹczonej rzeĹşby. Dziewczyna zauwaĹźyĹa, ze jest to duĹźy kamieĹ, przypominajÄcy gĹazy stawiane niegdyĹ na rozdroĹźach, w poĹowie pokryty dziwacznymi, podobnymi do celtyckich wzorami i plÄtaninami cienkich linii. CaĹa zabawa z nimi polegaĹa na tym, Ĺźe nie byĹy wyĹźĹobione. ByĹy wypukĹe.
  Artysta podaĹ Sarze ramiÄ eleganckim gestem i skierowaĹ siÄ ku drzwiom, przeciwlegĹym do tych, ktĂłrymi tu weszĹa. OtworzyĹ je i znaleĹşli siÄ w sporym, ze smakiem urzÄdzonym salonie. PrzewaĹźaĹy tu jasne kolory, nie liczÄc czarnych, skĂłrzanych foteli i kanapy od kompletu. SprzÄty byĹy nowoczesne, lecz nie reprezentowaĹy typowego w takich przypadkach zimnego, skandynawskiego stylu. Wszystko sprawiaĹo wraĹźenie wrÄcz przytulne. StojÄca na szklanym stoliku lampa z abaĹźurem w kolorze owsianki, rzucaĹa przyjemne, nieco przytĹumione ĹwiatĹo.
- RozgoĹÄ siÄ. Zaraz przyniosÄ coĹ do picia - Ilja posadziĹ jÄ na jednym z foteli - i zapal sobie, jeĹli chcesz. GdzieĹ obok ciebie jest popielniczka.
  Sara z ulgÄ siÄgnÄĹa po papierosa i zaciÄgnÄĹa siÄ gĹÄboko dymem.
- Palenie szkodzi. Zaraz sam chÄtnie doĹÄczÄ - uĹmiechnÄĹ siÄ Galliard, wyjmujÄc z barku butelkÄ. PostawiĹ jÄ razem z dwiema niskimi szklankami na stoliku i oddaliĹ siÄ w kierunku aneksu kuchennego, caĹego w chromie, szkle i, na zasadzie interesujÄcego kontrastu, ciemnym drewnie. 
  WrĂłciĹ po chwili z przezroczystÄ miseczkÄ wypeĹnionÄ czÄstkami cytryny. Sara pomyĹlaĹa, Ĺźe wszystko chyba, czego dotknie Ilja, zaczyna wyglÄdaÄ jak dzieĹo sztuki.
- ProszÄ, dla pani. CytrynkÄ? - zapytaĹ nalewajÄc ciemnoczerwony pĹyn do szklanki.
- ChÄtnie. Ech... ta oficjalna forma zaczyna mnie przytĹaczaÄ. Ty zawsze tak?
- Hmmm...? "Tak" to znaczy jak? - spojrzaĹ na niÄ podejrzliwie, wrÄczajÄc jej drinka.
- Tak... no, oficjalnie, jak juĹź rzekĹam.
  RozeĹmiaĹ siÄ.
- Nie wiem. MoĹźe to przypadĹoĹÄ plemienna - wydobyĹ skÄdĹ paczkÄ papierosĂłw i zapaliĹ.
  PokiwaĹa gĹowÄ.
- Tak, sĹyszaĹam coĹ o tym... jej! Nie zwaĹźaj na mnie. Jestem tylko... no... schamiaĹym GnatoĹźujem.
  Brwi Ilji podjechaĹy do gĂłry.
- SchamiaĹym... nie ma co, samokrytyka wkrĂłtce ciÄ poĹźre - zaopiniowaĹ. RozparĹ siÄ w fotelu, zakĹadajÄc ostentacyjnym gestem nogÄ na nogÄ.
- Dobra. Od teraz jestem absolutnie wyluzowany...

  ByĹa juĹź noc, kiedy Sara wyszĹa na ulicÄ. UĹmiechaĹa siÄ. PolubiĹa IljÄ i wstyd jej byĹo trochÄ, Ĺźe miaĹa co do niego jakieĹ wÄtpliwoĹci. CĂłĹź, nie daĹo siÄ jednak ukryÄ, Ĺźe wyglÄdaĹ jak wyglÄdaĹ, a to kojarzyĹo siÄ jej jednoznacznie i, jak do tej pory, niekoniecznie przyjemnie.
  IdÄc niezbyt szybko wzdĹuĹź muru, dostrzegĹa nagle zbliĹźajÄcÄ siÄ z naprzeciwka postaÄ.
  ByĹ to mÄĹźczyzna Ĺredniego wzrostu w skĂłrzanej kurtce. Kiedy mijaĹ SarÄ, dziewczynie udaĹo siÄ dostrzec w przelocie jego twarz o ostrych rysach i nieco zaciÄtym wyrazie. MiaĹ krĂłtkie, sterczÄce, ciemne wĹosy i skupione, lekko przymruĹźone oczy. ObejrzaĹa siÄ za nim.
  Przed bramÄ Ilji mÄĹźczyzna zatrzymaĹ siÄ i nacisnÄĹ guzik domofonu. Na plecach kurtki widniaĹ znak, ktĂłry z niewiadomych przyczyn wydaĹ siÄ GnatoĹźujce znajomy. 
OdwrĂłciĹa siÄ szybko, Ĺźeby nie zorientowaĹ siÄ, Ĺźe patrzyĹa. 
Za sobÄ usĹyszaĹa metaliczne szczÄkniÄcie. Brama otworzyĹa siÄ.
  Kto to mĂłgĹ byÄ? Dziwny facet. Nie bardzo pasowaĹ na znajomego Ilji, chociaĹź pozory mogÄ myliÄ. Jednak ostatniÄ osobÄ, jakiej Sara spodziewaĹa siÄ w towarzystwie artysty, byĹ ponury typ w skĂłrze, bojĂłwkach i wojskowym obuwiu.
  WzruszyĹa ramionami, kierujÄc siÄ w stronÄ metra. Facet jak facet, cĂłĹź zrobiÄ. Ale ten znak na plecach jego kurtki... trzeba bÄdzie poszukaÄ. Dziewczyna miaĹa wraĹźenie, Ĺźe gdzieĹ juĹź go widziaĹa.

  - Czego szukasz? - zapytaĹ Gabriel, zaciekawiony pochylajÄc siÄ nad wspĂłĹlokatorkÄ, niecierpliwie wertujÄcÄ kartki jakiejĹ ksiÄĹźki. MiaĹ na sobie tylko dĹźinsy i kilka sznurĂłw koralikĂłw, otaczajÄcych jego szyjÄ tuĹź nad liniÄ obojczykĂłw. DĹugie, jasne wĹosy swobodnie spadaĹy mu na ramiona i plecy, okalajÄc pogodnÄ twarz niczym zĹota rama. 
  Sara popatrzyĹa na niego i po raz kolejny uderzyĹa jÄ jego uroda. Jak to moĹźliwe, Ĺźeby taki mÄĹźczyzna miaĹ byÄ w jakikolwiek sposĂłb gorszy od innych? Przez caĹy czas, w ciÄgu ktĂłrego dzielili mieszkanie, staraĹa siÄ usilnie dostrzec w nim wady. Owszem, moĹźe nieco zbyt byĹ niepowaĹźny, zbyt lekkomyĹlny, czasem wrÄcz
dziecinny. Ale przecieĹź byĹy to wady, ktĂłre zdarzaĹy siÄ kaĹźdemu. Jej na przykĹad.
  MusiaĹa zatem wierzyÄ na sĹowo Marcie i innym, Ĺźe i na Gabrielu haniebne pochodzenie odcisnÄĹo swoje piÄtno. 
  Ojcem Metysa miaĹ byÄ, legendarny juĹź w spoĹecznoĹci warszawskich wilkoĹakĂłw, Adam Eisner, ĹpiewajÄcy-Ĺmierci, Ahroun z plemienia Dzieci Gai. To on wĹaĹnie towarzyszyĹ Korsarkom w wyprawie do Umbry Getta.  Od Aleksa dowiedziaĹa siÄ, Ĺźe byĹ to doskonaĹy wojownik, mistrz kailindo - sztuki walki, w ktĂłrej zazwyczaj celowaĹo plemiÄ PatrzÄcych W Gwiazdy. Sztuka ta polegaĹa na wewnÄtrznym wyciszeniu, poskromieniu szaĹu i furii, drzemiÄcych w kaĹźdym Garou, zwĹaszcza zaĹ w urodzonych przy peĹni. Nie byĹo to Ĺatwe, wymagaĹo nieskoĹczonej iloĹci opanowania. Sara kilka razy widziaĹa treningi Aleksa, kojarzÄce siÄ jej nieco z Äwiczeniami tai-chi. Bo Aleks rĂłwnieĹź znaĹ kailindo. A ĹpiewajÄcy-Ĺmierci byĹ niegdyĹ jego nauczycielem.
  Nic jednak nie byĹo wiadomo o matce Gabriela. To znaczy Sara nic o niej nie wiedziaĹa. ZastanawiaĹa siÄ, czy nie byĹa niÄ przypadkiem jedna z Czarnych Furii... 
  Kiedy Gabriel pochylaĹ siÄ nad niÄ, uĹmiechniÄty, usiĹowaĹa zgadnÄÄ, do ktĂłrego ze swoich rodzicĂłw mĂłgĹ byÄ podobny. Oboje musieli byÄ przyjemni dla oka, skoro efektem zĹamania przez nich Litanii byĹa istota takiej urody. Sara nie potrafiĹa wyobraziÄ sobie w mĹodym Teurgu jakiejkolwiek skazy. Owszem, Marta wspominaĹa jej o fobii Gabriela, ale czy istniaĹo coĹ jeszcze? GnatoĹźujka musiaĹa siÄ z tym liczyÄ, choÄ jej serce Ĺatwo i chÄtnie idealizowaĹo nowego przyjaciela.
  Teraz uĹmiechnÄĹa siÄ do niego znad ksiÄĹźki i z trudem powstrzymaĹa chÄÄ zatopienia palcĂłw w miÄkkich, jasnozĹotych wĹosach.
- Szukam jednej rzeczy. Chyba runy - pokazaĹa Gabrielowi okĹadkÄ ksiÄĹźki.
- No, jest to ksiÄĹźka o runach niewÄtpliwie - stwierdziĹ, unoszÄc brew - znajdziesz tu gĹĂłwnie runy. Chyba, Ĺźe chodzi ci o coĹ innego. W takim wypadku masz pecha.
- Och... prawie na pewno chodzi mi o runÄ - zniecierpliwiĹa siÄ Sara - widziaĹam jeden taki znak i nie daje mi spokoju... muszÄ wiedzieÄ, co to jest!
  Gabriel z wĹaĹciwym sobie zaangaĹźowaniem wzruszyĹ ramionami i udaĹ siÄ do kuchni - miejsca, w ktĂłrym zawsze i wszÄdzie potrafiĹ siÄ znaleĹşÄ i czuĹ siÄ bezpiecznie.
  Dziewczyna z niezadowoleniem przerzucaĹa strony ksiÄĹźki. Wreszcie  zatrzymaĹa siÄ.
- Mam - oznajmiĹa tryumfalnie - jest. To thurisaz. Ha!
- I na co ci to byĹo? - dobiegajÄcy z kuchni gĹos metysa przepeĹniony byĹ brakiem zrozumienia.
- Na nic. MusiaĹam po prostu zaspokoiÄ swĂłj niezmierzony gĹĂłd wiedzy.
- Chyba, Ĺźe tak. NaleĹniczka?
- Co?
- NaleĹniczka, pytam? ĹwieĹźo usmaĹźone - Gabriel przyniĂłsĹ z kuchni parujÄca patelniÄ, na ktĂłrej rumieniĹ siÄ nieziemsko pachnÄcy naleĹnik - bez farszu, ale i tak polecam.
- Yyyy... czemu ty nie zostaĹeĹ kucharzem, cholera? - spytaĹa z pretensjÄ.
- To kwestia genĂłw - odparĹ obraĹźonym tonem, wracajÄc do kuchni.
]]></description><pubDate>Wed, 17 Jun 2009 23:09:33 +0200</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1861082,link.html</guid></item><item><title>2009-02-24 0:23</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1770278,link.html</link><description><![CDATA[<b>KRĂLESTWA I WIZJE</b>

  - Co to jest? To, co trzymasz? - zapytaĹ Gabriel, ktĂłry z patelniÄ w rÄku wszedĹ wĹaĹnie do pokoju, kiedy Sara wyĹaziĹa spod stoĹu, ĹciskajÄc coĹ w dĹoni.
- Czekaj, jeszcze nie wiem. Zaraz ci powiem - zerknÄĹa na tajemniczy obiekt i brwi podjechaĹy jej wysoko do gĂłry.
- To jest, mĂłj drogi, wizytĂłwka - powiedziaĹa - na ĹmierÄ o niej zapomniaĹam.
- Nie dziwne, skoro caĹy czas leĹźaĹa pod stoĹem - mruknÄĹ Gabriel pod nosem, starannie rozlewajÄc olej po caĹym dnie patelni.
- Nie dostaĹam jej znowu tak dawno - oburzyĹa siÄ Sara - nie leĹźaĹa dĹuĹźej niĹź trzy dni.
- A skÄd jÄ masz?
- DostaĹam od jednego artysty. WyglÄda jakby siÄ urwaĹ z balu dla gotĂłw, ktĂłrzy doszli do wniosku, Ĺźe posiadanie pulsu dawno wyszĹo z mody... 
- MyĹlisz...?
- Niekoniecznie. MoĹźliwe, Ĺźe jest nasz. Albo Krewniak, albo Garou. ChoÄ... nie bardzo wyglÄda. Ale jego grafiki przedstawiaĹy z caĹÄ pewnoĹciÄ UmbrÄ. MuszÄ zbadaÄ tÄ sprawÄ.
- Taa... organoleptycznie... - gĹos Gabriela ociekaĹ ironiÄ.
- Hej! Hej! Bez takich komentarzy, proszÄ uprzejmie! - oburzyĹa siÄ - Nie myĹl, Ĺźe wszystko ci wolno.
- Ty teĹź - odparowaĹ.
- Nie myĹlÄ.
- No, to pilnuj siÄ.
  Sara zaniemĂłwiĹa.
- O co ci chodzi, Gabriel? JesteĹ zazdrosny, czy co?
- To teĹź - przyznaĹ - ale przede wszystkim martwiÄ siÄ o ciebie, ty tÄpa istoto.
  PodeszĹa do niego i otwartÄ dĹoniÄ klepnÄĹa go w czoĹo. CofnÄĹ siÄ gwaĹtownie, rozlewajÄc odrobinÄ oleju na podĹogÄ.
- A to za co? - spytaĹ ĹźaĹosnym gĹosem.
- Za troskÄ. JesteĹ kochany.
- InteresujÄcy sposĂłb na wyraĹźanie wdziÄcznoĹci, muszÄ przyznaÄ - mruknÄĹ odwracajÄc siÄ i kierujÄc w stronÄ kuchni.
  Sara zachichotaĹa.
- A jakiego sposobu siÄ spodziewasz?
- Tego nie mogÄ powiedzieÄ! - zawoĹaĹ przy akompaniamencie trzasku podpalanego gazu - Honor mi zabrania. I dobre wychowanie! 
  Sara, ktĂłra wĹaĹnie otwieraĹa szafÄ, znieruchomiaĹa z uniesionÄ brwiÄ.
- No Ĺadnie. Nie doĹÄ, Ĺźe latasz goĹy po domu, to jeszcze robisz mi aluzje seksualne - powiedziaĹa z niesmakiem.
- Jakie znowu aluzje? - Gabriel wetknÄĹ gĹowÄ do pokoju - GdzieĹźbym ĹmiaĹ. StrĂłj siÄ strĂłj - dodaĹ przyglÄdajÄc siÄ ubraniom, ktĂłre wspĂłĹlokatorka wygarnÄĹa wĹaĹnie z szafy na podĹogÄ - potem mi wszystko opowiesz!

  - To chyba jakiĹ Ĺźart - powiedziaĹa Sara sama do siebie, kiedy dotarĹa pod podany na wizytĂłwce adres - nikt nie moĹźe mieszkaÄ w czymĹ takim!
  StaĹa przed wysokÄ, kutÄ bramÄ, stanowiÄcÄ jedyne wejĹcie w masywnym murze, zwieĹczonym drapieĹźnymi pazurami drutu kolczastego. Z lewej strony u gĂłry, tuĹź przy jednym z potÄĹźnych zawiasĂłw, umieszczono niewielkÄ, ruchomÄ kamerÄ, przyglÄdajÄcÄ siÄ ulicy szklanym okiem obiektywu. ByĹo juĹź prawie caĹkiem ciemno i wiaĹ nieprzyjemny, lodowaty wiatr.
 Sara objÄĹa metalowe, ozdobne prÄty dĹoĹmi i zajrzaĹa na teren. ByĹ pogrÄĹźony w kompletnym mroku, nie paliĹa siÄ tam ani jedna lampa, wiÄc, w bladym blasku ulicznej latarni stojÄcej koĹo bramy, nie daĹo siÄ wiele zauwaĹźyÄ. 
  W cieniu ledwo majaczyĹy dwa podĹuĹźne budynki, przypominajÄce wyglÄdem pobliskÄ halÄ targowÄ na Koszykowej.  Nigdzie nie dostrzegaĹa najmniejszego Ĺladu bytnoĹci ludzkiej. MoĹźe jednak zrezygnowaÄ?
Nie. Skoro juĹź tu przyszĹa, przecieĹź siÄ nie wycofa.
  SpojrzaĹa na umieszczonÄ w murze tablicÄ domofonu. WidniaĹ na niej jeden tylko przycisk. Kimkolwiek byĹ, tajemniczy Ilja Muromiec lubiĹ najwyraĹşniej zagadki i anonimowoĹÄ.
  Sara nacisnÄĹa guzik.
  Nie zabrzmiaĹ Ĺźaden dĹşwiÄk.
  Natomiast zawieszona u gĂłry kamera drgnÄĹa, przesunÄĹa siÄ lekko i skoncentrowaĹa na postaci GnatoĹźujki.
Dziewczyna, chcÄc pokryÄ zmieszanie, uĹmiechnÄĹa siÄ nieszczerze i pomachaĹa rÄkÄ.
  Brama wydaĹa szereg dziwacznych szczÄkniÄÄ i cichych ĹoskotĂłw, okraszonych delikatnym buczeniem maszynerii. Lewe skrzydĹo uchyliĹo siÄ bezgĹoĹnie, na dobrze naoliwionych zawiasach, akurat na tyle, Ĺźeby Sara zdoĹaĹa wejĹÄ do Ĺrodka. Kiedy tylko znalazĹa siÄ za bramÄ, ta zazgrzytaĹa i zamknÄĹa siÄ.
  GnatoĹźujka obejrzaĹa siÄ za siebie i dostrzegĹa ruch mechanicznych zamkĂłw, odgradzajÄcych jÄ wĹaĹnie od wolnoĹci. GĹoĹno przeĹknÄĹa ĹlinÄ. No... to Ĺadnie!
  RozejrzaĹa siÄ. DokÄd teraz? Nigdzie ani Ĺladu Ĺźycia, ani odrobiny ĹwiatĹa. Brak jakiegokolwiek, najmniejszego choÄby znaku.
  RuszyĹa niepewnie w kierunku budynkĂłw, majÄc nadziejÄ, ze coĹ siÄ wydarzy.
  "CoĹ" wydarzyĹo siÄ szybciej nawet, niĹź przypuszczaĹa. 
  Przed niÄ, na Ĺcianie prawej hali rozjarzyĹo siÄ kilka lamp, ujÄtych w aĹźurowe, druciane osĹony. ZdawaĹy siÄ wskazywaÄ jej drogÄ, zapraszaÄ. ChoÄ byĹo to najbardziej upiorne zaproszenie, jakie zdarzyĹo siÄ jej otrzymaÄ.
  Kiedy weszĹa pomiÄdzy budynki i przeszĹa parÄ krokĂłw, zgasĹa pierwsza lampa. Na jej miejsce zapaliĹa siÄ kolejna, prowadzÄc dziewczynÄ dalej wzdĹuĹź Ĺciany. Kolejnych kilka krokĂłw - i znowu - jedna lampa zgasĹa, jedna zapaliĹa siÄ. 
  Sara zauwaĹźyĹa, Ĺźe coĹ majaczyĹo w mroku daleko przed niÄ. ZorientowaĹa siÄ, Ĺźe hale byĹy ze sobÄ poĹÄczone i w rzeczywistoĹci tworzyĹy rodzaj podkowy. 
  Kiedy ĹwiatĹo lamp padĹo wreszcie na poprzeczny mur, GnatoĹźujka dostrzegĹa przypominajÄcy geometryczny szkielet szyb towarowej windy. Wtulony byĹ ĹciĹle w kÄt z prawej strony. 
  Winda juĹź czekaĹa. W kabinie zapaliĹa siÄ maĹa, ciemnoĹźĂłĹta ĹźarĂłwka.
  Sara zawahaĹa siÄ. Nie wiedziaĹa przecieĹź, co moĹźe czekaÄ na niÄ w tym budynku. Nie miaĹa pojÄcia czego spodziewaÄ siÄ po osobniku, ktĂłry przedstawiĹ siÄ jej jako Ilja. Kim on w ogĂłle byĹ? Blady, czarnowĹosy, elegancki? Wszystko przemawiaĹo za tym, Ĺźe naleĹźaĹ do owej mitycznej rasy krwiopijcĂłw, gatunku, ktĂłrego po wydarzeniach w Lochu stanowczo nie lubiĹa. ChociaĹź, z drugiej strony... moĹźe byĹ jednym z Garou?
  Dziewczyna, pomna sĹĂłw Darka, baĹa siÄ jeszcze jednej rzeczy - tego strasznego tworu wyrwanego z piekĹa, najgorszego niemal koszmaru kaĹźdego mĹodego wilkoĹaka - Tancerza Czarnej Spirali. Co siÄ stanie, jeĹli gdzieĹ tam, w mrocznych czeluĹciach hal, czajÄ siÄ dzieci Ĺťmija? Zapewne trzeba bÄdzie z nimi walczyÄ. I zginÄÄ, bo GnatoĹźujka nie miaĹa Ĺźadnego doĹwiadczenia w potyczkach z czymĹ takim.
  CiekawoĹÄ zĹźeraĹa jÄ jednak. Och, ta pieprzona ciekawoĹÄ, ktĂłra zawsze pakowaĹa jÄ w najgorsze tarapaty! Dlaczego ona zawsze musi niÄ rzÄdziÄ, pchaÄ jÄ w niewĹaĹciwe miejsca, siÄgaÄ za niÄ do klamek, naciskaÄ za niÄ przyciski i odzywaÄ siÄ jej gĹosem, kiedy powinna milczeÄ?!  Ta ciekawoĹÄ kiedyĹ jÄ zgubi!
  Ale czyĹź to nie ona czyniĹa jÄ tym, czym byĹa? Ragabashem? ZwiadowcÄ?
  MoĹźe jednak tym razem uda siÄ zatrzymaÄ? MoĹźe Sara da radÄ odwrĂłciÄ siÄ na piÄcie i wrĂłciÄ pod bramÄ (moĹźe nawet jÄ dla niej otworzÄ)? Po co z wĹasnej, nieprzymuszonej woli wĹaziÄ na podejrzany teren?
  Trzask...
  Trzask...
  Trzask...
  Jedna po drugiej - lampy zgasĹy. Cienie poĹoĹźyĹy siÄ  na Ĺcianach roztaĹczonym, drgajÄcym gÄszczem.
  Jedynym ĹşrĂłdĹem ĹwiatĹa zostaĹa maĹa, ĹźĂłĹta ĹźarĂłwka.
  Sara wzdrygnÄĹa siÄ i wbiegĹa do windy, zamykajÄc drzwi z drucianej siatki.
  Kabina ruszyĹa, trzÄsÄc lekko. ĹťarĂłwka zamigotaĹa. UspokoiĹa siÄ dopiero, gdy winda stanÄĹa.
  PodrĂłĹź przez otwarty na ciemne powietrze szyb zdenerwowaĹa SarÄ jeszcze bardziej. Winda prawdopodobnie wjeĹźdĹźaĹa na gĂłrÄ wolniej, niĹź przeciÄtny czĹowiek wchodziĹ po schodach. Kiedy wreszcie siÄ zatrzymaĹa, GnatoĹźujka ujrzaĹa przed sobÄ lite, metalowe drzwi, prowadzÄce do wnÄtrza budynku. WyciÄgnÄĹa rÄkÄ i otworzyĹa je ostroĹźnie.
  ZnalazĹa siÄ w wÄskim, ciemnym korytarzu zakoĹczonym zasĹonÄ. PodĹoga, wyĹoĹźona czymĹ w miarÄ miÄkkim, pochĹaniaĹa jej kroki. 
  Sara odgarnÄĹa dĹoniÄ ciÄĹźki materiaĹ i wytknÄĹa gĹowÄ przez szparÄ. Jak na razie ani Ĺladu potworĂłw gotowych odgryĹşÄ jej rĂłĹźne czÄĹci ciaĹa, ale nie chwalmy dnia przed zachodem sĹoĹca. Przed niÄ ciÄgnÄĹ siÄ korytarz szerszy i dĹuĹźszy od poprzedniego. W zasadzie byĹa to bardziej niewielka, nieco zagracona galeria, ktĂłrej sufit wspieraĹ siÄ na szerokich, betonowych sĹupach w formie masywnych prostopadĹoĹcianĂłw, ustawionych nieregularnie w taki sposĂłb, Ĺźe, aby dotrzeÄ do drugiego koĹca pomieszczenia, trzeba byĹo miÄdzy nimi kluczyÄ. Po podĹodze walaĹy siÄ gdzieniegdzie fragmenty biaĹego, cienkiego pĹĂłtna. MaĹe, blade lampki rzucaĹy kilka nieĹmiaĹych plam ĹwiatĹa na nagi tynk Ĺcian i dwa, wiszÄce na owych Ĺcianach, gigantyczne obrazy. 
  GnatoĹźujka, wstrzymujÄc oddech, podeszĹa do tego, ktĂłry byĹ bliĹźej i spojrzaĹa.
  ZaczÄĹa nerwowo wyĹamywaÄ sobie palce.
  Wreszcie przemogĹa siÄ i spojrzaĹa jeszcze raz. 
  Bezkresne poĹacie ciemnej, szorstkiej, ubitej ziemi ciÄgnÄĹy siÄ aĹź po coĹ w rodzaju horyzontu. Nie wiadomo byĹo nawet, czy rzeczywiĹci jest to horyzont, czy moĹźe tylko mylÄca, niewyraĹşna linia na pĹaszczyĹşnie.
  Brunatny brÄz, szaroĹÄ, grafit i omdlaĹy, siniejÄcy granat krĂłlowaĹy w tym ponurym krajobrazie. Barwy przelewaĹy siÄ ospale jedna w drugÄ, tworzÄc kolejne, nachodzÄce na siebie warstwy ziemi, moĹźe skaĹy, moĹźe nie wiadomo jeszcze czego. Na Ĺrodku zaĹ pĹĂłtna caĹy ten monotonny, pĹaski bezkres zaĹamywaĹ siÄ do wewnÄtrz, spadaĹ na Ĺeb, na szyjÄ,  uginaĹ siÄ i zarywaĹ w wielkÄ, ziejÄcÄ, okrÄgĹa czeluĹÄ. CzeluĹÄ ta wyĹa z wnÄtrza nieprzeniknionÄ czerniÄ, przyciÄgaĹa, obiecywaĹa wiecznoĹÄ czarnej dziury kosmicznej i zgubÄ. Nie ĹmierÄ. Zagubienie.
  Sara, wlepiajÄc w niÄ spojrzenie szeroko otwartych oczu wyobraziĹa sobie ptaka, pikujÄcego ku krawÄdzi przepaĹci, z jasnym, wyraĹşnym poczuciem kierunku. 
  DĂłĹ.
  GĂłra.
  Ptak wpadĹ miÄdzy ciemne Ĺciany, rozpoczÄĹ lot ku doĹowi, w mrok, w czerĹ.  WiedziaĹ, Ĺźe umie zawrĂłciÄ. Wystarczy kilka uderzeĹ skrzydĹami. GĂłra. DĂłĹ.
  CiemnoĹÄ otoczyĹa go ze wszystkich stron. ObjÄĹa. I wtedy wĹaĹnie kierunki zniknÄĹy, zapÄtliĹy siÄ w jeden, stopiĹy. Nie byĹo gĂłry ani doĹu. Nie byĹo bokĂłw. Ptak szarpnÄĹ siÄ, zatrzepotaĹ. CiemnoĹÄ i cisza. WiedziaĹ, Ĺźe nie potrafi zawrĂłciÄ i nigdy nie bÄdzie potrafiĹ. 
  PrzestaĹ walczyÄ.
  Sara potrzÄsnÄĹa gĹowÄ i odetchnÄĹa gĹÄboko. ZamrugaĹa oczami. ZorientowaĹa siÄ, Ĺźe stoi z nosem niemal przytkniÄtym do pĹĂłtna.
  OdskoczyĹa jak oparzona.
  BoĹźe! Co to jest?! RozejrzaĹa siÄ w panice po galerii. Chryste panie! Nigdy, nigdy wiÄcej nie chcÄ spojrzeÄ na to chociaĹź raz jeszcze! Czy coĹ takiego naprawdÄ istnieje?
  StaraĹa siÄ uspokoiÄ, oddychajÄc gĹÄboko. Serce powoli wracaĹo do normalnego rytmu.
  ChwiejÄc siÄ, GnatoĹźujka podeszĹa do kolejnego obrazu, ale minÄĹo kilka chwil, zanim odwaĹźyĹa siÄ podnieĹÄ wzrok.
- NastÄpna taka niespodzianka i padnÄ na zawaĹ - szepnÄĹa, chcÄc brzmieniem wĹasnego gĹosu dodaÄ sobie odwagi. Nie wyszĹo jej to jednak najlepiej. WziÄĹa wiÄc gĹÄboki oddech i spojrzaĹa na drugie pĹĂłtno.
  Ten obraz byĹ znacznie wiÄkszy od poprzedniego. DĹuĹźszy czas zajÄĹo Sarze ogarniÄcie jego zawartoĹci. ByĹ tak przepeĹniony szczegĂłĹami, Ĺźe zdawaĹ siÄ poruszaÄ, kipieÄ wĹasnym Ĺźyciem.
  Na wielkiej rĂłwninie toczyĹa siÄ bitwa. Na pierwszy rzut oka wyglÄdaĹaby zwyczajnie, gdyby nie iloĹÄ walczÄcych. ByĹy ich setki, moĹźe nawet tysiÄce. A kaĹźdy odwzorowany z najwiÄkszÄ dokĹadnoĹciÄ, na jakÄ tylko pozwalaĹa ich skala. Kiedy jednak GnatoĹźujka pochyliĹa siÄ, by wnikliwiej przestudiowaÄ ich wyglÄd, odkryĹa, Ĺźe nie sÄ to ani ĹźoĹnierze z pierwszej czy drugiej wojny Ĺwiatowej, ani Ĺredniowieczni rycerze, ani teĹź plemienni wojownicy. Nie. 
  Nie tylko. 
  Bo byli tam wszyscy. Polscy partyzanci i japoĹscy samuraje, rzymscy legioniĹci i KrzyĹźacy. Armia Czerwona, wojska Napoleona, pogaĹscy woje, Kozacy, Tatarzy, czarni wojownicy w przepaskach biodrowych, Indianie, wielcy, brodaci Wikingowie. Topory, miecze, berdysze, szable, piki, kosy, karabiny, sztucery, pistolety, katany, Ĺuki; mundury, zbroje, piĂłropusze; konie, samochody, czoĹgi...
  Na gigantycznej poĹaci pĹĂłtna toczyĹa siÄ jedna walka zĹoĹźona ze wszystkich.
  I wtedy Sara zrozumiaĹa. PatrzyĹa na Pole Bitwy. PrzypomniaĹa sobie, jak Darek opowiadaĹ jej o KrĂłlestwach Bliskiej Umbry. Nie bardzo wierzyĹa wtedy, Ĺźe coĹ takiego moĹźe istnieÄ. Ale teraz, po tym, jak ujrzaĹa ten obraz, nie byĹa juĹź tak sceptycznie nastawiona. Wizja odwzorowana tak naturalnie, z takÄ fotograficznÄ dbaĹoĹciÄ o szczegĂłĹy, nie sprzyjaĹa zdroworozsÄdkowemu rozumowaniu.
  Ale w takim razie co przedstawiaĹ poprzedni obraz? 
Sara nie chciaĹa oglÄdaÄ go ponownie. DoĹÄ miaĹa wraĹźeĹ z nim zwiÄzanych. AĹź nadto dobrze pamiÄtaĹa to przeraĹźajÄce wraĹźenie zatracenia w pustce. To musiaĹa byÄ OtchĹaĹ. Sara niewiele zapamiÄtaĹa z nauk Darka na ten temat, ale kojarzyĹa tyle, Ĺźe OtchĹaĹ to coĹ bardzo niedobrego, a prowadzÄ do niej wszelkie pÄkniÄcia i niespĂłjnoĹci w duchowej materii Umbry. PÄkniÄÄ tych zaĹ miaĹo pojawiaÄ siÄ coraz to wiÄcej i wiÄcej.
  Dziewczyna minÄĹa ostatni wspornik i dotarĹa do wyjĹcia z pomieszczenia. Znowu stanowiĹa je zasĹona, ktĂłrÄ Sara odsunÄĹa z pewnÄ ulgÄ. WÄtpiĹa, czy kiedykolwiek zechce znaleĹşÄ siÄ tu po raz drugi. 
  ZasĹona z szelestem opadĹa za jej plecami, a w oczy uderzyĹ biaĹy blask ĹwietlĂłwek.
  ByĹa w kwadratowym, niewielkim, pokoju. Nie byĹo w nim caĹkowicie nic, prĂłcz dwojga drzwi. Jedne z drewna, czy sklejki, wyglÄdaĹy caĹkiem zwyczajnie. Drugie zaĹ wprawiĹy SarÄ w stan absolutnego osĹupienia. Bardziej bowiem przypominaĹy ĹluzÄ w statku kosmicznym, niĹź normalne przejĹcie. CaĹe wykonane z matowego metalu, miaĹy ksztaĹt rozety z pĂłĹokrÄgĹymi ramionami. Sarze skojarzyĹy siÄ z obiektywem aparatu fotograficznego, albo uĹoĹźonym w koĹo czÄstkami pomaraĹczy.
  TuĹź obok nich znajdowaĹ siÄ niewielki panel, przypominajÄcy nowoczesne domofony, z przyciskami dotykowymi i prostokÄtnym, maĹym wyĹwietlaczem. Wiedziona swojÄ najgorszÄ, a zarazem chyba najbardziej jak dotÄd przydatnÄ cechÄ - ciekawoĹciÄ, Sara podeszĹa do owego futurystycznego wĹazu i uniosĹa rÄkÄ do przyciskĂłw.
  Palce jej znieruchomiaĹy jednak tuĹź nad powierzchniÄ klawiatury. Nie znaĹa przecieĹź kodu! Na wyĹwietlaczu wyraĹşnie zaznaczone byĹo miejsce na cztery cyfry.
CĂłĹź! Po nader krĂłtkiej chwili namysĹu, wystukaĹa pierwszÄ kombinacjÄ, ktĂłra przyszĹa jej do gĹowy: 1625.
  Cyfry rozjarzyĹy siÄ czerwono, po czym elektroniczny zamek zapiszczaĹ potwierdzajÄco, a ramiona Ĺluzy obrĂłciĹy siÄ, oddzielajÄc od siebie i rozwarĹy, ukazujÄc okrÄgĹe wejĹcie.
  GnatoĹźujka ostroĹźnie zajrzaĹa do Ĺrodka. 
  WewnÄtrz panowaĹ stalowoszary pĂłĹmrok. Pod przeciwlegĹÄ do wejĹcia ĹcianÄ wznosiĹo siÄ wÄskie, wysokie podium. Na podium owym leĹźaĹ jakiĹ obĹy, bĹyszczÄcy przedmiot, ktĂłrego z tej odlegĹoĹci Sara nie byĹa w stanie zidentyfikowaÄ. WeszĹa wiÄc do Ĺrodka, a poniewaĹź nie staĹo siÄ nic zaskakujÄcego, lub niebezpiecznego, takiego, jak na przykĹad nagĹy trzask zamykanej Ĺluzy, ruszyĹa w gĹÄb pomieszczenia.
  Zagadkowym przedmiotem okazaĹ siÄ czarny, lĹniÄcy heĹm VR. 
SiÄgajÄc po niego poczuĹa siÄ jak Indiana Jones. Ciekawe, czy, kiedy go podniesie, Ĺciany zacznÄ siÄ zwÄĹźaÄ, sufit obniĹźaÄ a z podĹogi wyrosnÄ kolce?
  HeĹm znalazĹ siÄ w jej dĹoniach. MiaĹ gĹadkÄ, opĹywowÄ powierzchniÄ. OdbijaĹy siÄ w niej palce Sary i wykrzywiony zarys jej postaci na tle ĹwiatĹa padajÄcego z zewnÄtrz.
  Z niewyjaĹnionych przyczyn przestaĹa siÄ baÄ. Zamiast tego byĹa zaciekawiona. Co teĹź siÄ stanie, jeĹli go zaĹoĹźy?
  ZaĹoĹźyĹa. 
  HeĹm na gĹowie sprawiaĹ wraĹźenie ciÄĹźszego, niĹź kiedy trzymaĹa go w dĹoniach. ObudowaĹ szczelnie caĹÄ gĂłrnÄ poĹowÄ jej twarzy. CzuĹa siÄ jak w kokonie. 
  OtaczaĹa jÄ kompletna ciemnoĹÄ. Nic siÄ nie dziaĹo. 
  Akurat w tym momencie, kiedy zaczÄĹa juĹź czuÄ siÄ gĹupio i uniosĹa rÄce ku gĹowie, kÄtem oka dostrzegĹa jakiĹ sĹaby, pomaraĹczowy poblask. OdwrĂłciĹa siÄ w poszukiwaniu jego ĹşrĂłdĹa.
  Po absolutnej czerni podĹogi niespiesznie biegĹa cienka, pomaraĹczowa linia. ĹwieciĹa w ciemnoĹci. WyglÄdaĹa jak wydĹuĹźajÄcy siÄ promieĹ lasera.
  BezgĹoĹnie przemknÄĹa koĹo stĂłp dziewczyny i powÄdrowaĹa dalej. 
  WĂłwczas pojawiĹy siÄ kolejne. Wszystkie tak samo cienkie i fosforyzujÄco pomaraĹczowe, ciÄgnÄce siÄ ognistymi Ĺladami po podĹodze i po suficie. WybiegaĹy zza plecĂłw Sary i wÄdrowaĹy do przodu, niknÄc gdzieĹ w oddali.
  Kolejne linie wyrosĹy niespodziewanie z lewej strony, krzyĹźujÄc siÄ z pierwszymi idealnie pod kÄtem prostym. 
  GnatoĹźujka rozejrzaĹa siÄ dookoĹa. 
  StaĹa na bezkresnej poĹaci ciemnoĹci, pociÄtej geometrycznÄ sieciÄ pĹomiennych nici.
  Wtedy nadeszĹy pajÄki. MaszerowaĹy caĹymi stadami wzdĹuĹź linii, miarowo poruszajÄc siÄ swoimi drobnymi, wielosegmentowymi nogami. RozbiegĹy siÄ, podzieliĹy na grupy, pozostajÄ jednak w idealnym porzÄdku. KaĹźda grupa zaczÄĹa gorÄczkowÄ pracÄ w rĂłĹźnych miejscach sieci. Sara nie wiedziaĹa, co robiÄ, dopĂłki spod ruchliwych odnĂłĹźy najbliĹźszego stada nie zaczÄĹ wyĹaniaÄ siÄ... uliczny chodnik. 
  PajÄki tkaĹy. UwijaĹy siÄ, tworzÄc coraz dalej kolejne pĹyty, z ktĂłrych kaĹźda na poczÄtku wyglÄdaĹa zaledwie jak szkic. Zaraz jednak miejsce "szkicujÄcych" pajÄkĂłw zajÄĹy inne. Te z kolei wypeĹniaĹy puste kwadraty drobniejszÄ siatkÄ, nastÄpne zaĹ wypeĹniaĹy jÄ do koĹca. Wreszcie Sara zorientowaĹa siÄ, ze stoi na najprawdziwszym w Ĺwiecie kawaĹku trotuaru. PojawiĹa siÄ jezdnia. Dziewczyna rozejrzaĹa siÄ i zobaczyĹa, Ĺźe inne pajÄki takĹźe nie prĂłĹźnowaĹy. BoĹźe, byĹy ich tysiÄce! A kaĹźdy miaĹ wĹasne zadanie. Po lewej stronie wyrĂłsĹ juĹź szkielet olbrzymiego biurowca, nieopodal zaĹ kuliĹa siÄ budka telefoniczna. ZjawiĹy siÄ teĹź samochody.
  Nie minÄĹo kilka chwil i GnatoĹźujka mogĹa podziwiaÄ miejskÄ ulicÄ peĹnÄ szarych, betonowych bryĹ, szkĹa, migajÄcych ĹwiateĹ i stalowych konstrukcji. PajÄki Wzorca, niezmordowane dzieci Tkaczki w ten oto sposĂłb tworzyĹy swoje przeraĹźajÄco regularne pajÄczyny.
  Obraz znikĹ. 
  HeĹm ponownie daĹ o sobie znaÄ swoim ciÄĹźarem. ZdjÄĹa go wiÄc i potrzÄsnÄĹa gĹowÄ z ulgÄ. Znowu byĹa w mrocznawej, pustej sali. OtarĹa kropelki potu z czoĹa i ostroĹźnie odĹoĹźyĹa heĹm na podium.
  W istocie geniuszem musiaĹ byÄ twĂłrca tego, co do tej pory widziaĹa. ZnaĹ siÄ rĂłwnie dobrze na malarstwie, co programowaniu. TrochÄ jÄ to przeraĹźaĹo. Kolejny raz zastanowiĹa siÄ, kim on wĹaĹciwie jest. 
  WyszĹa na oĹwietlony korytarz, mruĹźÄc zmÄczone oczy. 
  WiÄc to wĹaĹnie jest tematem jego prac - Umbra. Czy Ilja miaĹ jakiĹ cel w pokazaniu jej tych dzieĹ? Czy chciaĹ przez to coĹ jej zasygnalizowaÄ? MoĹźliwe. Na pewno fakt, Ĺźe nie jest zwykĹym czĹowiekiem. Ĺťeby tylko wiedziaĹa coĹ wiÄcej. ĹťaĹowaĹa teraz, Ĺźe nie sĹuchaĹa Darka uwaĹźniej. Nie byĹaby taka przestraszona. A moĹźe byĹaby jeszcze bardziej? 
  Teraz nie pozostaĹo jej jednak nic innego, jak iĹÄ dalej. WestchnÄĹa i podeszĹa do kolejnych drzwi.
  Te, zaopatrzone w zwyczajnÄ klamkÄ, otworzyĹy siÄ bez problemu i Sara ruszyĹa, by kontynuowaÄ swojÄ niezwykĹÄ podrĂłĹź.
 
  Nie wiedziaĹa ile czasu zajÄĹa jej wÄdrĂłwka przez tÄ niezwykĹÄ galeriÄ sztuki. Im dalej jednak zagĹÄbiaĹa siÄ we wnÄtrze hali, tym bardziej wzrastaĹ jej podziw dla wielkoĹci artysty. A takĹźe strach.
  Jedno nie ulegaĹo wÄtpliwoĹci. Wszystko nawiÄzywaĹo tutaj do KrĂłlestw Bliskiej Umbry. ZadziwiĹa jÄ jedynie rĂłĹźnorodnoĹÄ wykorzystywanych przez IljÄ ĹrodkĂłw. W maĹej salce, w ktĂłrej jedynym eksponatem byĹ niski stĂłĹ zarzucony wakacyjnymi pocztĂłwkami rozpoznaĹa idylliczne krĂłlestwo Lata. W pokoju urzÄdzonym jak wnÄtrze myĹliwskiego domku, z kominkiem, wyeksponowanÄ broniÄ palnÄ i wielkÄ, szarÄ skĂłrÄ na drewnianej podĹodze - posÄpny Dom WilkĂłw, gdzie wilkoĹaki byĹy Ĺcigane i tÄpione. W innym pomieszczeniu pachnÄcym kurzem i celuloidem, wyĹwietlany byĹ zapÄtlony fragment czarno-biaĹego filmu. UkazywaĹ on mrocznÄ jaskiniÄ, ktĂłrej dnem pĹynÄĹa oĹlepiajÄca, poĹyskliwa rzeka. W jej wartkim nurcie, przykute bĹyszczÄcymi ĹaĹcuchami, staĹy po pas, po pierĹ, a nawet po szyjÄ wilkoĹaki w formie Crinos. Na brzegu zaĹ uwijaĹy siÄ inne. ĹwiecÄce jak rzeka, metalicznie gĹadkie, z dĹugimi wĹĂłczniami w rÄkach... Sara odwrĂłciĹa siÄ z przeraĹźeniem i szybko opuĹciĹa to miejsce. Erebus. WilkoĹaczy czyĹciec gorszy chyba od samego piekĹa. 
  CzuĹa, jak pod powiekami gromadzÄ siÄ piekÄce Ĺzy. BaĹa siÄ tego KrĂłlestwa chyba najbardziej. I nie chciaĹa nawet zastanawiaÄ siÄ nad tym, w jaki sposĂłb powstaĹ ten film. ByĹ przeraĹźajÄco realny. Zbyt realny na animacjÄ komputerowÄ.
  ChociaĹź, z drugiej strony, Ilja byĹ w stanie wyczarowaÄ wszystko. KrĂłlestwo Szramy, czyli miejsce, gdzie nagromadziĹ siÄ caĹy brud z epoki rewolucji przemysĹowej, jak rĂłwnieĹź KrĂłlestwo Eteralne ilustrowaĹy trĂłjwymiarowe prezentacje holograficzne. SzramÄ artysta przedstawiĹ jako wnÄtrze jakiejĹ ponurej fabryki, gdzie przy dĹugich stoĹach siedzieli milczÄcy, zgaszeni ludzie, wszyscy zajmujÄcy siÄ tym samym, monotonnym zajÄciem. Za szybÄ zaĹ, w oddzielnym pomieszczeniu, Sara dostrzegĹa kilku zadbanych mÄĹźczyzn w surdutach, z binoklami, chusteczkami w butonierkach i wyniosĹym wyrazem twarzy. MogĹa spojrzeÄ przez ramiÄ kaĹźdemu z robotnikĂłw. Nie odwaĹźyĹa siÄ jednak niczego dotknÄÄ. BaĹa siÄ, Ĺźe prĂłba wypadnie pomyĹlnie.
  KrĂłlestwo Eteralne natomiast stanowiĹa wielka, ruchoma symulacja ukĹadu planetarnego. Dziewczyna poczuĹa, jakby satelitarne fotografie NASA oĹźyĹy nagle i napadĹy na niÄ jednoczeĹnie. 
  IdÄc coraz dalej i dalej, mijaĹa kolejne sale. Dawno straciĹa rachubÄ i rozeznanie, nie byĹa teĹź pewna, jak to wszystko mogĹo zmieĹciÄ siÄ wewnÄtrz magazynu, ktĂłry, choÄ duĹźy, z zewnÄtrz nie sprawiaĹ wraĹźenia aĹź tak pojemnego. CĂłĹź... moĹźe kluczyĹa? Nie wiedziaĹa. Nie miaĹa pojÄcia ile minut, a moĹźe godzin minÄĹo, ile pokoi pozostawiĹa juĹź za sobÄ. Niespokojna, z sercem bijÄcym gwaĹtownie, jak gdyby chciaĹo wyrwaÄ siÄ jej z piersi i rozszerzonymi oczami, szĹa dalej, a podrĂłĹź ciÄgle siÄ nie koĹczyĹa...
<br><br>]]></description><pubDate>Tue, 24 Feb 2009 00:23:48 +0100</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1770278,link.html</guid></item><item><title>2008-12-03 0:07</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1703234,link.html</link><description><![CDATA[<b>TEN-KTĂREGO-BÄBNY-ROZPRASZAJÄ-MGĹÄ</b>

  RozlegĹ siÄ huk wystrzaĹu.
  Ostatnia puszka spadĹa ze stosu cegieĹ na ziemiÄ.
  Sara opuĹciĹa rÄkÄ z pistoletem.
- Ha!
- No "ha!" jak siÄ patrzy - pochwaliĹ jÄ Fionn - gdzie nauczyĹaĹ siÄ strzelaÄ?
- Podczas kaĹźdych wakacji strzelaĹam z tatÄ z wiatrĂłwki - odparĹa - uczyĹ mnie.
- Masz chyba wrodzony talent. AĹź dziwne, Ĺźe tak kompletnie nie znasz siÄ na broni.
  WzruszyĹa ramionami.
- JakoĹ nigdy siÄ nie zastanawiaĹam. GdybyĹ mi nie powiedziaĹ, Ĺźe to Beretta, nawet bym siÄ nie domyĹlaĹa - przyjrzaĹa siÄ pistoletowi z zainteresowaniem.
  Bracia pokrÄcili gĹowami z niesmakiem. Conall zachichotaĹ pod nosem.
  ZmierzchaĹo powoli. Ostatnich kilka godzin spÄdzili na stopniowym oprĂłĹźnianiu czarnych toreb i zaznajamianiu Sary z ich zawartoĹciÄ. Fionn i Donall podtykali jej na zmianÄ rozmaite modele broni palnej, podawali nazwÄ i szereg wiadomoĹci technicznych, ktĂłre w tej chwili zlaĹy siÄ juĹź w mĂłzgu GnatoĹźujki w jednolitÄ, nic nie znaczÄcÄ papkÄ. WiedziaĹa tylko tyle, Ĺźe z czegoĹ strzelaĹa na leĹźÄco, coĹ innego z kolei omal nie wyĹamaĹo jej barku.
  Bracia zaczÄli pakowaÄ ekwipunek.
- BoĹźe, czyĹźby wreszcie koniec? - jÄknÄĹa dziewczyna z ulgÄ.
- Tak, tak, koniec - uspokoiĹ jÄ Donall - powiedz tylko, z czego ci siÄ strzelaĹo lepiej. Z tamtego Walthera, czy z Beretty?
- Walther to byĹo to poprzednie?
- Tak.
  ZastanowiĹa siÄ.
- Nie wiem. A co?
- Bo jeden z nich bÄdzie twĂłj, tylko musisz sobie wybraÄ.
  Sara obejrzaĹa poĹyskujÄcÄ niebieskawo stal Beretty, pistoletu z ktĂłrego przed chwilÄ oddaĹa ostatni strzaĹ.
- PokaĹź tamten - zaĹźÄdaĹa.
  Natychmiast dostaĹa matowo czarnego Walthera, przyjrzaĹa siÄ mu, zwaĹźyĹa w dĹoni.
- Nie wiem - stwierdziĹa ĹźaĹosnym gĹosem. A co jest jakie?
  Donall wziÄĹ od niej obie bronie.
- Oba te pistolety sÄ w kalibrze dziewiÄÄ milimetrĂłw. Co, jak co, ale z amunicjÄ problemĂłw mieÄ nie bÄdziesz. To czarne, matowe, to Walther P-99. Jest lĹźejszy i znacznie bardziej ergonomicznie zbudowany, choÄ moĹźesz nie lubiÄ tych wszystkich wypustek i powiÄkszonej osĹony spustu. Ja sam siÄ dĹugo przyzwyczajaĹem. JeĹli uwaĹźasz, Ĺźe masz wystarczajÄco duĹźe dĹonie i pewny chwyt, weĹş ciÄĹźszÄ BerettÄ. Ma tych kilka pociskĂłw wiÄcej w magazynku. Bardziej niezawodny jednak jest w mojej opinii Walther. Jest teĹź, jak mawiajÄ fachowcy, "snag-proof", nie zaczepi ci o nic Ĺźadnym wystajÄcym elementem podczas wyciÄgania z kieszeni.
- Aha... dobra. Jasne. Cokolwiek. To ja chcÄ ten.
- No i dobrze. Walther jest twĂłj. SĹusznie, bo jak rany... - obrzuciĹ wymownym spojrzeniem drobne rÄce dziewczyny - no...  z BerettÄ szybko byĹ siÄ zmÄczyĹa. Niestety, nie jest przebudzony. Nie bÄdzie wchodziÄ z tobÄ do Umbry i nie bÄdzie zadawaÄ wrednych ran.
- Co to znaczy "wrednych"? - zaciekawiĹa siÄ Sara.
- To znaczy, Ĺźe jeĹli przebudzisz ducha w tym gnacie, bÄdzie mĂłgĹ robiÄ takie dziury, ktĂłre nie bÄdÄ podlegaÄ  Ĺatwej regeneracji. Czyli wĂłwczas bÄdzie bardziej niebezpieczny dla istot... tych... no... nadnaturalnych - wyjaĹniĹ Fionn zasuwajÄc zamek bĹyskawiczny w swojej torbie.
- Na przykĹad dla wilkoĹakĂłw?
- Na przykĹad. Ale oddanie takiego strzaĹu wymaga oczywiĹcie uprzedniej konsultacji z duchem, rzecz jasna - dodaĹ.
- PiÄknie. Od razu mi lepiej - pokiwaĹa gĹowÄ w melancholijnej zadumie.
- Dobra, dzieci, nie marudziÄ. WsiadaÄ do wozu, wracamy - zakomenderowaĹ Conall, ponaglajÄc ich gwaĹtownymi ruchami rÄki - najpierw na UrsynĂłw!

  Sara wetknÄĹa gĹowÄ do mieszkania Kolektywu. ParÄ minut wczeĹniej opuĹciĹa nowego vana Fianna, ktĂłrego pojawienie siÄ niemal natychmiast po stracie pierwszego, nadal byĹo dla niej zagadkÄ. PocieszaĹa siÄ jednak, Ĺźe wszystko, co wiÄĹźe siÄ z tym plemieniem stanowi dla niej zagadkÄ
- Hej, jestem juĹź - oznajmiĹa pĂłĹgĹosem.
- Witaj. Wskakuj - odparĹa Marta, przywoĹujÄc jÄ gestem - powinnaĹ kogoĹ poznaÄ.
  GnatoĹźujka zamknÄĹa za sobÄ drzwi i, z pĹaszczem w rÄku, weszĹa do salonu. 
  SpojrzaĹa i uniosĹa brwi.
  Na jednej z otaczajÄcych stolik kanap siedziaĹ Mark O&#8217;Seadh, uĹmiechajÄc siÄ do dziewczyny. Obok niego zaĹ, w niedbaĹej, doĹÄ malowniczej pozie, rozpieraĹ siÄ mĹody czĹowiek, ktĂłry mĂłgĹby uchodziÄ za brata Teurga, gdyby nie kompletny brak podobieĹstwa w rysach twarzy. MĹodzieniec ubrany byĹ w mniej wiÄcej tym samym stylu, co Irlandczyk, a jego dĹugie, raczej proste, jasne wĹosy, rĂłwnieĹź zdobiĹy rzemienie i cienkie warkoczyki. ByĹo w nim jednak o wiele mniej umiaru i coĹ znacznie bardziej... plemiennego. CaĹa zaĹ postaÄ tchnÄĹa wiÄkszym optymizmem i wewnÄtrznym spokojem. Na twarzy malowaĹ siÄ wszakĹźe wyraz lekkiej drwiny. Jedna brew, umieszczona nieco wyĹźej od drugiej, wyglÄdaĹa, jakby ĹźyĹa wĹasnym Ĺźyciem.
  Sara podeszĹa bliĹźej i uĹmiechnÄĹa siÄ.
- To jest Gabriel - przedstawiĹa goĹcia Marta - a to Sara, nasz "narybek".
  MĹody mÄĹźczyzna zerwaĹ siÄ z miejsca i wyciÄgnÄĹ do dziewczyny mocnÄ, szerokÄ dĹoĹ. Jej uĹcisk byĹ pewny i zdecydowany.
- Gabriel Eisner, Ten-KtĂłrego-BÄbny-RozpraszajÄ-MgĹÄ, KsiÄĹźycowy Sierp w zenicie, Fostern poĹrĂłd Dzieci Gai, urodzony jako czĹowiek i wilk dla swego ludu - wyrecytowaĹ z uczuciem jednym tchem.
  MinÄĹa spora chwila, zanim GnatoĹźujka przyswoiĹa tÄ wypowiedĹş. PatrzÄc na spowodowane czÄstym Ĺmiechem drobne zmarszczki wokĂłĹ jego intensywnie szaro-niebieskich oczu, sama poczuĹa nieodpartÄ chÄÄ rozeĹmiania siÄ.
- Sara Orzechowska, Ragabash z GnatoĹźui. To wszystko, co wiem - powiedziaĹa.
- Gabriel bÄdzie z nami mieszkaĹ - oznajmiĹa Marta.
- WĹaĹnie przyszliĹmy. MoĹźe piÄtnaĹcie minut temu - Mark wstaĹ z kanapy - poradzicie sobie?
- Pewnie. PrzecieĹź nie jestem juĹź dzieckiem - Gabriel zmarszczyĹ nos, na ktĂłrym Sara dostrzegĹa delikatnÄ sugestiÄ piegĂłw. NadawaĹy one mĹodej twarzy mÄĹźczyzny wyglÄd jeszcze bardziej beztroski.
  W istocie podobieĹstwo miÄdzy Markiem a nowym znajomym byĹo nikĹe. Poza bowiem utrzymanÄ w podobnym tonie stylistykÄ, rĂłĹźnili siÄ miÄdzy sobÄ bardzo. Przyjazne spojrzenie, ciepĹe barwy, lekko opalona skĂłra i Ĺagodne rysy Gabriela, kontrastowaĹy z tajemniczym, nieco chĹodnym wyrazem oczu Teurga Fianna, cynicznym grymasem zdecydowanie wykrojonych ust i bijÄcym od caĹej jego osoby wraĹźeniem zgorzknienia, ktĂłre dostrzegaĹo siÄ, jeĹli znaĹo siÄ go wystarczajÄco dobrze.
- MyĹlÄ, Ĺźe na razie ulokujemy go z tobÄ - Galliardka kiwnÄĹa gĹowÄ w stronÄ Sary - wszystkie mieszkania stojÄ puĹciutkie. Zero wyposaĹźenia.
- ZrobiĹem im niemaĹÄ niespodziankÄ - stwierdziĹ Mark, zakĹadajÄc kurtkÄ.
- Idziesz juĹź? - GnatoĹźujka z trudem staraĹa siÄ ukryÄ rozczarowanie.
- Tak - odparĹ - ale niedĹugo siÄ spotkamy. ByĹaĹ grzeczna?
- Pewnie. DostaĹam gnata - pochwaliĹa siÄ.
- Taaaa... coĹ w sam raz dla ciebie - zaĹźartowaĹ, kierujÄc siÄ do drzwi - no, trzymajcie siÄ. 
- CzeĹÄ, Mark - Gabriel pomachaĹ Teurgowi rÄkÄ i wyszczerzyĹ siÄ w parodii uĹmiechu.
  Sara nie wytrzymaĹa i parsknÄĹa. CzuĹa od pierwszej chwili, Ĺźe tego faceta po prostu nie da siÄ nie lubiÄ.
- Czyli - podjÄĹ - mam mieszkaÄ z tobÄ? 
  Jedna z jego brwi uniosĹa siÄ, a skrzydeĹka nosa poruszyĹy kilka razy.
 - Ech... no... tak. ChociaĹź jest tylko jedno ĹĂłĹźko, plus Ĺrednio wygodna kanapa - odparĹ ze zmartwionym wyrazem twarzy.
- Nie przejmuj siÄ. Mi pasuje - pocieszyĹ jÄ, puszczajÄc nad jej ramieniem oczko do Marty.
- Dobra, dobra - powiedziaĹa Galliardka, uĹmiechajÄc siÄ kÄcikiem ust - leÄcie. MaĹa, pokaĹź mu mieszkanie i nie pozwĂłl siÄ za bardzo szarogÄsiÄ.

  Kiedy Gabriel braĹ szybki prysznic, Sara przygotowaĹa mu posĹanie na kanapie. 
  W kuchni, szykujÄc kawÄ, zastanawiaĹa siÄ, jak to bÄdzie, tak bezpoĹrednio dzieliÄ przestrzeĹ ĹźyciowÄ z drugim Garou. Od pierwszego momentu poczuĹa do chĹopaka niezwykĹa wrÄcz sympatiÄ. ByĹ przystojny, owszem. PodobaĹ jej siÄ. Nawet bardzo. Nie powodowaĹ tego niepokojÄcego drĹźenia, co Mark, ale na pewno dziaĹaĹ na niedawno, lecz skutecznie przebudzone  libido GnatoĹźujki. A przecieĹź tu nie o to chodziĹo. Dziewczyna miaĹa wraĹźenie, Ĺźe cokolwiek siÄ nie zdarzy, zaprzyjaĹşniÄ siÄ i przyjaciĂłĹmi juĹź na zawsze pozostanÄ.
  W Gabrielu bawiĹo jÄ wiele rzeczy. Mimika, gestykulacja, sposĂłb mĂłwienia. ZwĹaszcza to ostatnie. PrzypomniaĹa sobie sĹowa, ktĂłrymi siÄ jej przedstawiĹ. BrzmiaĹy jak wyuczona na pamiÄÄ formuĹka, obliczona na jak najwiÄkszy efekt. DziaĹaĹa, trzeba przyznaÄ.
   Dziwne nazwisko... Eisner... ale teĹź wielu Garou miaĹo obco brzmiÄce nazwiska... Ot, choÄby Adrian Kossuth, Aleks SchĂśnthaler, o Marku, Fionnie i Donallu nie wspominajÄc. "Fostern poĹrĂłd Dzieci Gai". Hmmm... Fostern to chyba druga ranga... Znaczy trochÄ siÄ juĹź zasĹuĹźyĹ jako Garou. Sara nie miaĹa nawet pierwszej. Mark poleciĹ jej oswoiÄ siÄ z myĹlÄ, Ĺźe w koĹcu przyjdzie czas na jej RytuaĹ PrzejĹcia. 
WolaĹa o tym nie myĹleÄ.
  Ale "urodzony jako czĹowiek i wilk dla swego ludu" brzmiaĹo najĹadniej. Jednak napawaĹo pewnym niepokojem. Sara zastanowiĹa siÄ nad tym przez chwilÄ. To znaczy, Ĺźe co? Ĺťe Gabriel nie byĹ ani Homidem -wilkoĹakiem urodzonym jako czĹowiek, ani Lupusem pochodzÄcym od wilkĂłw?  To czym?
  I wtedy zrozumiaĹa.
  Gabriel Eisner byĹ Metysem.
  Pierwszy Metys, jakiego dane jej byĹo poznaÄ.
  A wiÄc tak wyglÄdajÄ...
  Tylko, Ĺźe Gabriel jest przecieĹź nad wyraz urodziwy! Co moĹźe byÄ takiego zĹego w Metysach?! No, moĹźe oprĂłcz bezpĹodnoĹci. Bo poza niÄ, chyba wszystko jest w porzÄdku, sÄdzÄc po przykĹadzie...
  Gabriel, bezwstydnie odziany jedynie w owiniÄty wokĂłĹ bioder rÄcznik, wyĹoniĹ siÄ z Ĺazienki, pogwizdujÄc.
- Jak tam? - zagadnÄĹ przyjacielsko.
- JakoĹ - odparĹa, przyglÄdajÄc mu siÄ natarczywie, jak gdyby chciaĹa dostrzec jego uĹomnoĹci przez skĂłrÄ.
- Czemu tak na mnie patrzysz? - rozeĹmiaĹ siÄ - PrzecieĹź chyba siÄ domyĹem?

 - Nie, ja z nim nie wytrzymam - poskarĹźyĹa siÄ Sara Marcie kilka dni pĂłĹşniej - ty wiesz, co on robi?
- WolÄ siÄ nie domyĹlaÄ - Galliardka z dziwnym wyrazem twarzy wbiĹa oczy w sufit.
- Gotuje!
- I co w tym zĹego?
- Nic. Nawet bardzo dobrze gotuje i wszystko byĹoby w porzÄdku, gdyby nie to, Ĺźe ma zwyczaj... chodziÄ po domu w... niekompletnym ubraniu.
  Marta parsknÄĹa.
- Jak to?
- No... w samym... fartuszku. Tym czerwonym.
- A to mi fetyszysta. Czy ciebie to obraĹźa, albo coĹ?
  Sara pokrÄciĹa gĹowÄ.
- Nie, coĹ ty. Ale wyglÄda doĹÄ komicznie - wyciÄgnÄĹa papierosa. Marta podaĹa jej ogieĹ.
- Wiesz, Gabriel ma doĹÄ duĹźe zamiĹowanie do natury - powiedziaĹa.
- ZauwaĹźyĹam. Czy to dlatego, Ĺźe... jest... no...
- Metysem? MoĹźliwe. Brak mu pewnych zahamowaĹ. To znaczy... nie wypĹywajÄ z niego w sposĂłb naturalny. Pewnych ludzkich przyzwyczajeĹ jakoĹ nie moĹźe, albo nie chce przyswoiÄ. Jest teĹź jedna rzecz, o ktĂłrej powinnaĹ wiedzieÄ, skoro mieszkacie razem - powiedziaĹa Marta powaĹźnie - nigdy nie wymawiaj przy nim imienia Ĺťmija w Ĺźadnym jÄzyku. MoĹźna mĂłwiÄ oglÄdnie, ale nigdy wprost. Ma fobiÄ. PotwornÄ. Przypuszczam, Ĺźe ma jeszcze kilka innych wad, ale cĂłĹź. Jest Metysem.
- Tak wĹaĹnie siÄ zastanawiaĹam, gdzie sÄ te osĹawione uĹomnoĹci, bo na pierwszy rzut oka nic nie widaÄ - stwierdziĹa Sara, kiwajÄc gĹowÄ w zadumie.
  Gabriel Eisner. Metys.
  CieszyĹa siÄ, Ĺźe go poznaĹa i dzielÄ mieszkanie, albowiem niemal natychmiast po tym, jak siÄ wprowadziĹ, dowiĂłdĹ, Ĺźe nikt tak skutecznie jak on nie umie jej pocieszyÄ i rozbawiÄ. JuĹź w tej chwili, zaledwie parÄ dni pĂłĹşniej Sara wiedziaĹa, Ĺźe wielbi Gabriela wiernie i z caĹego serca. Byli doskonale dobrani i Ĺwietnie siÄ rozumieli. Dziewczyna odnosiĹa jednak nieprzyjemne wraĹźenie, Ĺźe specjalnie ulokowali go u niej. Ĺťe w jakiĹ sposĂłb Marta maczaĹa w tym palce, pragnÄc odciÄgnÄÄ uwagÄ rudej sÄsiadki od Marka O&#8217;Seadh, zajmujÄc jÄ nowym, "bezpiecznym hobby". JeĹźeli tak byĹo, to zapewne staĹa za tym jedynie szczera troska. No, moĹźe trochÄ zazdroĹci o Marka. Sara nie byĹa Ĺlepa i juĹź dawno zauwaĹźyĹa, Ĺźe Galliardka teĹź jest wraĹźliwa na Teurga Fianna.
  MoĹźe jednak - i tak chciaĹa myĹleÄ - byĹ to czysty przypadek.
<br><br>
]]></description><pubDate>Wed, 03 Dec 2008 00:07:00 +0100</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1703234,link.html</guid></item><item><title>2008-11-08 21:26</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1683617,link.html</link><description><![CDATA[<b>BRACTWO HERNE'A</b>

  ObudziĹa siÄ niezadowolona. Nie wstajÄc, siÄgnÄĹa pod ĹĂłĹźko i wydobyĹa stamtÄd torebkÄ. Z torebki wyciÄgnÄĹa maĹy, czarny kartonik i zaczÄĹa przyglÄdaÄ mu siÄ natarczywie, jakby chciaĹa samym wzrokiem zmieniÄ go w, dajmy na to, ĹźyrafÄ.
- Cholera - westchnÄĹa, wcisnÄĹa wizytĂłwkÄ z powrotem do torebki i wygrzebaĹa siÄ z ĹĂłĹźka.
  W mieszkaniu obok, Marta robiĹa wĹaĹnie herbatÄ.
- Ja teĹź chcÄ - oznajmiĹa Sara dziecinnym tonem - coĹ siÄ staĹo?
  Marta miaĹa zmartwiony, powaĹźny wyraz twarzy.
- Aleks jest ranny - odparĹa, zdejmujÄc pĂłĹki jeszcze jeden kubek.
- Ranny? Jak? Co siÄ staĹo?
- Ech, lataliĹmy trochÄ po mieĹcie i... wiesz, jak to bywa.
- Szczerze mĂłwiÄc nie bardzo.
  Marta postawiĹa kubki z herbatÄ na stole.
- Spokojnie. Dowiesz siÄ.
  Sara nie pytaĹa kto tak urzÄdziĹ wielkiego Ahrouna. Nie chciaĹa sĹyszeÄ odpowiedzi. WystarczyĹa jej ĹwiadomoĹÄ, Ĺźe cokolwiek posĹaĹo Aleksa na ziemiÄ, jÄ zapewne rozdarĹoby na strzÄpy.
- ZajrzÄ do niego - powiedziaĹa.
- Dobrze, ale jeĹli Ĺpi, nie budĹş go. 
  Sara wdrapaĹa siÄ na gĂłrÄ po metalowych schodach i cicho zajrzaĹa do sypialni Ahrouna watahy. 
  LeĹźaĹ w ĹĂłĹźku, przykryty koĹdrÄ do pasa. Zwoje bandaĹźy owijaĹy caĹÄ jego klatkÄ piersiowÄ, lewe ramiÄ i bark. Na dĹşwiÄk krokĂłw, otworzyĹ oczy. Jedno z nich byĹo podbite.
- Hej, Aleks - uĹmiechnÄĹa siÄ sĹabo.
  Delikatnie, niemal niezauwaĹźalnie skinÄĹ jej gĹowÄ.
- Marta mĂłwi, Ĺźe dostaĹeĹ Ĺomot - Sara podeszĹa do ĹĂłĹźka i przykucnÄĹa przy nim, uĹwiadamiajÄc sobie ze zdziwieniem, Ĺźe jest to w zasadzie jej pierwszy bezpoĹredni kontakt z Aleksem, od czasu, kiedy na "imprezie" podaĹ jej rÄkÄ.
- Zastanawiam siÄ, czy nie chcesz czegoĹ. MoĹźe chce ci siÄ jeĹÄ albo piÄ.
  Znowu skinÄĹ gĹowÄ i spojrzaĹ na stojÄcÄ na nocnym stoliku butelkÄ wody.
  Sara uĹmiechnÄĹa siÄ, wziÄĹa butelkÄ i pomogĹa Aleksowi unieĹÄ gĹowÄ. PiĹ Ĺapczywie, z zamkniÄtymi oczami. Kiedy skoĹczyĹ, jego gĹowa opadĹa bezwĹadnie w tyĹ. ZasnÄĹ.
  Sara ostroĹźnie uĹoĹźyĹa go na poduszce. Kiedy spaĹ wyglÄdaĹ zupeĹnie nieszkodliwie i nawet Ĺadnie. DoszĹa do wniosku, Ĺźe jego twarz, mimo, iĹź surowa i o zbyt ostrych rysach, ma w sobie coĹ pociÄgajÄcego. Jak rĂłwnieĹź caĹa jego potÄĹźna, koĹcista sylwetka. W rzeczy samej, nawet, kiedy tak leĹźaĹ, ranny i chory, budziĹ zaskakujÄce myĹli.
  Dziewczyna cofnÄĹa siÄ z przestrachem.
- Orzechowska - szepnÄĹa surowo, po cichu zamykajÄc za sobÄ drzwi sypialni - albo jesteĹ kretynkÄ skoĹczonÄ, albo nagle popadĹaĹ w nimfomaniÄ. Daj sobie spokĂłj! I znowu Garou! PrzecieĹź on ĹźadnÄ miarÄ nie moĹźe nawet zahaczaÄ o twĂłj typ...
- Co mĂłwisz? 
  Kamil pojawiĹ siÄ nagle na swoim stanowisku przy komputerze. Sara drgnÄĹa na dĹşwiÄk jego gĹosu.
- BoĹźe! DostanÄ zawaĹu! Jak tu wchodziĹam to ciebie nie byĹo! - warknÄĹa oskarĹźycielsko.
- PrzyszedĹem, usiadĹem i jestem - wzruszyĹ ramionami - to ty pojawiasz siÄ jak duch, w dodatku coĹ mamroczesz.
- Rzucam czary na twoje kompy. Zaraz przestanÄ dziaĹaÄ i caĹa pornografia z dyskĂłw pĂłjdzie siÄ...
- Dobra dobra. Nie zajmuj siÄ mojÄ pornografiÄ, tylko zejdĹş na dĂłĹ. Zdaje siÄ, Ĺźe Marta coĹ od ciebie chce.
  Sara odwrĂłciĹa siÄ na piÄcie i zbiegĹa na dĂłĹ, tupiÄc gĹoĹno po schodach.
- Coooo?! Co znowu chcesz, zielona maĹpo?! - wrzasnÄĹa wpadajÄc jak bomba do salonu.
  Marta uniosĹa gĹowÄ i spojrzaĹa na niÄ z dziwnym wyrazem twarzy. To samo uczyniĹ siedzÄcy obok niej Mark O&#8217;Seadh.
  Sara zaniemĂłwiĹa. StanÄĹa jak wryta na Ĺrodku pokoju, z otwartymi ustami. Powoli na jej policzki wypĹynÄĹ krwawy rumieniec.
- CzeĹÄ, Saro.
- CzeĹÄ, Mark.
- ChodĹş, zabieram ciÄ do Conalla. Trzeba nauczyÄ ciÄ paru nowych rzeczy, bo caĹkiem zgnuĹniejesz.
- Bomba. Znowu coĹ bÄdzie prĂłbowaĹo mnie zabiÄ - stwierdziĹa bez entuzjazmu.
- Nie sÄdzÄ. Nie tym razem - odparĹ - chociaĹź... no, wiesz jak to jest.
- PrawdÄ mĂłwiÄc nie - powiedziaĹa, majÄc niejasne wraĹźenie, Ĺźe siÄ powtarza.

  Fionn i Donall wpakowali do vana swoje czarne, sportowe torby.
- Co jest w Ĺrodku? - spytaĹa Sara, stajÄc obok z rÄkami na biodrach.
- Zobaczysz - obiecaĹ Mark.
- Tak. Tego siÄ wĹaĹnie obawiam.
  Bracia wsiedli do samochodu. Fionn za kierownicÄ, Donall z tyĹu. Connal McDough zajÄĹ miejsce obok kierowcy.
- A ty? - Sara spojrzaĹa na Marka pytajÄco.
- DziĹ nie, maĹa. Nie przejmuj siÄ.
  PotrzÄsnÄĹa gĹowÄ ponuro.
- I tak bÄdziemy musieli pogadaÄ.
  PrzytaknÄĹ.
- Wiem, ale jedĹşcie juĹź.
  Sara, nie oglÄdajÄc siÄ za siebie wskoczyĹa do vana. UsiadĹa obok Donalla z niezadowolonym wyrazem twarzy.
- WyglÄdasz jak wiewiĂłrka, ktĂłrej ktoĹ podĹoĹźyĹ orzech kokosowy.
- Zamknij siÄ, Donall.
- Od kiedy nas rozrĂłĹźniasz? - rozeĹmiaĹ siÄ, najwyraĹşniej cokolwiek zaskoczony.
- Od teraz. ProsiĹam, zamknij siÄ.
  Mark... moĹźe i jej unikaĹ. Nic dziwnego. Ale przecieĹź to, co siÄ miÄdzy nimi wydarzyĹo, nie pozostawaĹo bez znaczenia. Oboje o tym wiedzieli. A moĹźe Mark daĹ siÄ ponieĹÄ fali wspomnieĹ? Prawdopodobnie tak wĹaĹnie byĹo. SparzyĹ siÄ juĹź przecieĹź na Ĺamaniu Litanii i raczej nie byĹ taki gĹupi, Ĺźeby powtarzaÄ dawne bĹÄdy. Ale Sara byĹa tak podobna. WiedziaĹa. WidziaĹa to w jego spojrzeniu. Gdyby nie to, prawdopodobnie do niczego nigdy by nie doszĹo.
  Dziewczyna potarĹa czoĹo dĹoniÄ i westchnÄĹa ciÄĹźko. 
  Van mknÄĹ ulicami Warszawy w kierunku, ktĂłry maĹo jÄ obchodziĹ. Na przednich siedzeniach Fionn i Conall rozmawiali o czymĹ Ĺźywo.
- MĂłwcie po polsku - poprosiĹa Sara agresywnym tonem.
- Ty, krĂłlewno, co ciÄ ugryzĹo, hÄ? - Conall obejrzaĹ siÄ przez ramiÄ, posyĹajÄc jej zdziwione spojrzenie.
  ZmarszczyĹa brwi i parsknÄĹa pod nosem.
- Aha. <i>A bad hair day </i>- rozeĹmiaĹ siÄ - juĹź o nic nie pytam.
- I dobrze - warknÄĹa.
  Wjechali na jakiĹ opustoszaĹy teren. WzdĹuĹź ulicy biegĹ mur, gdzieniegdzie wznosiĹy siÄ stare budynki.
- Gdzie my jesteĹmy? - zapytaĹa zdziwiona, zapominajÄc na chwilÄ o wĹasnym rozdraĹźnieniu.
- Na... - zaczÄĹ Fionn, ale nagle umilkĹ.
  Sara wyglÄdajÄca wĹaĹnie przez okno, zobaczyĹa, Ĺźe na jednym z blokĂłw, zajmujÄc caĹÄ ĹcianÄ, wymalowana jest wielka, rogata sylwetka, niby ludzka, ale nie do koĹca. Ze zdumienia otworzyĹa usta. Szybko jednak zamknÄĹa, je, kiedy zorientowaĹa siÄ, Ĺźe samochĂłd zahamowaĹ gwaĹtownie, a Fionn i Donall sÄ juĹź w Glabro. 
- Kurwa - syknÄĹ Conall - zawracaj!
  Fionn wykrÄciĹ ostro, opony zapiszczaĹy przeraĹşliwie na asfalcie. RozlegĹ siÄ trzask i coĹ uderzyĹo w bok vana. Potem znowu i znowu.
  Fionn ryknÄĹ, samochĂłd rÄbnÄĹ w coĹ tyĹem, aĹź rzuciĹo nimi na siedzeniach.
- Jezu! Co to?! - jÄknÄĹa dziewczyna, ale ciÄĹźka rÄka Donalla popchnÄĹa jÄ w stronÄ drzwi. OdsunÄĹy siÄ ze zgrzytem. Za nimi staĹ juĹź Fionn. Sara nawet nie zauwaĹźyĹa, kiedy wysiadĹ. PopchniÄta bez ceregieli jeszcze raz, wyleciaĹa na chodnik. 
  GdzieĹ w tle rozlegĹa siÄ upiorna kanonada, zadĹşwiÄczaĹ metal, rozprysnÄĹ siÄ bruk.
- Schowaj siÄ! - usĹyszaĹa gĹos Conalla.
  PrzycupnÄĹa  przy ziemi, zdezorientowana.
  Kanonada powtĂłrzyĹa siÄ. Tym razem gĹoĹniejsza, dĹşwiÄk kul trafiajÄcych w rozmaite rzeczy, niĂłsĹ siÄ echem po ulicy, dziwnie pustej i spokojnej.
  Sara zorientowaĹa siÄ, Ĺźe strzaĹy padajÄ takĹźe od ich strony. RzuciĹa spojrzenie wzdĹuĹź samochodu, ale nikogo nie dostrzegĹa. ZobaczyĹa natomiast tyĹ vana wbity w wielkÄ dziurÄ w ceglanym murze. Nie mĂłgĹ byÄ to zbyt wytrzymaĹy mur, bo pod wpĹywem uderzenia cegĹy rozsypaĹy siÄ na wszystkie strony, jak elementy domku z kart. 
  Nagle grad kul posypaĹ siÄ z innego miejsca, sunÄc liniÄ rozpryskujÄcego siÄ bruku w jej stronÄ.
  KrzyknÄĹa i przytuliĹa siÄ do boku vana. czujÄc, Ĺźe caĹe jej ciaĹo napina siÄ i rozciÄga. WeszĹa w Glabro bez wysiĹku, z powodu samego tylko stresu.
- Rusz siÄ! - usĹyszaĹa.
- Gdzie?! - warknÄĹa.
- Tu! Z drugiej strony!
- Nie ma miejsca! 
- Skacz za samochĂłd! Za mur!
  OdĹamki betonu i kamieni znowu eksplodowaĹy seriÄ tuĹź przy niej. Nie miaĹa jak choÄby wychyliÄ gĹowy. OdetchnÄĹa gĹÄboko. StrzaĹy umilkĹy na chwilÄ...
  Teraz!
  RzuciĹa siÄ wzdĹuĹź boku vana, dopadĹa wyrwy w murze i w ostatniej niemal chwili przecisnÄĹa siÄ na drugÄ stronÄ. CegĹy rozpadĹy siÄ z gĹoĹnym trzaskiem tuĹź za jej plecami. 
  Z drugiej strony samochodu Fionn i Donall chwytali wĹaĹnie w dĹonie niedomkniÄte, czarne, sportowe torby. KaĹźdy trzymaĹ w rÄku broĹ. Conall osĹaniaĹ ich, przytulony do poharatanego metalu. StrzelaĹ.
  Potem skoczyĹ za nimi. Pobiegli wzdĹuĹź muru, sĹyszÄc dogasajÄcy za sobÄ klekot broni maszynowej.
- Szybko! Do kanaĹu! - zarzÄdziĹ Conall, dopadajÄc okrÄgĹego wĹazu. OtworzyĹ go, gwaĹtownym szarpniÄciem i wszyscy wsypali siÄ do Ĺrodka.
  KanaĹ ĹmierdziaĹ niemiĹosiernie, a wszystko dookoĹa byĹo wilgotne, oĹlizĹe i lepkie. ZewszÄd dawaĹo siÄ sĹyszeÄ kapanie wody.
  Szli po dnie, brodzÄc w mÄtnej, burej cieczy, niemal po omacku. KtĂłryĹ przyĹwiecaĹ benzynowÄ zapalniczkÄ.
- Co to byĹo? - spytaĹa Sara, kiedy udaĹo jej siÄ ochĹonÄÄ.
- Krewniacy Bractwa Herne'a - odparĹ Fionn.
- Co to jest Bractwo Herne'a?
- OdĹam brytyjskich Fianna. TĹukÄ siÄ, co oczywiste, z irlandzkimi.
- A wiÄc ludzkie konflikty dotyczÄ takĹźe Garou? - spytaĹa ironicznym tonem.
- A kto ci powiedziaĹ, moja droga, Ĺźe to sÄ ludzkie konflikty? To sÄ teĹź ludzkie konflikty.
- Dobrze, ale przecieĹź to jest Polska, a nie Irlandia. Czego tutaj chcÄ od was? I skÄd wiedzieli, Ĺźe to wy?
  WnÄtrze kanaĹu rozbrzmiaĹo echem suchego Ĺmiechu Fionna.
- Konflikt bÄdzie miaĹ miejsce wszÄdzie, gdzie skrzyĹźujÄ siÄ nasze drogi. A poza tym jak myĹlisz, czym jest mieszkanie Conalla?
- Szczerze mĂłwiÄc myĹlaĹam, Ĺźe czymĹ w rodzaju mieszkaĹ Kolektywu - odparĹa z godnoĹciÄ.
- Tak. Ale nie tylko. ZresztÄ sama siÄ przekonasz. WidziaĹaĹ kiedyĹ nasz pawlacz?
- Dobra, doĹÄ tych wyznaĹ - ostro powiedziaĹ Conall.
  Sara wzruszyĹa ramionami.
- OK. O nic nie pytam. Ale uwaĹźam, Ĺźe to kretyĹskie, Ĺźeby wilkoĹaki naparzaĹy siÄ z wilkoĹakami. A juĹź w obrÄbie plemienia?! DuĹźo macie tych odĹamĂłw?
- Kilka. My jesteĹmy Wnukami Fionna, Mark jest SzepczÄcym WĹĂłczÄgÄ, czy jak to tam jest po waszemu - odrzekĹ Donall - gwarantujÄ ci, Ĺźe kaĹźde plemiÄ ma odĹamy, rĂłĹźniÄce siÄ nieco pochodzeniem i przekonaniami.
- No to bomba - stwierdziĹa - a gdzie idziemy?
- Wracamy - odparĹ Fionn.
  Blisko pĂłĹtorej godziny pĂłĹşniej wyĹonili siÄ z wnÄtrznoĹci miasta. 
- O - zdziwiĹa siÄ Sara, patrzÄc na wznoszÄc siÄ przed niÄ blok Conalla - no proszÄ.
- Widzisz. KanaĹami moĹźna dojĹÄ wszÄdzie, jeĹli znasz drogÄ. O boĹźe... jak my wyglÄdamy!
- A jak pachniemy! Conall, ja siÄ muszÄ wykÄpaÄ! - miauknÄĹa proszÄco.
- Wszyscy musimy. Jazda na gĂłrÄ!

  Sara piĹa kawÄ dosuszajÄc wĹosy wielkim, wyliniaĹym nieco rÄcznikiem frotte. Naprzeciwko niej siedziaĹ Conall, przyglÄdajÄc siÄ jej spod oka, co usilnie staraĹa siÄ ignorowaÄ.
  Fionn z Donallem i czarnymi torbami zniknÄli w sÄsiednim pokoju, skÄd dobiegaĹy straszliwe haĹasy, Ĺmiechy i donoĹne przekleĹstwa w kilku jÄzykach.
  Marka nie byĹo w mieszkaniu.
- Gdzie mĂłj ĹwiatĹy nauczyciel znowu polazĹ? - spytaĹa Sara, odrzucajÄc rÄcznik na oparcie krzesĹa.
- A bo ja wiem? - wzruszyĹ ramionami Conall.
- Ostatnio rzadko go widujÄ - poskarĹźyĹa siÄ. OdgarnÄĹa splÄtane, ale mniej wiÄcej juĹź suche pasma rudych wĹosĂłw. Szampon na szczÄĹcie skutecznie poradziĹ sobie z zapachem kanaĹĂłw.
  Conall nie odezwaĹ siÄ. WbiĹ wzrok w podĹogÄ, zupeĹnie, jakby nagle odkryĹ na niej coĹ, czego nigdy przedtem tam nie byĹo.
- Ech - Sara pochyliĹa siÄ do przodu i szturchnÄĹa go palcem w ramiÄ - przestaĹ mieÄ takÄ minÄ. WyglÄdasz, jakbyĹ wrĂłciĹ z pogrzebu.
- Daj spokĂłj. Wiesz, o co mi chodzi - odburknÄĹ szorstkim gĹosem.
- Wielkie nieba! Ty znowu o tym samym?
- Sama mnie sprowokowaĹaĹ. NaprawdÄ wolaĹbym, ĹźebyĹ uwaĹźaĹa na siebie i nie kusiĹa losu - odrzekĹ powaĹźnie.
- Niczego, u diabĹa, nie kuszÄ! - zaperzyĹa siÄ, patrzÄc w bok.
- A jednak.
- Nie twoja sprawa.
- Ĺwietnie. Zatem nie moja.
  ZapanowaĹa ciÄĹźka cisza.
  W pewnej chwili drzwi otworzyĹy siÄ z hukiem i do pokoju wkroczyli obaj bracia, dĹşwigajÄc swoje nieodĹÄczne niemal, sportowe torby.
- Gotowe. PrzepakowaliĹmy siÄ i moĹźemy jechaÄ - oznajmiĹ Fionn z szerokim uĹmiechem.
- Gdzie znowu? - spytaĹa Sara, nie kryjÄc zdumienia i niechÄci.
- No, trzeba przecieĹź wykonaÄ zadanie, nieprawdaĹź?
- Jakie znowu zadanie? Niemal nas zabili w biaĹy dzieĹ na ulicy, a wy chcecie gdzieĹ jeszcze jechaÄ?
- PrzecieĹź musimy nauczyÄ ciÄ strzelaÄ, krĂłlewno - Donall popatrzyĹ na dziewczynÄ z dezaprobatÄ - wĹaĹnie po to, Ĺźeby ciÄ w biaĹy dzieĹ nie zabili.
- StrzelaÄ? Jeszcze wam maĹo?
- Dobrej strzelaniny nigdy za wiele.
- A gdzie bÄdziemy ÄwiczyÄ? 
- Tam, gdzie trenowaĹaĹ ostatnio.
- No to faktycznie Ĺwietne miejsce! - oburzyĹa siÄ - CzyĹcie na gĹowy poupadali?!
- Rozkaz to rozkaz! OdmaszerowaÄ szeregowa! - Donall postawiĹ jÄ na nogi i klepnÄĹ w poĹladek, aĹź zrobiĹa mimowolnie kilka krokĂłw do przodu.
- Au! Cham! - warknÄĹa.
- Do usĹug. ZbieraÄ siÄ, druĹźyna! Conall, przestaĹ wyglÄdaÄ, jakbyĹ zjadĹ coĹ nieĹwieĹźego.
- Szczerze powiedziawszy, zjadĹem - powiedziaĹ Krewniak wstajÄc - ale faktycznie, zwijajmy siÄ. To trzeba zaĹatwiÄ szybko.
  Wielkimi krokami przeszedĹ do przedpokoju i podaĹ Sarze pĹaszcz. PrzyjmujÄc go z jego rÄk, uĹmiechnÄĹa siÄ nieĹmiaĹo.
- Przepraszam - szepnÄĹa - nie zĹoĹÄ siÄ juĹź.
  OdpowiedziaĹ jej uĹmiechem. ByĹ to uĹmiech ciepĹy i uspokajajÄcy. 
  I w jakiĹ sposĂłb przejmujÄco smutny.

<i>Disclaimer:
UprzedzajÄc ewentualne oskarĹźenia: Fionn i Donall, irlandzcy bracia ze swoim sposobem bycia i czarnymi, sportowymi torbami powstali na dĹugo zanim obejrzeliĹmy "ĹwiÄtych z Bostonu". Tym wiÄksze byĹo nasze rozrzewnienie i zaskoczenie podczas oglÄdania filmu... :D
Kto widziaĹ ten wie :D</i>]]></description><pubDate>Sat, 08 Nov 2008 21:26:23 +0100</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1683617,link.html</guid></item><item><title>2008-10-21 14:37</title><link>http://werewolf-sara.ownlog.com/1668788,link.html</link><description><![CDATA[<b>
ILJA</b><br>

    MinÄĹo wiele dni. Zima przyszĹa na dobre, mniej wiÄcej w tym czasie, w ktĂłrym miasto zaczÄĹo przygotowywaÄ siÄ do ĹwiÄt. Zawsze dziaĹo siÄ to przynajmniej o miesiÄc za wczeĹnie.
  Mark nie dawaĹ znaku Ĺźycia, a i Sara, mimo gryzÄcej jÄ mocno tÄsknoty, nie szukaĹa kontaktu. ByĹo jej ciÄgle gĹupio, choÄ nie mogĹa powiedzieÄ, Ĺźe czegokolwiek ĹźaĹuje. PrzypuszczaĹa, Ĺźe Marta domyĹla siÄ, co zaszĹo, bo Galliardka staĹa siÄ nieco bardziej milczÄca i czÄsto rzucaĹa GnatoĹźujce zafrasowane spojrzenia. Jednak nic nie mĂłwiĹa i to uĹatwiaĹo sprawÄ.
  Connal dzwoniĹ od czasu do czasu, pytajÄc, jak jej siÄ Ĺźyje. Ale nie wspominaĹ ani sĹowem tamtego fatalnego wieczora. SprawiaĹ wraĹźenie, jakby pogodziĹ siÄ ze wszystkim.
  KtĂłregoĹ dnia w komĂłrce odezwaĹ siÄ gĹos Izy.
- O booooĹźe - jÄknÄĹa jak dusza potÄpiona - jak mi siÄ nuuuudzi!
- Co to znaczy, Ĺźe ci siÄ nudzi? Masz robotÄ?
- Mam.
- No to czemu narzekasz?
- RobotÄ mam, ale nie mam... no, sama wiesz. ChodĹşmy gdzieĹ, spotkaÄ jakichĹ zwykĹych ludzi, a nie tylko KrewniakĂłw i KrewniakĂłw. I jeszcze tych... no... KrewniakĂłw. SĹuchaj, mam zaproszenie do Galerii ArchitektĂłw dla dwĂłch osĂłb, pĂłjdziesz ze mnÄ?
- A po co? - zmarszczyĹa siÄ Sara niechÄtnie.
- Jest wernisaĹź jakiegoĹ kolesia, podobno Ĺwietne rzeczy robi. 
- Znowu sztuka wspĂłĹczesna?
- Jezu, nie marudĹş, tylko rusz tyĹek i chodĹş ze mnÄ - w gĹosie Izy daĹo siÄ wyczuÄ zniecierpliwienie - potrzebujÄ rozrywki.
- Dobra, dobra, nie jÄcz juĹź. PĂłjdÄ z tobÄ - westchnÄĹa ciÄĹźko Sara, ĹÄczÄc w myĹlach imiÄ przyjaciĂłĹki z rozmaitymi nieprzyjemnie brzmiÄcymi przymiotnikami - tylko skÄd ja wezmÄ coĹ, w czym bÄdÄ mogĹa siÄ ludziom pokazaÄ?

  Wbrew oczekiwaniom Sarze udaĹo siÄ znaleĹşÄ zwykĹÄ "maĹÄ czarnÄ", ktĂłra spokojnie mogĹa uchodziÄ za ciuch elegancki. KoĹo dwudziestej pierwszej, spĂłĹşnione, przekroczyĹy z IzÄ progi Galerii ArchitektĂłw, by juĹź po piÄciu minutach krÄĹźyÄ po sali z kieliszkami szampana w dĹoniach i podziwiaÄ wielkie, czarno-biaĹe grafiki porozwieszane na Ĺcianach. OminÄĹa je oficjalna czÄĹÄ wernisaĹźu, ale, jak sĹusznie zauwaĹźyĹa Iza, to, co artysta miaĹ do powiedzenia na temat swoich prac, nie bÄdzie teraz psuĹo im ich odbioru.
- MoĹźemy spokojnie poobcowaÄ ze sztukÄ - stwierdziĹa, jednym haustem wychylajÄc zawartoĹÄ swojego szkĹa.
- WĹaĹnie widzÄ, jakÄ masz metodÄ - zgryĹşliwie zauwaĹźyĹa Sara podchodzÄc do pierwszego lepszego dzieĹa i rzucajÄc mu niezbyt zainteresowane spojrzenie.
  Grafika, wykonana przy uĹźyciu technik pozostajÄcych dla dziewczyny tajemnicÄ, przedstawiaĹa jakÄĹ ulicÄ, zwÄĹźajÄcÄ siÄ perspektywicznie od lewej do prawej. Domy, latarnie, nocne, czarne niebo ponad nimi i stojÄcy wysoko ksiÄĹźyc w peĹni, otoczony gigantycznym halo. Wszystko to, niby zwyczajne, wydaĹo siÄ Sarze w jakiĹ sposĂłb znajome. Przez dĹugi moment nie mogĹa dociec, czemu. Niepewnie podÄĹźyĹa wzdĹuĹź Ĺciany, przyglÄdajÄc siÄ innym grafikom, wszystkim utrzymanym w podobnym klimacie. NiektĂłre, oprĂłcz dziwnie rozmytych widokĂłw miejskich, wspĂłĹczesnych ulic, przedstawiaĹy teĹź coĹ, jakby lasy peĹne bujnej roĹlinnoĹci,  a czasem, zaplÄtanÄ gdzieĹ mÄskÄ twarz. Dziewczyna doszĹa do wniosku, Ĺźe muszÄ byÄ to autoportrety twĂłrcy i zaczÄĹa rozglÄdaÄ siÄ po sali w poszukiwaniu ponurawego bruneta, o peĹnych wargach i gĹÄboko osadzonych, ciemnych oczach. UjrzaĹa go w koĹcu, jak rozmawia z grupkÄ goĹci. Trzeba przyznaÄ, Ĺźe bardzo wiernie odtworzyĹ swoje rysy. Nie moĹźna byĹo mieÄ najmniejszej wÄtpliwoĹci, Ĺźe mÄĹźczyzna na grafikach i ich autor, to jedna i ta sama osoba. PrĂłĹźniak, pomyĹlaĹa Sara z pĂłĹuĹmieszkiem. WrĂłciĹa do podziwiania schowanych za poĹyskujÄcymi taflami szkĹa dzieĹ. Co byĹo w nich tak znajomego? 
  OdpowiedĹş uderzyĹa w niÄ jak grom z jasnego nieba.
- Iza... Iza - syknÄĹa w stronÄ, gdzie jej przyjaciĂłĹka koĹczyĹa wĹaĹnie kolejnego drinka, uĹmiechajÄc siÄ promiennie do kelnera.
- Iza, ja wiem co to jest.
- Co jest co? - spytaĹa krewniaczka, niechÄtnie rezygnujÄc z nastÄpnego kieliszka.
- Co jest na tych grafikach.
- Autor.
- To teĹź, ale, Iza, ja to widziaĹam. W taki sposĂłb odrealniona jest tylko jedna rzecz - warknÄĹa Sara, zniĹźajÄc gĹos - Umbra.
- O - Iza wzruszyĹa ramionami - aha.
- UpiĹaĹ siÄ? To albo Krewniak, albo jeden z nas, albo inne nadprzyrodzone coĹ.
- No i? Ostatnio tylko takich spotykam - w gĹosie Izy sĹychaÄ byĹo nutkÄ rezygnacji - pogadaj z nim w takim razie.  Ale jeĹli mam byÄ szczera - dodaĹa, przyglÄdajÄc siÄ autorowi prac z namysĹem - to on wyglÄda zupeĹnie, jakby byĹ ostatnio staĹym bywalcem Lochu.
  Sara zaniemĂłwiĹa na chwilÄ. Faktycznie. Iza miaĹa racjÄ. Jasna cera, dĹugie, czarne wĹosy, ciemne, przenikliwe oczy, elegancki, ale nie nudny ubiĂłr.
- Pogadam z nim, bo nie da mi to spokoju - zdecydowaĹa wreszcie.
  PoprawiĹa wĹosy i pewnym krokiem ruszyĹa w kierunku artysty. WĹaĹnie siÄgaĹ po drinka, kiedy podeszĹa do niego, starajÄc siÄ wyglÄdaÄ moĹźliwie najefektowniej. UĹmiechnÄĹa siÄ promiennie.
- Witaj. Jestem Sara Orzechowska.
  Kurde, kurde, kurde, kurde! Trzymaj pion, kobieto!
- MiĹo ciÄ poznaÄ. Ilja Muromiec.
  Kurde, kurde... o, Rosjanin. Chryste, czym on pachnie?!
  Ilja podaĹ Sarze dĹugÄ, chĹodnÄ, jasnÄ dĹoĹ o pewnym dotyku. 
  Wampir, czy nie wampir. Eeee... chyba nie. A moĹźe?
- Bardzo podobajÄ mi siÄ twoje grafiki. TrafiĹam tu dziĹ przez przypadek i nie znam siÄ za bardzo na sztuce. Ale chciaĹam spytaÄ... bo to mnie intryguje, skÄd bierzesz pomysĹy na prace? - wypaliĹa jednym tchem.
  "Bo to mnie intryguje"?! UpadĹaĹ na gĹowÄ, Saro, moĹźe powiedz jeszcze "biorÄc pod uwagÄ wszelkie moĹźliwe aspekty...". 
  UĹmiechnÄĹ siÄ.
- RĂłĹźnie. Ale gĹĂłwnie z Ĺźycia. Z codziennoĹci. Z tego, co mnie otacza - odparĹ.
- Ale... sÄ takie...
- Nierealne? O to ci chodzi?
  PokiwaĹa skwapliwie gĹowÄ, czujÄc siÄ idiotycznie.
- A cĂłĹź nie jest? - powiedziaĹ zagadkowym tonem.
- Ee... - zaczÄĹa, ale ugryzĹa siÄ w jÄzyk. BoĹźe, doĹÄ. PogrÄĹźysz siÄ tylko.
- JeĹli chciaĹabyĹ pogadaÄ o tym wiÄcej, to proszÄ - Ilja, caĹy czas Ĺagodnie i moĹźe nieco drwiÄco uĹmiechniÄty, wrÄczyĹ jej wizytĂłwkÄ. ZaczerwieniĹa siÄ i wziÄĹa karteczkÄ. SkinÄĹa mu gĹowÄ, prĂłbujÄc zachowaÄ resztki godnoĹci, po czym oddaliĹa siÄ, omal nie wywracajÄc kelnera z taca peĹnÄ kieliszkĂłw szampana.
  O w mordÄ... chyba popeĹniÄ seppuku.
- Orzechowska - odezwaĹa siÄ z niesmakiem Iza, obserwujÄca poczynania przyjaciĂłĹki znad kolejnego drinka - ty jednak jesteĹ straszna dupa.
- Wcale nie. DostaĹam jego... - rzuciĹa szybkie spojrzenie na wizytĂłwkÄ. ByĹa caĹa czarna i matowa. Jedynie rzÄdek jasnoszarych liter i cyfr mÄciĹ ten absolutny, mroczny spokĂłj.
- ... adres - dokoĹczyĹa niepewnie.
- PowiedziaĹ coĹ?
- Tak. Jak siÄ nazywa.
- I jak siÄ nazywa?
- JakoĹ dziwnie... Ilja Mu... Mo... kurde, nie pamiÄtam nazwiska.
- No i piÄknie. CzĹowiek?
- Taaaa... - przeciÄgajÄc sylabÄ z nagĹym wahaniem, Sara znowu spojrzaĹa na wizytĂłwkÄ. Potem na kilka prac.- Zdecydowanie nie - oznajmiĹa wreszcie z przekonaniem.
]]></description><pubDate>Tue, 21 Oct 2008 14:37:37 +0200</pubDate><guid>http://werewolf-sara.ownlog.com/1668788,link.html</guid></item></channel></rss>

